RSS
wtorek, 03 lipca 2018
WYMIERNE WSKAŹNIKI

Piszę a więc biegam. Tak mnie tknęło, na ile wiarygodne są wymierne wskaźniki. Może warto w większym stopniu opierać się na wrażeniach, samopoczuciu. I poza wszystkim, po co mi plan treningowy?

W tym blogu ten obrazek pojawił się zapewne nie raz, ale jeśli chodzi o temat kontroli czy samokontroli jest adekwatny. Meta Maratonu Warszawskiego 2007. Na mecie biegacz praktycznie traci świadomość, szarpie się, ale nie bardzo wie, co się z nim dzieje. Koniecznie chce się dowiedzieć, jaki miał czas, okazuje się, że ciut zabrakło mu do trzech godzin. Czemu nie poczuł, nie usłyszał, kiedy jego ciał krzyczało: dość?

Korzystamy z coraz bardziej skomplikowanych przyrządów monitorujących stan organizmu podczas treningu. Sam biegam, jak na moje standardy, z urządzeniem posiadającym wszystko poza wodotryskiem. Dość regularnie monitoruję tętno, tempo i kadencję. Korzystam także z wagi. Czy jednak wystarczającym wskaźnikiem zmiany masy ciała nie jest to, że spadają mi kolejne spodnie? Czy, szczególnie przy takim bieganiu, jakie lubię, czyli jak najmniej na asfalcie, tempo ma jakiekolwiek znaczenie? Wystarczy, że popada i tempo staje się mniejsze lub większe w zależności od tego, jakie jest podłoże.

A tętno spoczynkowe? Niby jest dobrym wskaźnikiem, jego wzrost świadczy o przeciążeniu. Tyle, że na regularne kontrolowanie rano tętna zwyczajnie nie mam zdrowia, czy cierpliwości. Coś takiego mogę poczuć na początku treningu. Zresztą przy moim aktualnym treningu byłby to przerost formy nad treścią.

W moim odczuciu przynajmniej równie ważne jak kontrola wymiernych wskaźników jest słuchanie siebie. To jedna z ważniejszych rzeczy związanych z bieganiem.

A plany treningowe? Warto wiedzieć, co, w jakim celu i jak biegać. W tym momencie nie piszę sobie planów na dłużej. Zwyczajnie czasem nie jest dla mnie przewidywalne ja będę się czuł za kilka dni. Najlepszym przykładem tu był czerwiec, kiedy po dwóch jak na mnie ostatnio niezłych miesiącach zaliczyłem dramatyczną padakę i z trudem wracam do treningów o dwucyfrowym dystansie. Z drugiej strony wagę mam wreszcie sensowną, więc może z czasem wyjdzie na lepiej. Ale to jeszcze kwestia poradzenia sobie z głową, a to łatwe nie jest. Ale w sumie nikt nigdy nie mówił mi, że będzie łatwo. Żongluję kilkoma zestawami mikrocykli i staram się pamiętać, że największe braki mam w obszarze wytrzymałości ogólnej.

12:03, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 czerwca 2018
JAK CI SIĘ BIEGŁO

Jednym z moich ulubionych już byłych biegaczy elity jest Michał Smalec, ale zacznę od Rafała Wójcika. Będzie o tym, czemu spinam się na treningach a nie tylko sobie truchtam.

Spinam się, spinam i nic. To znaczy może coś, bo jakoś tak ciut mi się szybciej nóżka kręci, ale bez rewelacji. Miło być super cztery dni biegania na wysokości, wyszło jak zawsze, rozchorowałem się i zamiast biegania jest cichutkie umieranie. Rafał Wójcik powiedział kiedyś asfalt uczy pokory. Jak lecisz dychę na asfalcie to widzisz, że jest to nie 38 minut tylko 48 i wiesz gdzie jest Twoje miejsce. No, więc moje miejsce jest w dolnej strefie stanów średnich. Kropka. Czy szarpię się po to, żeby przesunąć się do środka strefy stanów średnich?

Michał Smalec na swoim już chyba niedostępnym blogu kiedyś napisał, że nikt po biegu nie zadaje mu tego właściwego pytania. Pytają o czas, miejsce, życiówkę i inne mało istotne rzeczy. Nikt go nie pyta jak mu się biegło.

