RSS
środa, 27 marca 2019
PAŚĆ I WSTAWAĆ

Tak mnie wzięło na myślenie w jaki sposób moje dziecięce czy wczesno młodzieńcze doświadczenia z bieganiem wpłynęło na moje życie.

Pierwsze ważne, bardzo ważne doświadczenie to był, rzecz jasna, Maraton Pokoju w roku 1980. Jak było? Okropnie, wspaniale.

Okropnie, bo od pewnego i do pewnego momentu była to straszliwa mordęga. Bo ani treningu, ani predyspozycji do biegania nie miałem. Czyli było tak jak jest teraz, bo znowu i trening symboliczny a predyspozycji dobiegania to ja zdecydowanie nie mam. Mordęga od Falenicy za Most Łazienkowski umieranie i szuranie, bolało wszystko.

No i był start w tłumie, było poczucie wspólnoty i była meta na stadionie, było przebieganie przez bramę, było poczucie przeżywania czegoś niezwykłego. Poczucie szczęścia.

I co z tego? Ano nauczyłem się i ciągle z tego korzystam, znoszenia cierpienia, bólu. Znoszenie codziennych porażek i wstawania na nowo.

Nudne to już trochę, bo ile razy można – podnosić się i doprowadzać do tego, że życie mi się rozpada, zbierać swoje życie w maleńki plecaczek i napełniania go (tego życia) nowymi treściami, nowymi ludźmi. Dobra, teraz to już bym chciał na stałe, bo już za stary jestem na kolejne upadki.

Ale tamto doświadczenie – mordęgi uwieńczonej szczęściem, kiedy już kompletnie byłem rozkawałkowany, rozbity, zmiażdżony sprawiało, że wstawałem.

12:57, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 września 2018
NOSTALGIA

Dawno mnie tu nie było. Nie to, że zupełnie nie biegam, ale jakoś nie mam energii do pisania. Zawsze brakuje tego czegoś, żeby usiąść i maznąć.

Za trzy tygodnie maraton. Cytując Wasyla jedyny prawdziwy Maraton Warszawski. Trasa łatwa nie jest, ale tak czy inaczej trzeba będzie polecieć. Mam kilka obrazków z ostatnich miesięcy trochę związanych z Wielkim Biegiem a trochę takich z niczego.

Oglądałem niewątpliwy sukces naszych maratończyków podczas Mistrzostw Europy i wróciła mi taka nostalgia za szybszym bieganiem. Czas, lekkość, kiedy pomykam ulicami Warszawy w tempie po 4.15 i mnie niesie. Teraz czuję się tak lecąc po 5.15 na treningu a i tak za długo tak nie pociągnę. Fakt mam postęp, ale brak mi cierpliwości. Nostalgia o której czytałem w książkach Lema, gdzie kosmonauci śnią na Ziemi o lekkości na orbicie.

Spotkałem Bogdana Barewskiego. On trenował, ja czytałem. Pamiętam jak konsekwentnie prowadził latami grupę na trzy godziny, która wdeptywała mnie z glebę gdzieś kawałek za trzydziestką. Rozmowa z nim dała mi bardzo dużo energii. Wspaniale jest spotkać człowieka z takimi jajami, pełnego energii, z takim swoistym nerwem. Ludzie bywają rewelacyjni.

Patrzyłem na trasę. Dwa razy z Wisłostrady na Most Gdański. Może trochę szkoda, że za pierwszym razem tracimy tę wysokość, ale nie mnie oceniać to, z jakimi wymogami musi się mierzyć jej układacz. Jest kilka elementów istotnych. Trzy razy obok stadionu Polonii, dwa razy obok Narodowego i raz obok Legii wydaje się właściwą proporcją. Wybieg młodego nosorożca przy trasie. Warto się na chwilę zatrzymać. Oranżada Marcina Sendeckiego na osiemnastym kilometrze, dramatycznie wymagający podbieg, którym okaże się być Most Świętokrzyski (dawny Most Syreny był płaski i drewniany). I tylko nie wiem, kiedy zacznę kląć na swoją głupotę i udawać, że w przyszłym roku to się już przygotuję.

