Blog > Komentarze do wpisu
Dymno, czyli zostało w rodzinie

Co tu dużo mówić, Dymno miało być dla mnie najważniejszą impreza w roku. Chciałem powalczyć w punktacji Pucharu, i jeśli to będzie realne wygrać, ale najważniejsze było dla mnie właśnie Dymno. A kiedy okazało się, że startujemy rodzinnie ciężar gatunkowy imprezy wzrósł.

W Dymno atrakcyjne były dla mnie miedzy innymi przepaki, czyli realistycznie rzecz biorąc to, że mogłem lecieć na trasę na lekko, praktycznie bez picia. No i fakt, że trasa jest tu bardzo trudna nawigacyjnie. Sama mocna łyda nie wystarcza. Kiedy okazało się, że tu właśnie będą odbywać się Mistrzostwa Polski w Maratonach na Orientację na moim ulubionym dystansie stało się jasne – nie będzie lekko, bo zawsze znajdzie się kilku chętnych na pierwszy tytuł.

Ostatnie kilka dni to zamawianie camelbagów. Pierwszy raz zdecydowałem się na takie ustrojstwo. Zamówiliśmy w sobotę, miały dojść we wtorek – środę. Kiedy okazało się, że paczka nie przyszła dzwonimy, wysyłamy maile do firmy Certe  i tu niespodzianka – nie traktują nas jak natrętów, w czwartek po monicie w firmie kurierskiej są. I jest to dla mnie jakiś znak – będzie dobrze.

W piątek rano przeglądam komunikat techniczny i jeszcze raz rzut oka na listę startową. I jeszcze raz na listę startową. Patrzę uważnie, nie mylę się, rzeczywiście jest na niej Paweł Moszkowicz. Ostatni raz wygrałem z nim bodaj w 1986. O ile w wyścigu z Michałem Jędroszkowiakiem mogę mieć jakieś szanse, to z Pawłem raczej się nie pościgam. Ale przynajmniej przegram w dobrym stylu. Chyba zbyt nerwowo na to reaguję, bo wstając od komputera czuję ból pleców. No ładnie, ale przynamniej mam pretekst do porażki.

Pakujemy się spokojnie. Jeszcze tylko Kasia robi mi na głowie smoka, pies zostaje, dzieci jadą. Pociąg, z Warszawy autobus, na przystanku spotykamy Stasia Kaczmarka. Rozmawialiśmy chwilę (tak ze 40 sekund) na Skorpionie, teraz mamy prawie dwie godziny. Na miejscu jesteśmy, jako jedni z pierwszych. Lokujemy się na sali (Stasia nie odstraszyły nasze dzieci, rozkłada się obok nas). Odbieramy numery startowe, oglądamy miejscowe muzeum, usiłujemy iść spać. Trochę przeszkadza w tym fakt, że dzieciaki już w piątek postanowiły zrobić sobie ekstremalną imprezę biegową – najmłodszy, Wit padł tak około północy.

Rano szybka kawka, śniadanie. Staram się dużo pić, ale mam poczucie, że jestem odwodniony. Przebieramy się i ruszamy na start. Gdybym był sam, raczej bym sobie odpuścił bieganie. Czuje się słaby i bolą mnie plecy, nie ma co się szarpać. Ale nie wystawię przecież Kasi. Grzecznie przy nodze wędruję na start.

Oglądamy mapy ustalamy kolejność na pierwszym scorelaufie, Kasia zaznacza na mapie, kątem oka widzę Pawła, odliczanie ostatnich sekund, ruszamy. Początek maksymalnie asekuracyjnie, niby można zyskać jakieś 500 metrów, ale może to kosztować kilka minut błądzenia. Po starcie mija nas Paweł, chwile rozmawiamy, później wyprzedzają mnie Janek Lenczowski i Dawid Studencki, którzy równo zlali mnie na RDSie. Idziemy swoje, nic nas nie obchodzą inni. Pierwszy, drugi, trzeci punkt jak po sznurku. Wychodząc z trzeciego zapominam, że mój kompas pokazuje południe a nie północ, może jakis fizyk mi to wyjaśni? Chwilę biegniemy w przeciwnym kierunku i dobrze, bo dzięki temu widzimy łosia. I nabieramy pokory. Z czasem widzimy coraz mniej osób. Jeszcze na przedostatnim punkcie na mapie do BnO zaliczamy kąpiel w bagnie i już jesteśmy przy torach. Skończyły się żarty.

