RSS
poniedziałek, 29 maja 2017
POKORA

Wczoraj dotarło do mnie, że wreszcie mam jakiś postęp. Jasne, jak sobie porównam to, co i jak teraz szuram z niegdysiejszym bieganiem to jest słabo. Ale po tym jak przez półtora roku czy więcej szarpałem się i nic, teraz nagle poczułem poprawę. Dorzucę też szpileczkę organizatorom z Poznania, niech wiedzą, że ich lubię.

Rafał Wójcik, niegdysiejszy czołowy rodzimy maratończyk powiedział kiedyś „asfalt uczy pokory”. Nic dodać nic ująć. Kiedy wracałem do biegania w Głoskowie było mi w miarę łatwo: miałem motywację, wiarę w to, co przede mną i relatywnie szybko doszedłem do czasów na poziomie 3.20. Miałem także jeden atut – jakieś 10 kilo mniej.

Teraz jest inaczej, jest czy raczej było. Przez miesiące miałem krótki progres a później tydzień czy dwa walczyłem, żeby wygrzebać się na trening. Robiły się trzy, cztery siedem dni przerwy i rodziła się frustracja. Nijak nie potrafiłem uwierzyć, że jakoś to będzie, nie miałem poprawy. Właściwie dopiero na połówce okazało się, że nie poleciałem w dół. Lepszy rok do roku wynik w maratonie był wynikiem tego, że rok wcześniej pobiegłem jak ostatni debil.

I nagle, sam nie wiem jak przeszło. Nie martwię się już uhodowanym na antydepresantach brzuch, ważę te swoje 85 – 86 i liczę po cichu, że powoli z czasem zjadę, a zostanie nadmiar siły, jak nie uda mi się wyjść dzisiaj to wychodzę jutro, spokojnie nizam paciorki kilometrów i nie wyję z żalu, że zamiast 30 km biegam 15 a tempo już nie 4.45 tylko 5.45. Bo teraz to jest już 5.45, bo dwa miesiące temu było wolniej o jakieś 15 sekund na kilometrze.

I nie mm zamiaru biegać jakiegoś ultra, bo jestem na to zwyczajnie (metaforycznie) za cienki i sam nie wiem czy mam ochotę wracać do ultra, jak już będę trochę w gazie to pomyślę. Nauczyłem się, że do wszystkiego trzeba dochodzić powoli, krok po kroku i nie ma, co się spieszyć. No i że nie warto myśleć tylko jak to kiedyś było dobrze. Poza wszystkim jestem już 50+ a peseloza to choroba o różnych objawach. Nabrałem pokory.

A panowie z Poznania? Znalazłem w końcu informację, że Karolina Nadolska jest omc Rekordzistką Polski. Trochę także na własne życzenie, bo nie miała ważnej licencji. Pozostaje pytanie czy państwo organizatorstwo dojdą do swojego rozumu i w październiku będą sędziowie czy też znowu jak padnie rekord to będzie tylko omc, bo ich to, no dobra, napiszę, wali?



08:50, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 maja 2017
DWÓJKOŁAMACZE

Tak na marginesie wczorajszej imprezy na torze Monza pojawia mi się pytanie czy nieuznanie rekordu to efekt niedbałości czy uczciwości.

Przy okazji całego zamieszania pojawiło się sporo głosów, że wszystko to ma mało wspólnego ze sportem. Trafny komentarz na stronie Bieganie.pl na pytanie o zdanie ekspertów stwierdził, że ekspertami są tu właściciele i księgowa Nike’a. Coś w tym jest.

Po pierwsze jasne, że w porównaniu z klasycznym maratonem bohater poranka miał łatwiej. Czy jednak tłumaczy to poprawę wyniku o prawie trzy minuty? Swoje zrobiło zapewne precyzyjne przygotowanie i przekonanie, że muszą być tego pozytywne skutki.

Czy można była całość zorganizować tak, żeby rekord był do uznania? Jasne, po pierwsze samochód niższy i nieco dalej, po drugie napoje na stołach. To by było do zorganizowania praktycznie bez straty czasu zawodników. Wreszcie pacemakerzy, którzy pierwsze kółko lecą wszyscy a później zwyczajnie „są dublowani” i kolejne kółka biegną z Kipchoge. Pytanie czy było to niedopatrzenie czy przejaw uczciwości? Zawody w kalendarzu, trasa z atestem, nawet buty z atestem, badania na doping, więc wydaje się, że wszystko pod kontrolą.