Spojrzałem na ostatnie lata 2015 – 4.31, 2016 – 4.28, 2017 – 4.16. I trudno mi będzie z tego coś urwać.

Ale tak czy inaczej cieszę się, że tam będę.

12:18, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 lipca 2018
WYMIERNE WSKAŹNIKI

Piszę a więc biegam. Tak mnie tknęło, na ile wiarygodne są wymierne wskaźniki. Może warto w większym stopniu opierać się na wrażeniach, samopoczuciu. I poza wszystkim, po co mi plan treningowy?

W tym blogu ten obrazek pojawił się zapewne nie raz, ale jeśli chodzi o temat kontroli czy samokontroli jest adekwatny. Meta Maratonu Warszawskiego 2007. Na mecie biegacz praktycznie traci świadomość, szarpie się, ale nie bardzo wie, co się z nim dzieje. Koniecznie chce się dowiedzieć, jaki miał czas, okazuje się, że ciut zabrakło mu do trzech godzin. Czemu nie poczuł, nie usłyszał, kiedy jego ciał krzyczało: dość?

Korzystamy z coraz bardziej skomplikowanych przyrządów monitorujących stan organizmu podczas treningu. Sam biegam, jak na moje standardy, z urządzeniem posiadającym wszystko poza wodotryskiem. Dość regularnie monitoruję tętno, tempo i kadencję. Korzystam także z wagi. Czy jednak wystarczającym wskaźnikiem zmiany masy ciała nie jest to, że spadają mi kolejne spodnie? Czy, szczególnie przy takim bieganiu, jakie lubię, czyli jak najmniej na asfalcie, tempo ma jakiekolwiek znaczenie? Wystarczy, że popada i tempo staje się mniejsze lub większe w zależności od tego, jakie jest podłoże.

A tętno spoczynkowe? Niby jest dobrym wskaźnikiem, jego wzrost świadczy o przeciążeniu. Tyle, że na regularne kontrolowanie rano tętna zwyczajnie nie mam zdrowia, czy cierpliwości. Coś takiego mogę poczuć na początku treningu. Zresztą przy moim aktualnym treningu byłby to przerost formy nad treścią.

W moim odczuciu przynajmniej równie ważne jak kontrola wymiernych wskaźników jest słuchanie siebie. To jedna z ważniejszych rzeczy związanych z bieganiem.

A plany treningowe? Warto wiedzieć, co, w jakim celu i jak biegać. W tym momencie nie piszę sobie planów na dłużej. Zwyczajnie czasem nie jest dla mnie przewidywalne ja będę się czuł za kilka dni. Najlepszym przykładem tu był czerwiec, kiedy po dwóch jak na mnie ostatnio niezłych miesiącach zaliczyłem dramatyczną padakę i z trudem wracam do treningów o dwucyfrowym dystansie. Z drugiej strony wagę mam wreszcie sensowną, więc może z czasem wyjdzie na lepiej. Ale to jeszcze kwestia poradzenia sobie z głową, a to łatwe nie jest. Ale w sumie nikt nigdy nie mówił mi, że będzie łatwo. Żongluję kilkoma zestawami mikrocykli i staram się pamiętać, że największe braki mam w obszarze wytrzymałości ogólnej.

12:03, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 czerwca 2018
JAK CI SIĘ BIEGŁO

Jednym z moich ulubionych już byłych biegaczy elity jest Michał Smalec, ale zacznę od Rafała Wójcika. Będzie o tym, czemu spinam się na treningach a nie tylko sobie truchtam.

Spinam się, spinam i nic. To znaczy może coś, bo jakoś tak ciut mi się szybciej nóżka kręci, ale bez rewelacji. Miło być super cztery dni biegania na wysokości, wyszło jak zawsze, rozchorowałem się i zamiast biegania jest cichutkie umieranie. Rafał Wójcik powiedział kiedyś asfalt uczy pokory. Jak lecisz dychę na asfalcie to widzisz, że jest to nie 38 minut tylko 48 i wiesz gdzie jest Twoje miejsce. No, więc moje miejsce jest w dolnej strefie stanów średnich. Kropka. Czy szarpię się po to, żeby przesunąć się do środka strefy stanów średnich?