I to jest to, do czego chcę wrócić. Do lekkości, swobody lotu nad mijającymi kilometrami, do chwil, kiedy chce mi się krzyczeć ze szczęścia, że jestem tu i teraz i robię to, co robię, wszystko jedno na zawodach czy na treningu. Do uczucia wolności. Wiem, że trudno to opowiedzieć, tak jak trudno opowiedzieć, czemu taki przyjemny jest seks. A z bieganiem, jeśli nie odetniemy się od siebie władając słuchawki i puszczając kolejne motywacyjne kawałki i wskazówki treningowe, jest podobnie. Jest mniej intensywnie, ale znacznie dłużej.

Dlatego wychodzę biegać odcinki, szarpię się na treningach i jak się uda to jutro – pojutrze wyjdę, choć ciut potupać.

09:35, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 maja 2018
LEKKOŚĆ

Lubię te swoje soboty. Wtedy z zasady biegam, coś szybszego, przynajmniej jak na mnie teraz.

Ostatnimi czasy poza tradycyjnym niedzielnym dłuższym bieganiem, tak ciut nad dwie godziny w tempie padaki biegłem odcinki. Też nędzne, ale zawsze. Trzy minuty z przerwą minuta albo minuta z przerwą trzydzieści sekund. W soboty bywał to raczej dłuższy interwał, tak było do poprzedniej soboty. Sam nie bardzo pamiętam, czemu, ale zamiast interwałów zacząłem lecieć drugi zakres i spodobało mi się n tyle, że w kolejnym tygodniu powtórzyłem eksperyment.

Tyle, że tym razem z pełną świadomością, co będę robił poleciałem nad Jeziorko Czerniakowskie. N miękkim tempo leci 20 – 30 sekund n kilometrze w dół to i tempo mimo wysokiego tętna spadło. Ale tak czy inaczej było git i generalnie super.

I są to takie rzeczy, które mnie budują.

Bywa, że spadają mi spodnie i dziurek w pasku brak. No i cycki mi nie latają jak schodzę po schodach.

Orając ponad dwie godziny nie ciągnę już za sobą nóg, fakt, tankuję po drodze i to trochę pomaga.

W zeszłym tygodniu wyszedłem sześć razy, owszem, jak to mówi R na dwa kółka dookoła bloku, ale zawsze.

I zaczynam jak był zwykł mawiać jeden z moich trenerów biegać a nie truchtać. Jego motto brzmiało jak biegasz, to biegaj, a nie truchtaj.

Powoli wracam do takiej fantastycznej lekkości, do momentu, kiedy „się biegnie”, samo się biegnie. Kiedy nie ma wysiłku, jest lekkość i mam ochotę krzyczeć z radości.

Nie pamiętam jak dawno biegałem tak długie treningi, ważyłem tak mało. Fakt w zeszłym tygodniu zagapiłem się, zjadłem jabłko i przytyłem 20 deka, ale zachowałem na tyle dużo zdrowego rozsądku, żeby poprzestać na jednym i nie poleciałem w górę o kilo.

I wiem, że to wszystko mało i czasem wracam do niegdysiejszej lekkości biegu. Ale zaczynam wierzyć, że to może wrócić.

17:49, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 maja 2018
NOC

Zbieram się z tym wpisem od tygodni. Czemu zabrałem się kurt teraz? Jest znowu niedziel i mm wyjść na długie wybieganie. Jak wyjdę później z całą pewności nie zmarznę. Bieg się przede wszystkim głową. Nogi to tylko takie narośle, które pomagają się przemieszczać.

To przychodzi do mnie ostatnio coraz rzadziej, tak rzadko, że się od tego odzwyczaiłem. I tydzień temu tak się obudziłem, po średnio przespanej nocy i z jednej strony miałem zdecydowanie mniej czasu a z drugiej wyłaziłem n trening z przekonaniem, że to, co zrobię jest absolutnie nieważne. Że to całe biegnie na nic.