Jest jeszcze trzecia możliwość – w takiej sytuacji Nike jest bezpieczne, gdyby rekord został uznany jakaś część środowiska biegaczy stwierdziłaby, że to już przegięcie i straty były by większe niż zysk. Straty marketingowe rzecz jasna.

I pojawia się pytanie o zorganizowanie podobnego wyścigu dla wielu stajni. Sama ścisła czołówka, zające od startu a później dublowani, tak, żeby rekord był do uznania. Wiem, że nie jest to klasyczny maraton, ale cóż, może to jest droga?

Na koniec, kolejny raz przeszukałem ponad 15 km, kolejny dwucyfrowy trening. A waga na to – ty grubasie. Trzeba być cierpliwym.



15:26, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
SŁOWO NA PONIEDZIAŁEK

Takie mnie naszły myśli po weekendzie i nie tylko zresztą. Wczoraj w Londynie padł w jakimś stopniu rekord świata kobiet w maratonie, w Warszawie padł mit Orlen Warsaw Marathonu. I jak nie było wiadomo nic o Rekordzie Polski Karoliny Nadolskiej tak i nie wiadomo.

W porządku chronologicznym. Kiedy zacząłem przeglądać kolejny raz informacje o rekordzie z Poznania dotarłem do faktu, że to już było. Dokładnie taka sama sytuacja miała miejsce przy okazji rekordu na 100 km Dominiki Stelmach. Co zaskakuje, to, że oba przypadki miały miejsce w Wielkopolsce a więc w regionie kojarzonym raczej z legalizmem, poważnym podejściem do prawa, ale i zasad. Osobnym problemem jest wątpliwość, czemu w przypadku Nadolskiej pojawiły się wątpliwości i jakiś rozgłos a w przypadku Stelmach jakoś tego nie zaobserwowałem. Może zwyczajnie nie zwróciłem uwagi? Swoją drogą ciekawe, że orgowie z Poznania nabrali wody w usta w kwestii rekordu.

Maraton w Londynie. Wiem nie ma takiego miasta, jest Lądek. Za koleją, najpierw Bekele zapowiedział walkę o rekord świata i poleciał na rekord przez pierwsze pięć kilometrów. Za to Mary Keitany wiele nie gadała, ale poleciała po rekord. Owszem Paula Radcliffe biegała szybciej, ale prowadzona przez mężczyzn. Takie wyniki nie są już uznawane za rekordy. Dyskutującym, czemu tak szybko i kobiety i mężczyźni tak szybko pobiegli pierwszą piątkę proponuję zajrzeć do profilu trasy. Na pierwszej piątce spadek 37 m. Bawi mnie to rozmawianie o tempie biegu beż patrzenia na profil trasy.

Na koniec Warszawa. Kolejny raz Orlenowi spadło i można odnieść wrażenie, że jest to wynik zaniedbań. Rozpoczęta zbyt późno rejestracja dała efekt, jaki dała. Biuro Zawodów pod namiotem wczesną wiosną, brak posiłku po biegu w pakiecie to takie drobiazgi, ale pozostaje lekki niesmak. To, co wyraźnie widać, to swoista atmosfera, podobna nieco do klimatu dookoła Maratonu Poznańskiego. Kiedy ktoś na forum dał lekko negatywny wpis, od razu mu się dostało. Przez wiele lat pierwszym maratonem dla licznego grona biegaczy był właśnie Poznań. W opozycji do „tego chuja, Troniny, co to się chce na biegaczach dorabiać”. W efekcie jakakolwiek negatywna informacja o Poznaniu kończyła się niezła jazdą na forum. Z jednej strony rozumiem mechanizm, najlepiej pamięta się pierwsze miłości, z drugiej sam mam podobnie, dla mnie tym najważniejszym będzie Maraton Warszawski. Z trzeciej widzę też wady tego biegu i jak ktoś o nich mówi jakoś mnie to nie zaburza. Jasne wiele rzeczy na OWM jest super – na ten przykład relacja z trasy i mety on line. Z drugiej poziom prowadzącego ją nieco mnie osłabił. Rozmawia ze zwyciężczynią a nie widzi, że w tym momencie Trzaskalska ogrywa dosłownie na ostatnich metrach dwie Kenijki. Słabo.