Michał Smalec na swoim już chyba niedostępnym blogu kiedyś napisał, że nikt po biegu nie zadaje mu tego właściwego pytania. Pytają o czas, miejsce, życiówkę i inne mało istotne rzeczy. Nikt go nie pyta jak mu się biegło.

I to jest to, do czego chcę wrócić. Do lekkości, swobody lotu nad mijającymi kilometrami, do chwil, kiedy chce mi się krzyczeć ze szczęścia, że jestem tu i teraz i robię to, co robię, wszystko jedno na zawodach czy na treningu. Do uczucia wolności. Wiem, że trudno to opowiedzieć, tak jak trudno opowiedzieć, czemu taki przyjemny jest seks. A z bieganiem, jeśli nie odetniemy się od siebie władając słuchawki i puszczając kolejne motywacyjne kawałki i wskazówki treningowe, jest podobnie. Jest mniej intensywnie, ale znacznie dłużej.

Dlatego wychodzę biegać odcinki, szarpię się na treningach i jak się uda to jutro – pojutrze wyjdę, choć ciut potupać.

09:35, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 maja 2018
LEKKOŚĆ

Lubię te swoje soboty. Wtedy z zasady biegam, coś szybszego, przynajmniej jak na mnie teraz.

Ostatnimi czasy poza tradycyjnym niedzielnym dłuższym bieganiem, tak ciut nad dwie godziny w tempie padaki biegłem odcinki. Też nędzne, ale zawsze. Trzy minuty z przerwą minuta albo minuta z przerwą trzydzieści sekund. W soboty bywał to raczej dłuższy interwał, tak było do poprzedniej soboty. Sam nie bardzo pamiętam, czemu, ale zamiast interwałów zacząłem lecieć drugi zakres i spodobało mi się n tyle, że w kolejnym tygodniu powtórzyłem eksperyment.

Tyle, że tym razem z pełną świadomością, co będę robił poleciałem nad Jeziorko Czerniakowskie. N miękkim tempo leci 20 – 30 sekund n kilometrze w dół to i tempo mimo wysokiego tętna spadło. Ale tak czy inaczej było git i generalnie super.

I są to takie rzeczy, które mnie budują.

Bywa, że spadają mi spodnie i dziurek w pasku brak. No i cycki mi nie latają jak schodzę po schodach.

Orając ponad dwie godziny nie ciągnę już za sobą nóg, fakt, tankuję po drodze i to trochę pomaga.

W zeszłym tygodniu wyszedłem sześć razy, owszem, jak to mówi R na dwa kółka dookoła bloku, ale zawsze.

I zaczynam jak był zwykł mawiać jeden z moich trenerów biegać a nie truchtać. Jego motto brzmiało jak biegasz, to biegaj, a nie truchtaj.

Powoli wracam do takiej fantastycznej lekkości, do momentu, kiedy „się biegnie”, samo się biegnie. Kiedy nie ma wysiłku, jest lekkość i mam ochotę krzyczeć z radości.

Nie pamiętam jak dawno biegałem tak długie treningi, ważyłem tak mało. Fakt w zeszłym tygodniu zagapiłem się, zjadłem jabłko i przytyłem 20 deka, ale zachowałem na tyle dużo zdrowego rozsądku, żeby poprzestać na jednym i nie poleciałem w górę o kilo.

I wiem, że to wszystko mało i czasem wracam do niegdysiejszej lekkości biegu. Ale zaczynam wierzyć, że to może wrócić.

17:49, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 maja 2018
NOC

Zbieram się z tym wpisem od tygodni. Czemu zabrałem się kurt teraz? Jest znowu niedziel i mm wyjść na długie wybieganie. Jak wyjdę później z całą pewności nie zmarznę. Bieg się przede wszystkim głową. Nogi to tylko takie narośle, które pomagają się przemieszczać.