Zaczęły się schody. Na Dymno odcinki na mapach topograficznych zawsze sprawiały mi dużo trudności. Około 30 km, tylko 9 punktów kontrolnych i mapa starsza od mojej żony. Do tego ciekawe ukształtowanie powierzchni i drogi, których nie dość, że dużo to jeszcze straszliwie są nieregularne.

Od razu na pierwszym punkcie na nowej mapie (to znaczy kalendarzowo na starej) tracimy kilka minut. Kiedy Kasia radośnie krzyczy jest schodzi ze mnie spore napięcie. Na kolejny punkt idziemy już bardziej asekuracyjnie, ale przegapiamy kilka ważnych elementów i nadrabiamy dwieście, może trzysta metrów. Ale punkt znajdujemy bez problemów. Na kolejnym jest podobnie, tyle, że dokładamy sobie głupie kilkaset metrów po krzakach. Na przebiegu na czwarty zdejmujemy bluzy, jest już za ciepło na długi rękaw. Na punkcie spotykamy kilku rowerzystów i ekstremalistów, ktoś pyta nas o hak do przerzutki, ale akurat nie mamy go ze sobą.

Na piąty lecimy z lekkim odchyleniem, ale zamierzonym, tak żeby wejść na punkt od wydm, nie tracimy na punkcie nawet minuty, kolejny to punkt żywieniowy, powinno być łatwo, bo przecież będzie obsługa. Na trasie siada mi koncentracja, na szczęście Kasia nad wszystkim panuje, kiedy zaczynam znowu nawigować za wcześnie wchodzimy na punkt, zaliczamy pas krzaków, docieramy na miejsce. I tu spora niespodzianka.

Okazuje się, że jesteśmy pierwsi. Michała minęliśmy na końcówce scorelaufu, ale gdzie jest Paweł? Wyprzedził nas na początku i widać było ze ma moc, nawigacyjnie przerasta mnie i siedem głów. Czyżby coś się stało?

Biegniemy tak żeby czegoś nie zepsuć. Po drodze na siódemkę mijamy bardzo przyjacielskiego psa, na ósemkę już właściwie się doczołguję, Kasia wymiata. Teraz już ostatni punkt na starej mapie i zacznę krzyczeć hosanna. Moczymy buty na łące nie jesteśmy pewni gdzie jesteśmy, trochę pomaga nam wychodzący z punktu rowerzysta (poznajemy to po kasku, gdzie był rower nie wiem). Teraz już ostrożnie żeby nie zepsuć. Maksymalnie uważnie zmieniamy mapę, i spokojnie zaliczamy kolejne punkty. Pod koniec Kasia mnie pogania, ale ja nie mam siły wbiegać na kolejną górkę. Zaliczamy zadanie specjalne na ortofotomapie (przyznam się ćwiczyliśmy w domu na czymś takim) i w tym momencie nas podkusiło – zaczęliśmy kombinować. Kosztowało nas to kilka minut, ale odnajdujemy się i ruszamy, zostały ostatnie dwa punkty, na ostatni biegniemy szosą, po co ryzykować?

Na mecie pocałunek roku – czujemy się szczęśliwi. Kasia pierwszy raz jest na takiej imprezie, razem jeździliśmy na zwyczajne, klasycznie biegi na orientację, ale tam jest trochę inaczej. Chwilę po nas przybiega Michał, kilka po nim chwil Paweł. Kasia wyprzedziła wszystkich facetów. Taka mała dziewczynka.