08:14, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 kwietnia 2017
WIOSENNE 360

W tym tygodniu siła rzeczy znowu wyjdą mi dwa wpisy. Jeden o sobie, czyli czemu Wiosenne 360 to taki fajny rajd. I generalnie, czemu bieganie po lesie w poszukiwaniu jakichś dziwnych punktów jest super. I drugi, generalnie o kulturze przeprowadzania imprez biegowych, szacunku do zasad, czyli znowu będę się czepiał do Poznania. Ale teraz czas na wiosnę.

Zgłoszony, zapłacony, z lekka wydygany odbieram kartę startową. Wydygany, bo jak ostatnio zgłosiłem się na dwudziestkę piątkę to w praktyce wyszło ponad 40, fakt, trochę na własne życzenie. No i ciepełko jest, takie z dnia na dzień, co mnie zazwyczaj rozbija. Na marginesie, edytor zawzięcie zmienia mi wydygany na wydymany. Ciekawe, swoją drogą więcej mówi to o mnie niż o programie.

Odbieram kartę startową i wracam myślami do swoich początków w BnO. Nie załapałem się na czas pieczątek na PK i nawet swoistą rewolucją za moich początków było umieszczenie perforatorów na lampionie na w miejscu dowolnym opodal. I tak jest na imprezach z cyklu PMnO, to, co mnie urzeka to fakt, że trzeba sobie skopiować opisy, z radością przepisuję, dokładniej rzecz ujmując zmieniam opis słowny na piktogramy na odwrocie karty startowej. Przypominam sobie swój pierwszy start na większej imprezie w Iławie, była wiosna 1982 roku a ja byłem zawodnikiem WZTSP. I pytałem kogoś, co to jest świetlinka (taki był jeden z opisów) ja znałem dwa słowa na opis tego obiektu – polanka lub prześwit.

Na trasę lecę na sucho, mam w kieszeni dychę na jak by mnie kompletnie ścięło i świadomość, że wiem gdzie są sklepy. Po odprawie dostajemy mapy, wybieram wariant. Mapy to taka składanka, na odprawie usłyszeliśmy, że skala to około 1: 11000, na mapie zapis 1;15000. Składam puzzle, co gdzie, bo w sumie to trzy składające się mapy. W ostatniej chwili zauważam, że zapomniałem o jednym PK, zastanawiam się gdzie go wkleić. Jestem gotowy chwilę przed czasem.

Lecimy, po wydmie do góry w dół, przez krzaki, żeby tylko się nie potknąć. Na pierwszy PK bez problemu, to takie zagłębienie w krzakach, więc staram się sprawnie odejść, żeby nikomu nie pokazać i w tym momencie lecę na twarz, uderzam się o jakiś zalegający konar, noga zaczyna boleć, ale lecę. Patrzę, gdzie jak by, co będę mógł zejść, jest kilka opcji.

Kolejne punkty, jak to się mówi wchodzą raczej łatwo, na trzecim zakręcam się minimalnie na odejściu. Wybieram maksymalnie bezpieczne warianty. Dla mniej zorientowanych – staram się jak najwięcej korzystać z dróg i pewnych linii. Poza wszystkim bieganie po twardszym podłożu kosztuje mniej wysiłku. Szosa Lubelska raz, Szosa Lubelska z powrotem, trochę wydm trochę krzaków. Dopiero w okolicach centrum Wesołej kręcę się i tacę kilka minut. Zdrowia brak, ale radzę sobie. Szuram, jak na rasowego, brzuchatego szuracza przystało.

Końcówka to jakieś dwa kilometry, najpierw przez las, ale z półtora przez miasto. Szuram zawzięcie docieram do mety piąty (jako czwarty mężczyzna). Wyszło mi 22, 3 km, znaczy było dobrze, tym bardziej, że korzystałem z dróg. Z jednej strony to szkoda, szuram prawie trzy godziny a do trzeciego miejsca zabrakło mi dwóch minut, z drugiej zwyczajnie nie należało się.

Jeszcze chwila rozmowy z Piotrem i Andrzejem, posiłek, buta nie zdejmuję, bo boję się, co tam znajdę. W niedzielę widzę, że nieźle opuchła, ale dziś (jest poniedziałek) jest lepiej, ciut lepiej.