To przychodzi do mnie ostatnio coraz rzadziej, tak rzadko, że się od tego odzwyczaiłem. I tydzień temu tak się obudziłem, po średnio przespanej nocy i z jednej strony miałem zdecydowanie mniej czasu a z drugiej wyłaziłem n trening z przekonaniem, że to, co zrobię jest absolutnie nieważne. Że to całe biegnie na nic.

I tak sobie wyszedłem a w uszach tłukła mi się jedna piosenka Stachury, którą kiedyś słyszałem kiedyś w wykonaniu Macieja Gałązki, tu jest w innym, ale nie gorszym. Tak mi się tłukło w głowie, kiedy ruszą dla mnie i tłukłem te kilometry bez ładu i składu.

I wracały mi różne myśli i świadomość, że trudno mi nabiegać cokolwiek, a już zakładane ponad dwie godziny to z całą pewnością nie. W pierwszej chwili oszacowałem się na siódemkę (w km) później dychę.

Z czasem zmieniała mi się muzyka w głowie i jakoś tak robiło się w niej jaśniej. Nie żeby jakoś bardzo jasno. Z głębokiej, pardon, dupy przeniosłem się do ciemnej piwnicy. Ale postęp jest tak czy inaczej znaczący.

W głowie już miałem inną muzykę a w sercu ciut, troszeczkę wiary i sporo nadziei. I te drobne siedemnaście kilometrów. Kilometrów walki, gdzie pierwsze minuty to była walka o każdy kolejny krok dały mi ogromnie dużo siły.

 

 

10:28, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 maja 2018
BIEG NARODOWY

Był taki bieg, o którym głośno było sporo przed Samym biegiem a i pop nim też było nieźle. To Bieg Konstytucji w Skarżysku Kamiennej.

Przed trochę szumu sprawiło, że organizator przewidział nagrody finansowe tylko dla osób jedynej słusznej narodowości. Biorąc pod uwagę, co miała upamiętniać impreza wydzielenie jedynej nacji beneficjentów wydaje się celnym strzałem w kolano. Była to przecież Rzeczpospolita Obojga Narodów, a w rzeczywistości znacznie więcej niż obojga. Ale kto bogatemu zabroni nagradzać jedynie wykonawców disco polo?

Regulamin był, jaki był i nieszczęśliwie przyjechał zawodnik ze słonecznej Afryki, zgłosił się wcześniej, jako zawodnik anonimowy, co w moim osobistym odczuciu budzi wątpliwości. Jako, że w Afryce biegają z zasady szybciej, to i w Skarżysku mocno opalony przybiegł pierwszy. Ale, kiedy okazało się, że tak czy inaczej z kasy nici zrezygnował z wejścia na podium. Dalej było tylko lepiej.

Organizator zdyskwalifikował biegacza. Za co nie wiem. Drugi na mecie stwierdził, że w sumie to podoba mu się taki zapis w regulaminie. Specjalnie się nie dziwię, bo lepiej przytulić więcej kaski bez zapierniczania na treningach.

I tu pojawia się pytanie, co taka sytuacja robi mnie – szaremu biegaczowi?

Pierwsze to tak czy inaczej nie mam zamiaru startować w biegu, w którym istnieje zapis ograniczający wypłaty dla obcokrajowców. Zwyczajnie mnie to brzydzi. Ważniejsza jest jednak druga część zdarzenia. Bo jeśli organizator zdyskwalifikował biegacza za odmowę wejścia na podium to czy w przyszłym roku to samo może spotkać kogoś w koszulce z napisem „wszyscy jesteśmy murzynami” a za dwa osobę o głupim wyrazie twarzy?

Dlatego, mimo, że w Skarżysku wszystkich nakarmiono, napojono, czas pomierzono to bieg był na miarę klasy organizatorów (175 osób na mecie) I takiej frekwencji życzę im na kolejnych narodowo - radykalnych biegach.