Piknikujemy z dzieciarnia na boisku, idziemy na spacer, mamy świetny rodzinny czas. Andrzej zaopiekował się naszą czeredą i przyjaciółką – także Kasią – która serwisowała nasze i swoje dzieci (swoje miała jedno).

To wspólne bieganie było dla mnie czymś niepowtarzalnym, niewiarygodnym, to jak wspieraliśmy się, jak razem chłonęliśmy ten fantastyczny krajobraz. Te wszystkie łąki, pasy przeróżnych lasów.

Niepowtarzalna była też ilość ciepła, jaką zebraliśmy od ludzi. Od organizatorów, ale i od wszystkich, którzy cierpliwie, ba z uśmiechem, znosili szaleństwa naszych dzieci.

Dziękujemy

Zdjęcia Piotra Silniewicza



niedziela, 15 maja 2011, wojtek_wanat
Tagi: wojtek wanat

Polecane wpisy

  • Pavlov

    No dobra, złamałem się, rzeczy na górze od jakiegoś czasu, nawet trochę się ruszam. W sobotę byliśmy na małej imprezce na orientację. Kilka komentarzy które usł

  • Cel jest niczym

    „Cel jest niczym, ruch jest wszystkim” tak uważał Bernstein. Nie jest ważne dokąd docieramy, ważne jest co dzieje się po drodze. Być może nie dobieg

  • Koniec Wakacji

    Zacznijmy od końca. W poniedziałek rano waga pokazał 76,5. Ta sama waga, co to raczej zaniża niż zawyża. Nic tylko polubiły mnie te komórki tłuszczowe. Tupię so

  • Pytanie

    Mam pewne pytanie, prośbę o sugestię. Sprawa nie jest może ani specjalnie ważna, może nieco pilna. W czym rzecz? W tym roku nieco zmieniłem charakter imprez, w

  • Rozprawa

    Można napisać skandal, można granda, ale przecież jest jak należało się spodziewać. I tak ja było. Zanim rura trafi w rurę, powstanie nam za płotem supermarket.

Komentarze
2011/05/16 00:06:54
Gratuluję Mistrzu, Tobie i żonie! Szczerze mówiąc zaskoczyliście mnie nie dając się wyprzedzić Michałowi. POzdrawiam:)

Paweł Pakuła
-
2011/05/16 21:31:14
Cóż, jakie mistrzostwa, tacy i mistrzowie. A tak serio - zdecydowanie bardziej obawiałem się Pawła. Jak sam wiesz Dymno to przede wszystkim nawigacja a Paweł to historia orientacji. No i mocny rajdowiec.
Całą trasę działo się w nas bardzo dużo, ciągle jestem w euforii. To było niezwykłe doświadczenie - wspólny bieg, wspieranie się, pomaganie w nawigacji. Choć byśmy byli i na siedemnastym miejscu byłoby to dla nas ogromnie ważne doświadczenie.
Szczerze mówiąc nie bardzo do mnie dotarło że udało się, że poszliśmy aż tak dobrze.
A Mistrzostwo? Za rok wygra ktoś inny.
teraz trzymam kciuki za Michała, Sabine i Maćka na Kieracie. Michałowi należy się teraz taki sukces.
-
2011/05/16 23:29:24
Teraz tylko możemy spodziewać się Was na scenie rajdowej :) Brawo, jestem pod wielkim wrażeniem Waszego wyniku, już się pogubiłam, które z Was mocniejsze, chyba oboje ;)
-
2011/05/17 09:38:02
Rajdy to raczej nie, mnie wystarczają pięćdziesiątki, spokojnie daje radę się zajechać, Kasia lubi swoja szosę. Pewnie pobiegniemy razem Gezno, a później jeszcze jakąś maleńka pięćdziesiąteczkę.
-
2011/05/18 10:37:49
Gratuluję bardzo!!!!