Kilka refleksji:

Wiosna jest super, drące dzioby ptaki, pączki liści na drzewach. Nawet zapachy niezwykłe.

Wszędzie można znaleźć coś ciekawego. W tym wypadku była to scena, z lekka zadaszona, położona w lesie, niedaleko domów, ale na dziko. Na scenie trzy Konga, czy inne bębenki.

Słaby jestem, ale to może się zmienić.

09:02, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 marca 2017
REKORD

No i mamy zamieszanie z rekordem Polski. Karolina Nadolska, pobiegła w Poznaniu w rewelacyjnym czasie, wygrała bieg pokonując kolejną na mecie Kenijkę o cztery minuty no pokonała barierę 1.10. Trasa miała atest, spełniała wymogi regulaminu w czym w takim razie rzecz?

Impreza nie znalazła się w kalendarzu PZLA i jak donoszą Internety nie było na niej sędziów PZLA. Słychać szum, jakie to PZLA złe, jakie to bagienko. Nikt nie patrzy na to z punktu widzenia zasad. Popatrzmy na to tak: Jest mecz, dajmy na to zwykły sparing. Na stadionie Legii pojawia się Barcelona. A mecz prowadzi wybitny specjalista, Stefan Warenicki z Boguchwały. To nic, że nie ma licencji, bo znakomicie zna przepisy, świetnie widzi wszystko i kondycyjnie przygotowany. Jednym słowem kompetentny we wszystkim. A ta licencja to przecież niepotrzebna formalność, takie czepianie się PZPNu. Pierluigi Collina poprawia włosy, które stanęły mu dęba.

Zatrzymajmy się nad chwilę nad równie abstrakcyjnym przykładem. Zorganizuję z grupą nieformalną „Szurając inaczej” bieg na atestowanej trasie z Parkrunu Żoliborz bieg na 10 km, zaproszę wybitnego biegacza po schodach Karola Galicza, zmierzę dokładnie czas, moim znakomitym stoperem marki Komandir, napiszę wyniki, opublikuję je. I co rekord powinien być uznany?

I tu pojawia się to, co mnie szczególnie dotyka. Jest utyskiwanie na związek, ale nikt nie zauważa, że pewnych formalności jednak nie dopełnili organizatorzy. Czy mają one jakiś sens? Kiedy pisałem w 2009 tekst do magazynu Bieganie sporo czasu rozmawiałem z Januszem Rozumem, zajmującym się statystykami w PZLA i pokazał mi przynajmniej kilka przypadków sytuacji, w której sędziowie pokazali choćby błędy w pomiarach czasu. Zresztą, co robią sędziowie w tym tekście opisałem.

I tak jak jestem przekonany, że prawo, w którym karane jest posiadanie najmniejszych ilości narkotyku jest szkodliwe, to, jeśli ktoś je łamie to on ponosi odpowiedzialność za to, że miał i siedzi. Tak, jeśli ktoś organizuje bieg i ma świadomość, że może paść na nim rekord Polski to on powinien zadbać, żeby spełnione były wszystkie formalności niezbędne do tego rekordu uznania. To w takim razie do organizatorów z Poznania trzeba mieć pretensje, nie do PZLA.

Teraz absolutnie niezbędne okaże się jakieś rozwiązanie tego problemu, najprawdopodobniej związek ugnie się i jakimiś furtkami wepchnie ten wynik do tabel i jest dla mnie jasne, że nie powinno się karać zawodnika za niekompetencje organizatora. Być może za jego tumiwisizm, lenistwo, brak szacunku do zasad. Ale to będzie wyłącznie wynik dobrej woli działaczy związkowych.

Jasne, mogę bardzo wiele złego powiedzieć o funkcjonowaniu PZLA. Podobnie jak zresztą wielu związków sportowych z PRLu rodem. Cały system licencji, jako przepustek do imprez mistrzowskich na ten przykład, czy efektywność pozyskiwania środków pozabudżetowych. Ale w tym konkretnym miejscu warto powiedzieć – ciszej nad tą trumną.



06:43, wojtek_wanat
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 marca 2017
Szósta całość

Wiosna zaczyna się w Warszawie? Akurat! Wiosna zaczyna się w lesie, w Warszawie zaczyna się wiosenne bieganie.