I tak sobie wyszedłem a w uszach tłukła mi się jedna piosenka Stachury, którą kiedyś słyszałem kiedyś w wykonaniu Macieja Gałązki, tu jest w innym, ale nie gorszym. Tak mi się tłukło w głowie, kiedy ruszą dla mnie i tłukłem te kilometry bez ładu i składu.

I wracały mi różne myśli i świadomość, że trudno mi nabiegać cokolwiek, a już zakładane ponad dwie godziny to z całą pewnością nie. W pierwszej chwili oszacowałem się na siódemkę (w km) później dychę.

Z czasem zmieniała mi się muzyka w głowie i jakoś tak robiło się w niej jaśniej. Nie żeby jakoś bardzo jasno. Z głębokiej, pardon, dupy przeniosłem się do ciemnej piwnicy. Ale postęp jest tak czy inaczej znaczący.

W głowie już miałem inną muzykę a w sercu ciut, troszeczkę wiary i sporo nadziei. I te drobne siedemnaście kilometrów. Kilometrów walki, gdzie pierwsze minuty to była walka o każdy kolejny krok dały mi ogromnie dużo siły.

 

 

10:28, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 maja 2018
BIEG NARODOWY

Był taki bieg, o którym głośno było sporo przed Samym biegiem a i pop nim też było nieźle. To Bieg Konstytucji w Skarżysku Kamiennej.

Przed trochę szumu sprawiło, że organizator przewidział nagrody finansowe tylko dla osób jedynej słusznej narodowości. Biorąc pod uwagę, co miała upamiętniać impreza wydzielenie jedynej nacji beneficjentów wydaje się celnym strzałem w kolano. Była to przecież Rzeczpospolita Obojga Narodów, a w rzeczywistości znacznie więcej niż obojga. Ale kto bogatemu zabroni nagradzać jedynie wykonawców disco polo?

Regulamin był, jaki był i nieszczęśliwie przyjechał zawodnik ze słonecznej Afryki, zgłosił się wcześniej, jako zawodnik anonimowy, co w moim osobistym odczuciu budzi wątpliwości. Jako, że w Afryce biegają z zasady szybciej, to i w Skarżysku mocno opalony przybiegł pierwszy. Ale, kiedy okazało się, że tak czy inaczej z kasy nici zrezygnował z wejścia na podium. Dalej było tylko lepiej.

Organizator zdyskwalifikował biegacza. Za co nie wiem. Drugi na mecie stwierdził, że w sumie to podoba mu się taki zapis w regulaminie. Specjalnie się nie dziwię, bo lepiej przytulić więcej kaski bez zapierniczania na treningach.

I tu pojawia się pytanie, co taka sytuacja robi mnie – szaremu biegaczowi?

Pierwsze to tak czy inaczej nie mam zamiaru startować w biegu, w którym istnieje zapis ograniczający wypłaty dla obcokrajowców. Zwyczajnie mnie to brzydzi. Ważniejsza jest jednak druga część zdarzenia. Bo jeśli organizator zdyskwalifikował biegacza za odmowę wejścia na podium to czy w przyszłym roku to samo może spotkać kogoś w koszulce z napisem „wszyscy jesteśmy murzynami” a za dwa osobę o głupim wyrazie twarzy?

Dlatego, mimo, że w Skarżysku wszystkich nakarmiono, napojono, czas pomierzono to bieg był na miarę klasy organizatorów (175 osób na mecie) I takiej frekwencji życzę im na kolejnych narodowo - radykalnych biegach.

16:27, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 maja 2018
EKSTAZA

Kolejny tydzień mi się za chwilę skończy. Poniżej pierwotnych oczekiwań, ale to chyba lepiej. Nie zajechałem się i mam siłę na kolejny. Później będzie trudniej zaczynam cykl a to oznacza ranne wstawanie. Wróciło do mnie pytanie, po co mi odcinki?

Od czasu do czasu, tak między dwa a cztery razy w tygodniu, przy czym cztery to ekstremum biegam interwały. I tak się zastanawiałem, na co mi to? W sumie to ciut już jestem na to za stary, tempo nogi nie urywa, powoli wchodzę na tych odcinkach w sensowne tętna, ale w porównaniu, z tym, co kiedyś to jest dennie. Ciągle wraca to w porównaniu, trudno przed tym uciec.

