Blog > Komentarze do wpisu
MIAŁEM SEN

Bywają takie sny, po których budzę się z żalem, z nostalgią, z tęsknotą za czymś, co utraciłem. Ostatnio miałem kilka razy taki powracający sen.

Moim bohaterem jest ostatnimi czasy, Po, czyli Kung Fu Panda. Dość dokładnie rozumiem, co czuł Po śniąc latami o kung fu. Powiem więcej przeżywam to samo, co on tyle, że bardziej.

Ostatnio śniłem o wolności. To było uczucie lotu, w którym nie dotykałem bez mała ziemi, słuchania ptaków i wąchania zapachów mokrych liści. Uczucie, że wszystko, co dzieje się odbywa się praktycznie bez wysiłku, że kiedy już wyjdę z trochę się rozpędzę zwyczajnie się biegnie. Nie biegnę, nie wkładam w to wysiłku, biegnie się samo.

Jasne najpierw musiałem swoje wypracować, swoje wybiegać. Jasne po jakimś czasie kończyło się to się biegnie i przychodziła orka, w której z kołkiem w zębach starłem się jakoś dotoczyć do domu. Ale wcześniej przez jakiś czas po miesiącach ciężkiej orki było to „biegnie się”.

Mam takie wspomnienie. Po słabym sezonie już w październiku zrobiłem sobie roztrenowanie i od listopada ciosałem poważny trening. Zima była latoś łagodna i w styczniu czy lutym biegając taki dość ciężki trening mogłem spokojnie rozpędzać się, bo śniegu nie było, upału tez zresztą nie. To były odcinki, krótkie, ale też z bardzo krótką przerwą, bieganie po długim treningu. Trzy serie, to dość dokładnie pamiętam. Do połowy pierwszej błagałem o litość, żeby przybiegł jakiś pies i mnie pogryzł, żebym miał pretekst do przerwania treningu. W drugiej było już nieźle w trzeciej rwałem do przodu jak hart. Pamiętam, że czując niezwykła radość z tego, co się dzieje stwierdziłem, że dla tego treningu warto było ciosać miesiące ciężkiego treningu. No i kilka dni później dostałem zapalenia ścięgna Achillesa i trening w dużym stopniu szlag trafił.

Teraz wracają do mnie raczej spokojne, jak na tamte czasy wybiegania, takie po 20 – 30 km w tempie poniżej pięciu na kilometr. I to uczucie ogromnej, niezwykłej wolności.

To może wydawać się dziwne, nie śnią mi się loty po meskalinie, LSD, heroinie czy czymkolwiek innym. Przynajmniej może wydawać się tak ludziom, którzy nigdy nie czuli obu tych rzeczy, lotu po chemii i uczucia prawdziwej wolności, odczuwania siebie, jako części świata, w którym żyję czy wre cz wszechświata.

A później budzę się i zamiast biegania jest szuranie, mozolne przetaczanie zapasionego cielska przez cierpliwe kilometry u uczucie drżenia podłoża, zamiast lekkości biegu. Jest jeszcze nadzieja, że tym, kolejnym razem nie spieprzę, nie ucieknę, nie poddam się widząc jak powoli, mozolnie wracam do świata naprawdę żywych. Wiara, że tym razem sen stanie się jawą.



niedziela, 26 lutego 2017, wojtek_wanat

Polecane wpisy

  • OSTATNIE SZEŚĆ KILOMETRÓW

    Rzadko pisuję o startach, bo i rzadko startuję. O treningu też jakoś nie mam weny, ale dzisiaj pomyślałem, że warto. Myślałem w czasie treningu i z tego myśleni

  • POKORA

    Wczoraj dotarło do mnie, że wreszcie mam jakiś postęp. Jasne, jak sobie porównam to, co i jak teraz szuram z niegdysiejszym bieganiem to jest słabo. Ale po tym

  • DWÓJKOŁAMACZE

    Tak na marginesie wczorajszej imprezy na torze Monza pojawia mi się pytanie czy nieuznanie rekordu to efekt niedbałości czy uczciwości. Przy okazji całego zamie