W informatorze Jego Wspaniałość Dyrektor Wielkiego Biegu wspominał między innymi pierwszy Półmaraton, ale i to jak zmieniała się Warszawa i sam bieg przez ostatnie jedenaście lat. Jak by tak sobie dokładnie przypomnieć te wszystkie biegi, to choćby na pierwszym przy trasie widać było topniejące pryzmy śniegu a w którymś roku mróz był tęgi. Także z tą wiosną to ja bym był raczej ostrożny.

Trudno by mi było odpowiedzieć na pytanie, po co ja to robię? Najpierw, po co biegam, bo wygląda, że jest to okazja do poczucia, jak nie przymierzając Boguś Kołodziej słowiańskiego wkurwu. Jeśli dodam do tego, że jest on bardzo intensywny i skierowany w siebie to problem się pogłębia. Po co w takim razie biegam?

Niedzielny poranek, po sobotnim trzęsieniu ziemi spokojnie podążam na start. Z perspektywy grubasa, jakim jakoś nie potrafię przestać być te ponad dwadzieścia kilometrów to jednak sporo. Jasne ostatnio biegiwałem więcej, ale ciągle nie tyle ile bym chciał, potrzebował, do uwierzenia, że czas na poziomie 1.45 – 1.50 jest w zasięgu. Po refleksji (i skorzystaniu z toalety) decyduję ustawić się za grupą na 1.50, ale przed Spartanami. Jakoś nie mam ochoty na mijanie ich dzid.

Poprawiam swój opięty bluzą salcesonik na głowie żółty buff w rybki i sówki w sercu mieszane uczucia. Bo super w tym tłumie, później się będę złościł, ale teraz stoimy i jest mi z tym dobrze. Już dawno poleciał Sen o Warszawie, podekscytowany spiker wymienia kolejne grupy mijające linię mety, pomagająca mu spikerka przypomina, że start jest dalej i tam lepiej uruchomić stoper. My stoimy, przez chwilę ruszyliśmy truchtem, później idziemy. W zasadzie to nigdzie mi się nie spieszy, nikt nie lubi iść na egzamin ze świadomością, że idzie tylko po dwóję.

Był czerwiec 1985 i szedłem na egzamin z fizyki. Szedłem, bo to był już ostatni dzień i jak bym nie poszedł to bym dostał dwóję dziekańską, więc raczej tak dla formalności, bo a nóż się uda. Przed nami zdają trzej koledzy, wychodzą zbombardowani, bo wynik 2, 2, 3. Ale Krupa, który nas uczył fizyki w szampańskim humorze, więc coś jest nie tak. Wchodzę z koleżanką, słyszymy tekst:

- Państwo we dwoje, to taki dipol, to proszę plusem do przodu. Państwo wolicie na kartkach, jak koledzy czy na gębę?

- Na gębę – przy takim nastroju Krupy to optymalne rozwiązanie.

- Co Pani miała z ćwiczeń rachunkowych?

- Trójkę.

- A u kogo?

- U dr Janowskiej.

- A to bardzo dobra trójka, a pan.

- Ja czwórkę, ale słabą.

- A czemu Pan tak sądzi?

- Bo u dr Pyżuka.

- A nie, to też, bardzo dobra czwórka.

- To ja nie rozumiem. I dr Janowskiej i u dr Pyżuka mocna.

- No tak, bo chłop chłopu nie naciągnie i baba banie też nie.

I się zaczyna, najpierw coś o oporze rozmytym, jakoś tak powoli przechodzi na Kadafiego i jego Zieloną Książeczkę, później siłą rzeczy Czerwoną Mao, jest trochę rozmowy o naturze ludzkiej i takie tam. Na koniec chwila o polaryzowalności cząsteczek i tym jak odkształcają się w polu elektrycznym. Bardziej potrzebna jest tu wyobraźnia niż znajomość choćby Praw Maxwella. Wychodzę z czwórką. Praw Maxwella nie znam do dzisiaj.

Po kwadransie dotaczam się do linii startu, nawet udaje mi się zacząć biec. Ciasno, Senatorska, Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat. Jakoś tak mi się kręci noga, ale strasznie ciasno. No i widać, że ludzie często ustawili się zdecydowanie za wcześnie na starcie. Bo jak inaczej tłumaczyć kolejne osoby, które toczą swój brzuch z godnością, albo i nie brzuch, ale swoją szczupłą osobę a z obu stron mijają ich kolejne osoby. Jasne, ja stanąłem za daleko, ale ogromna liczba osób, które stanęły, sam nie wiem, po co z przodu osłabia.