16:27, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 maja 2018
EKSTAZA

Kolejny tydzień mi się za chwilę skończy. Poniżej pierwotnych oczekiwań, ale to chyba lepiej. Nie zajechałem się i mam siłę na kolejny. Później będzie trudniej zaczynam cykl a to oznacza ranne wstawanie. Wróciło do mnie pytanie, po co mi odcinki?

Od czasu do czasu, tak między dwa a cztery razy w tygodniu, przy czym cztery to ekstremum biegam interwały. I tak się zastanawiałem, na co mi to? W sumie to ciut już jestem na to za stary, tempo nogi nie urywa, powoli wchodzę na tych odcinkach w sensowne tętna, ale w porównaniu, z tym, co kiedyś to jest dennie. Ciągle wraca to w porównaniu, trudno przed tym uciec.

Co mnie tak ciągnie do odcinków? Jacek Hugo – Bader, chyba on właśnie, powiedział, że lubi się złachać, tak upodlić bieganiem. Doprowadzić do sytuacji, kiedy już zupełnie nie ma sił. Mnie częściej to dopada, kiedy lecę, na ten czas jedyne dłuższe wybieganie w tygodniu. Dochodzę do swojej granicy i cierpię. Chociaż interwały też są niezłe. Ale jest w nich coś, co mnie bardziej pociąga.

Konieczność pełnego resetu. Muszę się całkiem wyłączyć, cały skupić na biegu, na nogach, płucach, sercu. Mniej na kontroli parametrów, bardziej na kontroli organizmu, na słuchaniu siebie. To nie jest to komfortowe tupanie, kiedy się myśli. Dokładnie się biegnie, samo się biegnie i powoli sączy się myśli. Tu czuję pełne wyłączenie.

No i nawet teraz, niezbyt często, ale jednak czuję ogromną radość z biegania. Coś, co miewałem nawet w maratonie, takie uniesienie, radość wolność. Poczucie, że bieg odbywa się bez wysiłku, jest szybkim przemieszczaniem się lotem. Jest czystą radością.

A jutro złacham się jak szmata na długim jak na mnie tu i teraz wybieganiu. Długim i wolnym, bardzo wolnym. Ale i to przyjmuję z radością. Bo każdy nowy dzień, każdy kolejny bieg jest darem. A za dary jestem wdzięczny.

18:54, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 kwietnia 2018
W LESIE

Bieganie jest super, szczególnie w lesie. W ciszy w samotności z biegiem różnych myśli. Las jest super.

Wczoraj udało mi się po dłuższym czasie udało mi się dotoczyć do lasu. I był to moment, w którym miałem ochotę krzyczeć z radości.

Poleciałem sobie przez Las Bielański, jeszcze w miarę wcześnie, ciut po dziesiątej nie musiałem się przeciskać. Dalej był droga czy ścieżka nad Wisłą. Lubię ją jesienią i zimą, kiedy jest tam mniej ludzi, wczoraj trochę osób się tam kręciło. Dwa kroki przez Park Młociński, krótka refleksja: kiedy powstała tam pierwsza mapa do BnO nazywała się „To nie jest Park Skaryszewski”, przeskok przez ruchliwą ulicę i jestem. Droga, ścieżka, cisza, to znaczy ptaki zagłuszają ciszę, ale jest OK. Jasne, nie aż tak, żeby żadnego dźwięku cywilizacji, ale jak na moje standardy super. I ten czas, kiedy spokojnie byłem ze sobą, ze swoimi myślami, ale i z zapachem wiosny, z radością.

A później trzeba było wrócić do rzeczywistości. Obok huty, przez Wrzeciono, później przez Las Bielański w sumie na słabnących nogach. I toczyłem się spokojnie do domu. W tym momencie już w sporym ruchu, bo było już prawie południe.

Cieszy mnie, że kolejny raz poleciałem około dwóch godzin, to mnie nieźle wzmacnia, w sensie wzmacnia moją głowę. No i miałem czas poukładać sobie w głowie to i owo. Ale to już na innym blogu.