Co mnie tak ciągnie do odcinków? Jacek Hugo – Bader, chyba on właśnie, powiedział, że lubi się złachać, tak upodlić bieganiem. Doprowadzić do sytuacji, kiedy już zupełnie nie ma sił. Mnie częściej to dopada, kiedy lecę, na ten czas jedyne dłuższe wybieganie w tygodniu. Dochodzę do swojej granicy i cierpię. Chociaż interwały też są niezłe. Ale jest w nich coś, co mnie bardziej pociąga.

Konieczność pełnego resetu. Muszę się całkiem wyłączyć, cały skupić na biegu, na nogach, płucach, sercu. Mniej na kontroli parametrów, bardziej na kontroli organizmu, na słuchaniu siebie. To nie jest to komfortowe tupanie, kiedy się myśli. Dokładnie się biegnie, samo się biegnie i powoli sączy się myśli. Tu czuję pełne wyłączenie.

No i nawet teraz, niezbyt często, ale jednak czuję ogromną radość z biegania. Coś, co miewałem nawet w maratonie, takie uniesienie, radość wolność. Poczucie, że bieg odbywa się bez wysiłku, jest szybkim przemieszczaniem się lotem. Jest czystą radością.

A jutro złacham się jak szmata na długim jak na mnie tu i teraz wybieganiu. Długim i wolnym, bardzo wolnym. Ale i to przyjmuję z radością. Bo każdy nowy dzień, każdy kolejny bieg jest darem. A za dary jestem wdzięczny.

18:54, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 kwietnia 2018
W LESIE

Bieganie jest super, szczególnie w lesie. W ciszy w samotności z biegiem różnych myśli. Las jest super.

Wczoraj udało mi się po dłuższym czasie udało mi się dotoczyć do lasu. I był to moment, w którym miałem ochotę krzyczeć z radości.

Poleciałem sobie przez Las Bielański, jeszcze w miarę wcześnie, ciut po dziesiątej nie musiałem się przeciskać. Dalej był droga czy ścieżka nad Wisłą. Lubię ją jesienią i zimą, kiedy jest tam mniej ludzi, wczoraj trochę osób się tam kręciło. Dwa kroki przez Park Młociński, krótka refleksja: kiedy powstała tam pierwsza mapa do BnO nazywała się „To nie jest Park Skaryszewski”, przeskok przez ruchliwą ulicę i jestem. Droga, ścieżka, cisza, to znaczy ptaki zagłuszają ciszę, ale jest OK. Jasne, nie aż tak, żeby żadnego dźwięku cywilizacji, ale jak na moje standardy super. I ten czas, kiedy spokojnie byłem ze sobą, ze swoimi myślami, ale i z zapachem wiosny, z radością.

A później trzeba było wrócić do rzeczywistości. Obok huty, przez Wrzeciono, później przez Las Bielański w sumie na słabnących nogach. I toczyłem się spokojnie do domu. W tym momencie już w sporym ruchu, bo było już prawie południe.

Cieszy mnie, że kolejny raz poleciałem około dwóch godzin, to mnie nieźle wzmacnia, w sensie wzmacnia moją głowę. No i miałem czas poukładać sobie w głowie to i owo. Ale to już na innym blogu.



08:08, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 kwietnia 2018
PO WEKENDZIE

To był ciekawy weekend, szczególnie dla tych, którzy interesują się bieganiem na poziomie wyczynowym. Biegali w Szczawnicy, Londynie Krakowie i Warszawie. Działo się, choć, to, co dla mnie najciekawsze pewnie rozchodzi się z zainteresowaniami innych. I niestety będzie ciut politycznie, ale zaznaczę.

No, więc Szczawnica, różne biegi, których nazw nie pamiętam i jak dla mnie największa radość to fakt, że Maciek Więcek wrócił i zajął drugie miejsce na najdłuższej trasie. Macie jak to Maciek, nie będzie się rozdrabniał na jakieś spacerki na dystansie około maratońskie. Mam dla niego ogromnie dużo sympatii i szacunku.