Ciasno? Wydawało mi się, że jest ciasno? No to w Łazienkach zobaczyłem, co to znaczy, że jest ciasno. Ramię przy ramieniu, od barierki do barierki. I jedno to pytanie czy koniecznie trzeba było akurat tam poprowadzić trasę. Po wyjściu na szerszą alejkę, którą zazwyczaj biegamy jest lepiej, później na Hopfera, znowu słabo. Druga sprawa, to fakt, że wiele osób biegło alejką szeroką może na pięć osób parami, trójkami w szpalerze i wyprzedzanie ich to była świetna łamigłówka.

Wracamy na Myśliwiecką i robi się lepiej, przestronniej. Przypomina mi się szmonces z kozą i z pełną radością biegnę. To znaczy jasne, wkurza, że wiele osób nie potrafi biegać, współpracować w tłumie, że większość zatkanych słuchawkami wsłuchuje się nie w siebie a w polecenia Psu, a przynajmniej tak mi się wydaje, ewentualnie w motywującą muzykę. I jak będzie przejeżdżać karetka, to będzie musiała przyjechać następna, takie wsobne funkcjonowanie. Ale poza tym było super. Trasa przez wiele pięknych miejsc, wiele radości i coraz więcej osób przy trasie. Muzyka, różne formy kibicowania, rosnąca temperatura, aż do momentu, kiedy musiałem odkryć czaszkę.

Dobra, od któregoś momentu dotarło do mnie, że nawet, jeśli nie pobiegnę szybciej niż w zeszłym roku, to przynajmniej niewiele wolniej. Na podbiegu na Most Gdański pogubiłem bezcenne sekundy a na dwudziestym mnie postawiło. W efekcie wyszło 1.47.07 (rok temu 1.46.24) czyli minimalnie gorzej i po raz pierwszy zatrzymał mi się prawie regres. Wiem maraton jesienią pobiegłem szybciej niż rok wcześniej, ale był to wynik przede wszystkim resztek rozsądku z ostatniej edycji i jego kompletnego braku rok wcześniej.

Zastanawiałem się skąd zmiana trasy w ostatniej chwili i pociągnięcie jej przez wąskie alejki Łazienek i później nad kanałkiem. Kiedy odbierałem depozyt zobaczyłem z jednej strony barierek zmianę wart i wieńce z okazji rocznicy Akcji pod Arsenałem, z drugiej jakieś dziewczyny żywiołowo dzielące się wrażeniami z biegu, owszem głośno dosyć. Ktoś narzekał, inny zmieniał gacie, kolejny umawiał się na piwo. Pociągnięcie trasy obok pl. Piłsudskiego i zmieszanie trasy z rocznicowymi obchodami było słabym pomysłem, ale depozyty w tym miejscu też nie za bardzo. Otwartym pozostaje pytanie czy nie warto było pociągnąć trasy pętelką przez Gagarina do końca i uniknięcie choćby jednej zwążki kontrolnej.

Impreza przy różnych swoich minusach, nielicznych moim zdaniem raczej super niż nie super. Odmiennego zdania jest jeden z użytkowników Maratonów Polskich. Ale jest to stachanowiec, bo tak samo ocenił połówki w Poznaniu i Warszawie. Jak nic na zdolność do bilokacji. To, co pod rozwagę: może już czas na stabilność. Znalezienie na stałe miejsc na start, metę, biuro zawodów. Tak jest (tak mi się wydaje) w Berlinie, Londynie i Paryżu. Tak było też w Parzęczewie, jednym z miejsc, których już nie ma na półmaratońskiej mapie Polski, a szkoda. Nie wiem czy dobrym miejscem na biuro jest Torwar, Stadion Narodowy czy może Pałac Kultury. Czy Park Fontann, pl. Teatralny czy może Wisłostrada przy Centrum Nauki Kopernik? A może tunel? Przynajmniej by nie padało na głowę. Myślę, że budowa ulic już na tyle się skończyła, że warto pomyśleć o stabilności.

A poza tym. Jak zdawałem w 1985 roku fizykę, zdałem, ale Równań Maxwella nie znałem. I nadal nie znam. Połówkę w Warszawie pobiegłem szybciej niż się tego spodziewałem. Ale formy nadal brak.