08:08, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 kwietnia 2018
PO WEKENDZIE

To był ciekawy weekend, szczególnie dla tych, którzy interesują się bieganiem na poziomie wyczynowym. Biegali w Szczawnicy, Londynie Krakowie i Warszawie. Działo się, choć, to, co dla mnie najciekawsze pewnie rozchodzi się z zainteresowaniami innych. I niestety będzie ciut politycznie, ale zaznaczę.

No, więc Szczawnica, różne biegi, których nazw nie pamiętam i jak dla mnie największa radość to fakt, że Maciek Więcek wrócił i zajął drugie miejsce na najdłuższej trasie. Macie jak to Maciek, nie będzie się rozdrabniał na jakieś spacerki na dystansie około maratońskie. Mam dla niego ogromnie dużo sympatii i szacunku.

W ramach Mistrzostw Polski na długim dystansie wygrali Edyta Lewandowska i Marcin Świerc. Otwartym pozostaje pytanie, kiedy w biegach górskich pojawią się na tyle duże pieniądze, że i tam zaczną się ścigać czarni a my: mieszkańcy Europy i Ameryki Północnej będziemy robili frekwencję. Pytanie generuje coraz częstszy transfer z bieżni i ulicy w góry.

W Londynie polecieli niby po rekordy, ale coś nie wyszło. Bekele zszedł z trasy Kipnoge pobiegł wolniej niż na torze Monza a Mo był trzeci. U kobiet miał być rekord z udziałem męskich pacemakerów, ale go nie było.

No i było pojedynek Kraków vs Orlen w maratonie. W Warszawie w ramach Narodowego Święta Biegania odbyły się Mistrzostwa Polski i wygrał mój faworyt. Yared kolejny raz udowadnia, że ma jaja, kolejny raz podnosi się po dramacie, może nie aż takim, jak praca w Londynie, ale to, co mu się przytrafiło na igrzyskach wielu by położyło. Był szósty w generalce z przyzwoitym wynikiem w niełatwych przecież warunkach.

Polećmy po święcie. Reklamowali się, jako największa impreza biegowa w Polsce, nawiasem dodając, że chodzi im o liczbę wszystkich uczestników. Sprawdziłem dane z zeszłego roku, dodałem dychę i maraton i ciągle wyszło, że w Biegu Niepodległości w Warszawie w sumie poległo więcej uczestników.

Zaczyna się politycznie

Swoją drogą to trzeba mieć ogromne zdolności. Mają ogromny budżet, możliwości zrobienia w zasadzie czegokolwiek i w ciągu trzech lat, jak raz wtedy, kiedy Orlenem zarządza PiS frekwencja spada z 7300 do niespełna 4500. Organizują imprezę tak jak zarządzają krajem.

Koniec polityki.

Mnie osobiście to, że w tym roku Orlen ma poważne szanse na pozycję numer pięć, jeśli chodzi o liczbę zawodników na mecie cieszy z kilku powodów. Mniej w kwietniu to pewna szansa na więcej we wrześniu. Na liście Maratonu Warszawskiego jest już prawie cztery tysiące osób. Nawet Wasyl się zgłosił a ja już zebrałem 5 zł (słownie pięć) i jak ktoś ma ochotę to może coś wpłacić.

Cieszy mnie regres Orlenu, bo oznacza, że kasa to nie wszystko. Że ciężka konsekwentna praca, jaką wykonywali, orgowie w Krakowie okazała się bardziej cenna i wartościowa niż pieniądze dużego koncernu. I w Krakowie, mimo trudnej konkurencji ciut przybyło, kilkanaście osób, ale zawsze.

A ja sobie poleciałem długie wybieganie, takie ponad dwie godziny, udało mi się nie polecieć z absurdalnie wysokim tętnem (średnio wyszło 144) i teraz mam trzy tygodnie, w których nie muszę zrywać się bladym świtem, więc i pobiegać mogę

09:16, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14