Blog > Komentarze do wpisu
Skorpion

Skorpion jest imprezą nad wyraz ekstremalną. Ekstremalne są parametry trasy, często pogoda, trudność techniczna (nawigacyjna). Ekstremalne są także życzliwość organizatorów, ich zaangażowanie.

Etap pierwszy

Na zawody jechałem z Janem Lenczowskim. Nigdy z nim nawet nie rozmawiałem, umówiliśmy się na wspólną jazdę przez forum. Wcześniej zajrzałem na jego stronę i czegoś tam się dowiedziałem. Byłem nastawiony na tak (mimo, że nie lubi Maratonu Warszawskiego). I nie zawiodłem się. Podejrzewam, że gdybyśmy mieli jechać razem na przykład do Mediolanu też nie byłoby problemu z tematami do rozmowy. I co ważne mój towarzysz potrafi także słuchać.

W piątek dojadam kolację, zastanawiam się jak potwornie dużo trzeba zjeść na te ileś tam kilometrów w zaśnieżonym lesie. Zasypiam w kącie, pod głową mam podusię zrobioną przez moją Wisię kiedy była jeszcze zupełnie mała. Na białym tle trzy odbicia malusich rączek, w trójkolorze. Mamy dużo sympatii dla rastamańskich klimatów.

Etap drugi

Budzę się przed budzikiem – tak jak zazwyczaj w domu, trochę przed szóstą. Korzystam że do toalet nie ma kolejek, robię kawę, później śniadanie. Dochodzi siódma, zaczyna się ruch. Mam przekonanie, że jem za wcześnie, że nie powinienem robić tak dużego odstępu przed bieganiem, ale jakoś tak wyszło.

Przebieram się, odprawa, zbieramy się na start. Ludzie przeróżni, niektórzy w wypasionym sprzęcie do biegania, niektórzy w moro. Dostajemy mapy – patrzę i już wiem – nie będzie łatwo.

Wieczorem startowała setka, pierwsze kółko najlepsi biegali pomiędzy sześć a siedem godzin i na mniej więcej tyle liczyłem. Teraz patrząc na mapę zastanawiam się jak oni to zrobili?

Nerwowe dreptanie, strzał – lecimy.

Etap trzeci

Biegnę na pierwszy punkt maksymalnie zachowawczym wariantem i możliwie najwolniej. Choć biegnąc w tłumie trudno mi się hamować. Dorzucam dodatkowe kółeczko, zaliczam punkt jako czterdziesty i wytaczam się na pola.

Pola latoś cudnie zaorane, z niepowtarzalna grudą, istne łaminóżki. Uciekam do lasu i sprawnie znajduję co moje. Lecę dalej.

Po drodze do trójki nie mijam już spacerowiczów z kijkami, matek karmiących. Przodem biegnie para (facet nawiguje, dziewczyna ma bardzo ładne, ten tego, spodnie i nieźle się rusza) Odchodzą, ja się kręcę, trochę w górę, trochę w dół. Po jakimś czasie znajduję się w rejonie, i już, już mam zamiar szukać, kiedy z góry wychodzą Jan Goleń z Andrzejem Krochmalem i jeszcze jednym, nieznanym mi z nazwiska biegaczem. Biorą nas sieroty za rękę i prowadzą na punkt. Ruszam dalej.

Etap czwarty.

Na wariancie mamy rzekę. To jest męski sport, myślę i ruszam w tamtym kierunku. Czuję lekki zawód – zamiast forsowania przeszkody wodnej troszkę lodu, który nawet nie pęka. Po chwili biegniemy razem: Jan Goleń, Bartek Grabowski i ja. Kiedy wbiegamy między zabudowania wyprzedzają mnie. I dobrze, bo zza chałupy wypada spory burek. Kiedy już jesteśmy dalej oglądam się – dobrze że pozostałe trzy były uwiązane.

Kolejne punkty znajdujemy już bez problemu. Czwórka, piątka, zostajemy we dwóch z Bartkiem. Biegniemy razem, ale każdy nawiguje na własny rachunek żadnego wożenia się.

Mimo ze pogoda jest mało efektowna – niskie chmury i jakby zamglone niebo perspektywy są cudne. Bardzo kameralne i klimatyczne. Szkoda tylko, że żeby na nie popatrzeć trzeba by się zatrzymać. Bieganie połączone ze zwiedzaniem jest mocno problematyczne, bo albo jest się w lesie i wtedy mało co widać, albo na polu i tu trzeba patrzeć pod nogi.

Dopadamy do siódemki, pijemy herbatę (podziękowania dla ludzi z biura Quand, którzy organizowali tu wszystko i zadbali o sympatyczny klimat). Dowiaduję się, że jesteśmy na trzecim i czwartym miejscu – przed nami kilka minut Jan i Dawid Studencki. Z okrzykiem t"ak być nie może" ruszam w pościg.

Etap piąty

Z mapy wynika, że skończyła się nawigacja. Gnam drogą w dół, aż trudno nie zacząć trochę żywnej tupać. Widzę ślady rywali. Dobiegam do mostu i tu staję – to nie jest ten most. Kierunki się nie zgadzają. Stopuję, rozglądam się i staram się zrobić co trzeba. Uważnie wchodzę w wąwóz, powoli, bez przekonania drepczę w górę i jest. No i nie ma śladów. Dalej w górę, przez zwalone drzewa, zaorane pole i obok stadka danieli (tak mi się wydaje, nie mam doświadczenia w dziedzinie zwierzyny płowej).