W ramach Mistrzostw Polski na długim dystansie wygrali Edyta Lewandowska i Marcin Świerc. Otwartym pozostaje pytanie, kiedy w biegach górskich pojawią się na tyle duże pieniądze, że i tam zaczną się ścigać czarni a my: mieszkańcy Europy i Ameryki Północnej będziemy robili frekwencję. Pytanie generuje coraz częstszy transfer z bieżni i ulicy w góry.

W Londynie polecieli niby po rekordy, ale coś nie wyszło. Bekele zszedł z trasy Kipnoge pobiegł wolniej niż na torze Monza a Mo był trzeci. U kobiet miał być rekord z udziałem męskich pacemakerów, ale go nie było.

No i było pojedynek Kraków vs Orlen w maratonie. W Warszawie w ramach Narodowego Święta Biegania odbyły się Mistrzostwa Polski i wygrał mój faworyt. Yared kolejny raz udowadnia, że ma jaja, kolejny raz podnosi się po dramacie, może nie aż takim, jak praca w Londynie, ale to, co mu się przytrafiło na igrzyskach wielu by położyło. Był szósty w generalce z przyzwoitym wynikiem w niełatwych przecież warunkach.

Polećmy po święcie. Reklamowali się, jako największa impreza biegowa w Polsce, nawiasem dodając, że chodzi im o liczbę wszystkich uczestników. Sprawdziłem dane z zeszłego roku, dodałem dychę i maraton i ciągle wyszło, że w Biegu Niepodległości w Warszawie w sumie poległo więcej uczestników.

Zaczyna się politycznie

Swoją drogą to trzeba mieć ogromne zdolności. Mają ogromny budżet, możliwości zrobienia w zasadzie czegokolwiek i w ciągu trzech lat, jak raz wtedy, kiedy Orlenem zarządza PiS frekwencja spada z 7300 do niespełna 4500. Organizują imprezę tak jak zarządzają krajem.

Koniec polityki.

Mnie osobiście to, że w tym roku Orlen ma poważne szanse na pozycję numer pięć, jeśli chodzi o liczbę zawodników na mecie cieszy z kilku powodów. Mniej w kwietniu to pewna szansa na więcej we wrześniu. Na liście Maratonu Warszawskiego jest już prawie cztery tysiące osób. Nawet Wasyl się zgłosił a ja już zebrałem 5 zł (słownie pięć) i jak ktoś ma ochotę to może coś wpłacić.

Cieszy mnie regres Orlenu, bo oznacza, że kasa to nie wszystko. Że ciężka konsekwentna praca, jaką wykonywali, orgowie w Krakowie okazała się bardziej cenna i wartościowa niż pieniądze dużego koncernu. I w Krakowie, mimo trudnej konkurencji ciut przybyło, kilkanaście osób, ale zawsze.

A ja sobie poleciałem długie wybieganie, takie ponad dwie godziny, udało mi się nie polecieć z absurdalnie wysokim tętnem (średnio wyszło 144) i teraz mam trzy tygodnie, w których nie muszę zrywać się bladym świtem, więc i pobiegać mogę

09:16, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 31 marca 2018
Wielkanoc

Tym razem jest eksperymentalnie. Najpierw napiszę tekst, później dodam lid, oto on: Przez bieganie przewijają się najważniejsze momenty mojego życia, takie, które sprawiają, że jestem człowiekiem. Choć Lem zapytał kiedyś „człowiek jak to brzmi?” No właśnie.

Wiele rzeczy rymuje mi się w życiu z bieganiem. Radość, szczęście, ból, poczucie beznadziejności, pory roku, powolne, albo i szybkie odchodzenie, Wielkanoc i Boże Narodzenie. No właśnie, Wielkanoc.

Jak to się mówi za dzieciaka, albo młodego młodzieńca w Wielkanoc wychodziłem w niedzielę na dłuższy i wcześniejszy trening. Przy okazji zbierałem trochę borówek do dekoracji świątecznego stołu. Jakoś tak było, że z zasady było wtedy ciepło. Nie tak ciepło, żeby wyjść na krótko, więc męczyłem się w dresach. Leginsów i takich tam nie było, biegałem z bawełniano – plastikowych dresach. Ale nie to jest moje specjalne wielkanocne wspomnienie z bieganiem w tle.