10:52, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 lutego 2017
MIAŁEM SEN

Bywają takie sny, po których budzę się z żalem, z nostalgią, z tęsknotą za czymś, co utraciłem. Ostatnio miałem kilka razy taki powracający sen.

Moim bohaterem jest ostatnimi czasy, Po, czyli Kung Fu Panda. Dość dokładnie rozumiem, co czuł Po śniąc latami o kung fu. Powiem więcej przeżywam to samo, co on tyle, że bardziej.

Ostatnio śniłem o wolności. To było uczucie lotu, w którym nie dotykałem bez mała ziemi, słuchania ptaków i wąchania zapachów mokrych liści. Uczucie, że wszystko, co dzieje się odbywa się praktycznie bez wysiłku, że kiedy już wyjdę z trochę się rozpędzę zwyczajnie się biegnie. Nie biegnę, nie wkładam w to wysiłku, biegnie się samo.

Jasne najpierw musiałem swoje wypracować, swoje wybiegać. Jasne po jakimś czasie kończyło się to się biegnie i przychodziła orka, w której z kołkiem w zębach starłem się jakoś dotoczyć do domu. Ale wcześniej przez jakiś czas po miesiącach ciężkiej orki było to „biegnie się”.

Mam takie wspomnienie. Po słabym sezonie już w październiku zrobiłem sobie roztrenowanie i od listopada ciosałem poważny trening. Zima była latoś łagodna i w styczniu czy lutym biegając taki dość ciężki trening mogłem spokojnie rozpędzać się, bo śniegu nie było, upału tez zresztą nie. To były odcinki, krótkie, ale też z bardzo krótką przerwą, bieganie po długim treningu. Trzy serie, to dość dokładnie pamiętam. Do połowy pierwszej błagałem o litość, żeby przybiegł jakiś pies i mnie pogryzł, żebym miał pretekst do przerwania treningu. W drugiej było już nieźle w trzeciej rwałem do przodu jak hart. Pamiętam, że czując niezwykła radość z tego, co się dzieje stwierdziłem, że dla tego treningu warto było ciosać miesiące ciężkiego treningu. No i kilka dni później dostałem zapalenia ścięgna Achillesa i trening w dużym stopniu szlag trafił.

Teraz wracają do mnie raczej spokojne, jak na tamte czasy wybiegania, takie po 20 – 30 km w tempie poniżej pięciu na kilometr. I to uczucie ogromnej, niezwykłej wolności.

To może wydawać się dziwne, nie śnią mi się loty po meskalinie, LSD, heroinie czy czymkolwiek innym. Przynajmniej może wydawać się tak ludziom, którzy nigdy nie czuli obu tych rzeczy, lotu po chemii i uczucia prawdziwej wolności, odczuwania siebie, jako części świata, w którym żyję czy wre cz wszechświata.

A później budzę się i zamiast biegania jest szuranie, mozolne przetaczanie zapasionego cielska przez cierpliwe kilometry u uczucie drżenia podłoża, zamiast lekkości biegu. Jest jeszcze nadzieja, że tym, kolejnym razem nie spieprzę, nie ucieknę, nie poddam się widząc jak powoli, mozolnie wracam do świata naprawdę żywych. Wiara, że tym razem sen stanie się jawą.



14:55, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 lutego 2017
SUB 4 HMB

Od kilku miesięcy powraca temat projektu firmy Nike SUB 2 HMB. Projekt sam w sobie ciekawy, postanowiłem jednak rzucić wyzwanie firmie Nike i zawodnikom, którzy biorą w nim udział. Od razu stwierdzam – dam więcej.

Kiedy czytałem pierwsze doniesienia o przymiarkach do złamania bariery dwóch godzin w maratonie uderzyło mnie, że tempo, w jakim biegali uczestnicy wcale nie było jakieś niebotyczne. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że te trochę ponad 5 to jest w moim zasięgu. Później zorientowałem się, że oni liczą tempo na milę a ja na kilometr. Ale czy to aż taka wielka różnica.