Spotykam jakiegoś brnącego w kierunku mety setkowicza, szukam dziewiątki, znajduję i wypadam dalej (nie wiem, że właśnie stuknąłem pierwszy punkt stowarzyszony).

Dziesiątkę osiągam jakimś cudem. Myślę, że chce żeby to się skończyło. Zjeżdżają mi gacie i zaczynają obcierać (co na to żona?). Pod górę jest coraz bardziej stromo a z góry nieprzyjemnie. Leżące w poprzek gałęzie urastają do rozmiarów gęstwiny konarów, a konary do kłód, rzuconych bez dania racji pod nogi. Daję ile mogę a że niewiele mogę to niewiele daję. Picie w plecaku stało się zimne. Staram się podpijać, ale moje gardło protestuje. Brnę w kierunku jedenastki. A przynajmniej tak mi się wydaje.

Etap szósty

Ni stąd ni z owąd znajduję się na szosie. A miałem być w wąwozie. Patrzę – jest asfalt. Staram się zorientować gdzie jestem, dobiegam do rozwidlenia a później do wioski. Z daleka widzę sporo stojących samochodów, mam nadzieję, że to orszak weselny a nie kondukt. Kiedy dobiegam (dotaczam się) widzę różowe baloniki – raczej nie pogrzeb. Wskakuję do sklepu, zastanawiam się na półlitrowym sokiem, ale w oko wpada mi cola. W ciągu chwili popijam, odgazowuje i wciągam resztę. Staczam się lekko w dół i staram wrócić na właściwy kierunek. Brnę, zaliczam jedenastkę (jak się później okaże także stowarzyszoną) i spadam na dół. I tu uświadamiam sobie – to był punkt stowarzyszony. Jest mi to obojętne – mógłbym wracać na górę i szukać właściwego, ale uznaję że bardziej opłaca mi się biec do mety. Zamiast obiegać dołem, na ostatni dwunasty punkt biegnę znowu leśnymi drogami.

Mapy, z jakich korzystaliśmy powstały w zamierzchłej epoce Gierka. Są nieczułe na przemiany ustrojowe, obca jest im czytelność i rzetelność. Biegnąc drogą lub przecinką można mieć pewność, że zniknie ona, albo choćby zarośnie.

Tak jest i tym razem – wygodna szeroka droga zamienia się w zarośniętą, zasłaną gałęziami przecinkę. Normalnie pewnie bym nie zauważył tych gałęzi, teraz stają się zaporą nie do przebycia. Brnę przez śnieg (z pięć centymetrów) gałęzie (grubości zapałek) i inne równie uciążliwe przeszkody terenowe.

Orientuje się, że to gdzieś tam i po chwili widzę to – z góry dostrzegam dach Kaplicy Świętego Rocha. Nie wiem, o co mogłem się tam pomodlić. Staczając się po chodach modliłem się żeby nie polecieć na gębę. Ostatni punkt i do mety.

Nie wiem, który jestem, nie wiem ile mam stowarzyszonych, dopiero na jedenastce uświadomiłem sobie, że mogłem stuknąć ich kilka. Toczę się do mety.

Etap siódmy

Na mecie niespodzianka – jestem w stanie chodzić. Mimo siedmiu godzin i czterdziestu minut na trasie moje nogi nie odmawiają posłuszeństwa. Zimny prysznic jest ukoronowaniem ekstremalnych wrażeń. Po Nawigatorze padłem na podłogę i zalegałem, teraz w miarę się ruszam, ale na trasie „noga nie podawała” nie miałem siły szarpnąć. Może to opór psychiczny po tamtym wysiłku. No i nawigacyjnie słabo – ileś kółek, dwa punkty stowarzyszone.

Później jeszcze pyszny obiad i wracamy do domu. Do Warszawki docieramy przed 23.00. Właśnie kończy się limit dla pięćdziesiątki. Niby powinniśmy zostać na zakończenie, ale żony i dzieci czekały.

niedziela, 20 lutego 2011, wojtek_wanat

Polecane wpisy

  • Pavlov

    No dobra, złamałem się, rzeczy na górze od jakiegoś czasu, nawet trochę się ruszam. W sobotę byliśmy na małej imprezce na orientację. Kilka komentarzy które usł

  • Cel jest niczym

    „Cel jest niczym, ruch jest wszystkim” tak uważał Bernstein. Nie jest ważne dokąd docieramy, ważne jest co dzieje się po drodze. Być może nie dobieg

  • Koniec Wakacji

    Zacznijmy od końca. W poniedziałek rano waga pokazał 76,5. Ta sama waga, co to raczej zaniża niż zawyża. Nic tylko polubiły mnie te komórki tłuszczowe. Tupię so

  • HOROSKOP DLA SKORPIONA NA 2019

    Nowy rok numerologiczny rozpoczyna się wraz z pierwszym nowiem wrześniowym, który w tym roku 2018 przypada na 9go września. Będzie trwać do pierwszego nowiu we

  • HOROSKOP DLA SKORPIONA NA 2018

    Nowy rok numerologiczny rozpoczyna się wraz z pierwszym nowiem wrześniowym, który w tym roku 2017 przypada na 19go września. Będzie trwać do pierwszego nowiu we

Komentarze
2011/02/22 07:30:58
Czasem mam wrażenie że ludzie zwyczajnie boją się dodawać komentarze. Złośliwy jestem czy co?
-
2011/02/22 11:23:04
Etam :D