W którąś Wielkanoc miałem dyżur w Głoskowie. Pierwsza dekada naszego wieku. Stop, dla mnie to raczej waszego wieku, bo ciągle mój wiek, to wiek dwudziesty, wiem starość. No, więc początek wieku, ale wtedy w okolicach Głoskowa był wiek raczej dziewiętnasty, przynajmniej pod pewnymi względami. Kilka zim wcześniej widziałem tam kobietę robiącą pranie w rzeczy za pomocą kijanki.

Więc żeby nie urażać uczuć autochtonów i nie tracić dnia z treningu wyszedłem rano, bladym świtem, tak żeby być przy organizacji śniadania i nie urażać. Biegałem po łąkach, najpierw o szarówce, później, kiedy robiło się coraz jaśniej spokojnie wchodziłem w maleńkie ścieżynki na łąkach. I najpierw wydawało mi się, że z czymś przesadziłem, później zrozumiałem.

Słyszałem kościelne pieśni. To ludzie z maleńkich wioseczek szli na rezurekcję i śpiewali. Ni mam pojęcia czy szli do Garwolina, czy gdzieś bliżej był kościół. Pamiętam dźwięki kościelnych pieśni niosące się po rosie na łąkach w momencie, kiedy wstawało słońce.

Kiedy teraz o tym myślę mam wrażenie, że w tym obrazie, dźwięku, zapachu jest zamknięty codzienny cud zmartwychwstania.

Przez lata, przez ostatnie dwa lata przy tym i innych wspomnieniach chciałem umieścić „przycisk” DODAJ DO UTRACONYCH. Ale poczułem, że nie. Że może, prawie na pewno nie usiądę już na letniaku, nie pogadam na stołówce z Jasiem i nie wypiję kawy na kominkowej. Ale jak powiedział kiedyś Zielony – „Ni chuja”. Nikt nie zabierze mi tego i innych cudowności. Nie pozwolę się tego pozbawić, bo to jest jeden z ważnych momentów mojego życia. Jest to ważny kawałek mnie, mojego człowieczeństwa.

15:52, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 marca 2018
POBIEGANE

Pobiegane, popłakane, było cudownie. Półmaraton Warszawski przebiegłem po raz dziesiąty, dwa razy widziałem i nie tylko widziałem z drugiej strony. Raz mnie nie było, nie miałem siły. Nie miałem siły na nic, nawet na życie.

Pakiet odebrany w sobotę, pomiędzy Jarmarkiem Wielkanocnym a wieczorem z R. Obie te chwile były jak wisienki na torcie, ta druga większa i słodsza. A później przyszedł niedzielny poranek.

Nawiązując do jednego z moich ulubionych cytatów z biegaczy miewam ochotę powiedzieć, ten wał Tronina wymyślił sobie, żeby półmaraton odbywał się akurat w weekend, kiedy zmieniany jest czas. Szkoda, że w te stronę i nie mam czasu, żeby się wyspać. Ale budzę się w dobrym nastroju, co tam dobrym, w znakomitym. R twierdzi, że powinienem co tydzień biegać półmaraton. Tyle, że wtedy to by już nie było to. Poza tym mój nastrój wziął się z tego, co dostałem w szkole od różnych rodziców, dzieci moich uczniów oraz tych, którzy by chcieli, spotkania z Karolem no i wieczornych rozmów, między innymi rozmów, kolejność chronologiczna.

Jem śniadanie, przebieram się za biegacza i nakładam na to warstwę maskującą, dopijam się i lecę. Przed autobusem rozgrzewka- przebiegam do niego jakieś czterdzieści metrów, to może zaważyć na wyniku. Dojeżdżam do Gdańskiego, czekam chwilę na Karola i się zaczyna. Czekamy na tramwaj (urywamy w ten sposób jakiś 500 m dojścia). Ale wysiłek i tak będzie ekstremalny. Kiedy przyjeżdżają dwa tramwaje apeluję

- Wsiadamy do niskopodłogowego, do zwykłego mogę nie dać rady. Wysiadamy, zrzucam z siebie to, co mam na wierzchu idziemy na górę zrobić sobie zdjęcie z grupą biegających kibiców Poloniił. Nie żebym regularnie chodził na mecze, ale lubię Polonię.

