Blog > Komentarze do wpisu
BEZ TYTUŁU

Tak sobie wczoraj polatałem i pomyślałem, co jest celem, co środkiem w moim bieganiu. Także o tym, jakie są priorytety, hierarchia ważności, bo nie wartości. Jak komuś się nie chce czytać, na końcu streszczenie.

Leciałem wczoraj jak za dawnych czasów, znaczy się interwały bez timera, na zegarek. No i spadł śnieg, taka świetna grząska ponowa. Na trening poleciałem do Lasku Bielańskiego i to otworzyło mnie na kilka kwestii.

Przez lata biegałem pod BnO i jeśli moje główne starty miały miejsce w lesie to jasne, że trening też w lesie. Przez lata w dzienniczku była rubryka droga (nawet mała ścieżka). Teraz w związku z tym gdzie mieszkam mam małe szanse na bieganie terenem, poza ścieżkami, ale to tak na marginesie. Jak w takim razie wyglądało i wygląda nakładanie obciążeń treningowych? Normalny biegacz biega odcinki odmierzone na asfalcie, jakieś dziesięć razy kilometr po ileś tam na kilometr, jeden po pięć, jak szykuje się do połamania 50 minut na dychę, drugi po 2.50, jak mu się spieszy. Ale do tego potrzebny jest asfalt, równa droga i odmierzone odcinki, może też być bieżnia.

Ja kontroluję tętno, mogę latać góra – dół, po błocie, śniegu, trawie. Jak spadnie śnieg to spada mi tępo, ale nie intensywność treningu. No i zamiast długości odcinków kontroluję czas. I po co mi to?

Żeby uniknąć nudy. Jasne to trochę wariactwo, biegnę sobie odcinek, zostało mi jeszcze dwie i pół minuty a tu taka fajna ścieżka, to sobie w nią skręcam i daję. Jak zostaje mi półtorej ścieżka zaczyna zanikać, kiedy mam jeszcze pół minuty lecę przez jeżyny. Ale jest pięknie. No i w domu mam bepanthen to się i przyda.

Nie potrafię wyobrazić sobie siebie konsekwentnie realizującego trening na pięcio czy siedmiokilometrowej pętli. Zwyczajnie bym się zanudził i z czasem stracił ochotę na bieganie. Bieżnia to zupełna abstrakcja. Kiedy biegnę w terenie, choćby i w parku w każdej chwili mogę zrobić z biegiem to, na co mam ochotę: skręcić, zawrócić, znaleźć ciekawą ścieżkę czy wrócić w miejsce, w którym został mi w pamięci ciekawy widok. Przypomina mi się Karol, który stwierdził, że nie lubi Kępy Potockiej (Potocka przeprasza za Kępę), bo kiedyś natłukł tam tyle treningów, że już ma wymioty. W Lesie Sobieskiego nakręciłem między dziesięć a dwadzieścia tysięcy kilometrów, ale las daje tyle możliwości, ścieżek i miejsc poza ścieżkami, że te tysiące to nie problem, to okazja do kontaktowania się ze zmianami, rytmami przyrody.

Ale mój zegarek powiedział, że trening niezły, ale słabszy od poprzednich, bo wolniejszy. Jak dla mnie lepszy, bo na wyższym tętnie.

Lubię biegać szybko, lubię poprawiać wyniki. Teraz to mi będzie łatwiej, bo startuję z poziomu minus trzy i jakoś spokojny jestem, że poprawię zeszłoroczne wyniki i z połówki i z calaczka, mimo, że waga ciągle krzyczy do mnie „Ty grubasie”, bo czuję, że ciut, troszeczkę, odrobinkę mój organizm podnosi się z dna.

I jeszcze jedno. Jedno ze zdjęć ze sprintu na orientację Karol skomentował „dajcie mi kroplówkę”. Tak to wygląda, kiedy lecę czy to na ulicy czy w przełaju jest tylko bieg, moje nogi, płuca, serce i ja. Tyle. W BnO jest jeszcze spory obszar. Jest mapa, którą trzeba czytać, interpretować, korzystać. Jest teren, który trzeba z mapą porównywać, czytać. Widzieć, co jest przede mną, za mną obok. To wszystko wymaga ogromnej koncentracji, stąd ten niepowtarzalny wyraz twarzy na zawodach o gruchę na Chomiczówce.

A jak się ma to do mojego dzisiejszego treningu? Lata klepania startów i treningów pod BnO zostawiły ślad. Kiedy biegnę samoczynnie budzi się we mnie zdolność bardziej intensywnego widzenia otoczenia. I jeszcze jedno, przeświadczenie, że żadne zdjęcie, film nie pokażą tego, co widzę, odczuwam, słyszę. Czy to za sprawą fizjologii czy sama głowa i różne nawyki sprawiają, że obrazy, które zostały mi w głowie, które nieraz tu wspominałem pokazane, jako zdjęcie nijak nie oddają, tego dzieje się podczas treningu. To jeden, choć nie jedyny powód, dla którego telefon zastaje w domu.

Streszczę, bo może być tak, że komuś nie chciało się czytać.

Biegam, żeby odczuwać radość, wyniki są produktem ubocznym. Radość daje mi poczucie wolności, ucieczka z pętelek, możliwość dowolnego, choćby idiotycznego wyboru drogi w każdej chwili. Ale także bycie tu i teraz i chwytanie tych chwil, przeżywanie ich a nie dokumentowanie.

A dzisiaj sieknę sobie LSD i będzie pięknie. Jutro ChWDP.



czwartek, 18 stycznia 2018, wojtek_wanat

Polecane wpisy

  • JAK CI SIĘ BIEGŁO

    Jednym z moich ulubionych już byłych biegaczy elity jest Michał Smalec, ale zacznę od Rafała Wójcika. Będzie o tym, czemu spinam się na treningach a nie tylko s

  • LEKKOŚĆ

    Lubię te swoje soboty. Wtedy z zasady biegam, coś szybszego, przynajmniej jak na mnie teraz. Ostatnimi czasy poza tradycyjnym niedzielnym dłuższym bieganiem, ta

  • NOC

    Zbieram się z tym wpisem od tygodni. Czemu zabrałem się kurt teraz? Jest znowu niedziel i mm wyjść na długie wybieganie. Jak wyjdę później z całą pewności nie z