Blog > Komentarze do wpisu
BIEGAM BO LUBIĘ

Ponad dwa miesiące walczyłem i jakoś nie miałem siły, żeby tu coś dorzucić. No i dość długo nie miałem, o czym pisać. Teraz z wolna zaczynam wracać do świata żywych i w jakimś stopniu biegających, co jest postępem po znajdowaniu się w grupie biegających inaczej. Streszczając – już pora na to, żeby przestać narzekać.

Do napisania tych kilku zdań skłonił mnie wpis Magdy Ostrowskiej – Dołęgowskiej i wspomnienie o Michale Smalcu. Magda stwierdziła, że po kontuzji raczej nie wróci do poważnego biegania, bo do dawnego poziomu to już raczej nie wróci a takie tam tuptanie to jej nie interesuje. Teraz ma za to czas na inne pasje. Czy warto biegać, tylko dla wyników? Lubię Magdę, ale tego nie całkiem jestem w stanie zrozumieć. Wyjście na kilka kilometrów jest czymś super, czymś, co wiele wnosi do życia.

W jednym ze swoich starych blogów, Michał Smalec napisał, że dziwi go, że nikt nigdy nie zadaje mu właściwego pytania po zawodach. Ludzie pytają jak mu poszło, czy zrobił życiówkę, jaki czas zrobił, które zajął miejsce. Ale nikt nie pyta jak się mu biegło. Michał wtedy był w ścisłej czołówce, a jednak to jak mu się biegło, jak się czuł, czy czerpał radość z biegania był dla niego bardzo ważne.

Teraz Michał już nie wygrywa, czy jest w ścisłej czołówce wielkich biegów w których, co tu dużo gadać nieźle płacą. Ale wygrał półmaraton w Mikołajkach. Czasu nie pamiętam, ale o rekord Polski raczej się nie otarł. Ale biega i jak znam życie cieszy go takie ciut wolniejsze bieganie. I tyle o innych.

Spojrzałem na swoje wyniki z Milanówka z ostatnich lat:

  • 2013 – 41.18
  • 2014 – 44.33
  • 2015 – 43.43
  • 2016 – 48.18

To się nazywa postęp – trzy lata i siedem minut. I to było widać, a z całą pewnością złościło mnie podczas treningów. Pewnie, przekładało się na trening to, co zadziało mi się w życiu, ale nie był to jedyny powód.

A teraz? W cztery tygodnie wyszedłem 26 razy na trening, przebiegłem 226 km, wiem nie jest to coś ekstra, była czas, że w dwa tygodnie więcej przebiegałem. Ale wreszcie poczułem, że jest to coś, co poza złością, frustracją, myśleniem – ale ja się zapuściłem, poczułem radość biegania. Radość, że przebieram nogami, że jestem w tym w miarę regularny, że nie odpuszczam kolejnych dni. Czego chcieć więcej? Więcej to nie, ale na wadze to ja mam za to mniej. Było prawie 89 a dzisiaj pierwszy raz lat moja waga pokazała nadwaga mi się kończy, przy 79, 2, ale mam nadzieję, że dalej będzie mi tak szło.

I to jest taka maszynka, która się napędza – jest mi ze sobą coraz lepiej i coraz regularniej wychodzę na trening, regularnie wychodzę na trening i czuję się ze sobą coraz lepiej. Mam coraz lepszy nastrój, coraz częściej się śmieję. I nawet, jeśli nie uda mi się kolejny raz zbliżyć do wyników z początku dekady, to przecież będę biegnąc szczęśliwy. A przecież to jest ważne. Cieszę się każdym przebiegniętym kilometrem.

Czemu jeszcze biegam? Dobra, mam swoje powody, takie same jak te, dla których żyję – żeby moje dzieciaki miały choćby cień szansy powiedzieć – to mój tata, jestem z niego dumna czy dumny.

I wracam do książki, odrzucało mnie od niej, jakoś nie potrafiłem pisać o maratonie biegając w systemie binarnym – dwa dni biegania, trzy nie, później kolejne trzy biegania i tydzień, kiedy nie byłem w stanie wyjść.

Aha i szkoda mi, że Michał Smalec już nie pisze. Lubiłem czytać jego teksty.

wtorek, 13 grudnia 2016, wojtek_wanat

Polecane wpisy

  • POKORA

    Wczoraj dotarło do mnie, że wreszcie mam jakiś postęp. Jasne, jak sobie porównam to, co i jak teraz szuram z niegdysiejszym bieganiem to jest słabo. Ale po tym

  • DWÓJKOŁAMACZE

    Tak na marginesie wczorajszej imprezy na torze Monza pojawia mi się pytanie czy nieuznanie rekordu to efekt niedbałości czy uczciwości. Przy okazji całego zamie

  • SŁOWO NA PONIEDZIAŁEK

    Takie mnie naszły myśli po weekendzie i nie tylko zresztą. Wczoraj w Londynie padł w jakimś stopniu rekord świata kobiet w maratonie, w Warszawie padł mit Orlen