Później rozchodzimy się i spokojnie czekam na start. Zdejmuję z głowy bufa, staję obok tłumu, wejdę w niego jak minie mnie grupa na 1.45. Myślałem o starcie z końca, ale rezygnuję. Myślę sobie, mam kilka minut.

Trzynasta edycja, dwanaście lat. Jakie były? Czy nie jest tak, że spora część z nich to był najczarniejszy okres w moim życiu? Czy to już koniec? Czy rzeczywiście zaczynam wychodzić na prostą? Myślę o cudach, akie mi się przytrafiły w tym czasie. O dzieciakach o R o szkole. Leci Sen o Warszawie, mnie jak zawsze lecą w tym momencie łzy, klasyk taki. Ludzie ruszają, mija mnie Jacek witamy się. Ja spokojnie czekam, kiedy przychodzi czas wchodzę, dryptam, później zaczynam truchtać i biec.

Jest cudnie – słońce, ciepło, wiatr. Jest nas niezły tłumek. Jeszcze ciasno, do końca będzie ciasno na zakrętach i wodopojach. W górę, w dół i znowu w górę. Jedyne, co irytuje, to biegacze, którzy mają wywalone na innych, ustawiają się na czas zdecydowanie powyżej możliwości i teraz utrudniają bieg. Na początku, kiedy jest ciasno, to złości, później, kiedy jest już łatwiej ich mijać jest z tym lepiej. Teraz muszę czasem uciekać na bok, na chodniki, trawniki i generalnie się złoszczę. Tak troszeczkę, ale jak mogę, to sobie ulżę.

Na jednym z mostów czuję radość, chce mi się krzyczeć z radości. Lecę sobie wolniutko, przynamniej w obiektywnym widzeniu, bo jak na mnie to dość szybko, choć tego nie czuję. Tak ciut poniżej piątki. Wizytuję toaletę na dziewiątym i w efekcie osiągam równe tempo. Po chwili kolejny most, lubię te kawałki na Moście Świętokrzyskim, choć palce chciały napisać Syreny. Już jestem prawie na mecie. Jestem prawie na ostatniej prostej. Na ulicy Hopfera brama i kibice Rak’n’Rolla, chce mi się krzyczeć z radości (znowu), dwa zakręty i ostania prosta. Długa.

Przez chwilę czuję miękkość w nogach, zastanawiam się czy nie zwolnić, ale jakoś tam cisnę. Taki kryzys to nie kryzys. Był szpaler przy zejściu z mostu, nie ma, jak kiedyś pod Poniatowszczakiem. I jeszcze tunel, w tunelu chór, wybiegam na słońce i widzę w oddali metę. Niby bym przyspieszył, ale nogi nie niosą.

Dobiegam, zatrzymuję stoper i pierwszy raz nie płaczę. Przypomina mi się pani z Fundacji, która zobaczył, w jakim jestem stanie półtora roku temu nie wiedziała jak zareagować. Ale tym razem jest lepiej jakiś spokojniejszy jestem.

Czuję się szczęśliwy, za metą za chwilę będzie R. Spotykam jeszcze Angelikę, jest, jak zawsze uśmiechnięta, idziemy razem po depozyt, chwila rozmowy, gna jak zawsze jeszcze kogoś spotkać. Ja idę się przebrać, ale tak czy inaczej spotykam kogoś z odległej przeszłości, kiedy biegaczy było jeszcze niewielu i drugiego z Milanówka. Wszędzie ten Milanówek, na Czarnym Proteście też spotkałem tamtejszych znajomych.

Jaki miałem czas? Nieważne. Jak mi poszło? Nie ma, o czym mówić. Jak mi się biegło? Było super. I tylko to się liczy. To, co przeżyłem, doświadczyłem, przemyślałem, przypomniałem sobie. Dlatego zawsze lubię tu wracać, przeżywać swój Sen o Warszawie.



06:56, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14