Logicznym wydało się postawienie granicy zdecydowanie wyżej. Rozpoczynam, więc, oficjalnie projekt SUB 4 HMB. Powiecie, że to nic takiego. Popatrzmy – oni na pełnej intensywności będą biegi przez dwie godziny, podczas, kiedy ja dwa razy dłużej. Poza tym przyglądając się ich parametrom okaże się, że wysiłek związany z przetoczeniem mojej masy będzie więcej niż dwa razy większy niż przewianie tych drobiazgów przez dystans maratonu. Poza wszystkim jednak wyzwanie, jakie przed sobą stawiam może sobie wyobrazić praktycznie każdy. Większość ze zwykłych zjadaczy chleba wie jak to jest, kiedy musimy mierzyć się z tymi wszystkimi „nie chce mi się” „mam za małą motywację” „na cztery to mogłem polecieć na żywca zupełnie niedawno” czy „tyle to ja biegałem za dzieciaka”. Tak, więc osoby śledzące postępy w przygotowaniach do złamania magicznej bariery już we wrześniu dokładnie poczują trudności i wyobrażą sobie smak moich sukcesów.

No i mój progres w porównaniu z ubiegłymi latami (może nawet 30 minut) będzie znacznie większy niż sympatycznych zawodników wybranych przez Nike.

Na ten czas popatrzmy na moje osobiste sukcesy w walce z czwórką. Dzisiaj wyszedłem na trening i jest nawet szansa, że jutro znowu mi się uda. Poza tym powstrzymałem się przed wrzuceniem tutaj wątku politycznego, łatwo nie było, i z uporem utrzymuje swoją wagę (BMI 26,1) dzięki czemu nie muszę robić siły, bo zakładam, że kiedyś schudnę. Tyle, że nie wiem, kiedy.

Do Maratonu Warszawskiego zostało jeszcze ileś dni, nie wiem ile, bo nie chce mi się sprawdzać, a jak już sprawdzę to liczba jest na tyle wysoka, że mnie to demotywuje.

O kolejnych sukcesach, postępach będę informował z dumą!

15:22, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 stycznia 2017
BIEGI NA ORIENTACJĘ,

Miałem taką refleksję po starcie w Pucharze Bielan, refleksję dotyczącą tego jak wyglądają w Polsce biegi na orientację. Ale, że jestem trochę leń, to nie chciało mi się tego opisać. Ale, że jestem tylko trochę leń coś ta napiszę.

Bieganie w Polsce rozwija się a właściwie rozwinęło w ostatnich latach, ale nie przekłada się to w proporcjonalny sposób na BnO. Jakoś tak jest, że na zawodach startują przede wszystkim albo ludzie, których pamiętam z lat dziewięćdziesiątych albo ich rodziny. Dlaczego?

Tak zwany boom biegowy związany jest z liczbą biegaczy – amatorów, do minimum ograniczone są wszelkiego rodzaju formalności. Ktoś organizuje imprezę, zdobywa w jakiś sposób fundusze, szuka sponsorów, ludzie się zgłaszają i po krzyku. W BnO cały czas króluje sport kwalifikowany, licencje i takie tam. Ma to swoje dobre i złe strony. No i mam w związku z tym kilka wątpliwości.

Stan zdrowia i takie tam podczas zawodów. Jak do tej pory nie było chyba żadnego poważnego wypadku podczas zawodów, o zgonach nie wspomnę. A co się stanie, jeśli podczas kolejnego sprintu jakiś dzieciak wpadnie pod przejeżdżającego ulicą rowerzystę, albo nie przymierzając zwichnie sobie nogę? Jeśli startuje ktoś bez licencji powinien przynajmniej podpisać oświadczenie o starcie na własną odpowiedzialność i braku przeciwwskazań zdrowotnych. Tak jest w przypadku osób bez licencji, a co z rejestrowanymi? Okazuje się, że osoba z licencją traci na trasie przytomność, zaczyna się procedura sprawdzająca, czy organizator zadbał o wszystkie szczegóły i tu pojawia się pytanie – skąd pan/ pani wiedział/ wiedziała, że nie było przeciwwskazań? Ano jest on zarejestrowany, miał badania. A czy pan szanowny sprawdził? I żeby było jasne, nie proponuję sprawdzania badań na każdym biegu, w przypadku niepełnoletnich trzeba by sprawdzać także zgody rodziców. Kierownik wycieczki podpisuje oświadczenie, że zawodnicy KS Szmacianka startujący w Biegu o Złote Kalesony mają ważne badania lekarskie, jeśli nie to pełnoletni wypełniają oświadczenia i po krzyku. W razie jakiegoś problemu to on bierze na siebie odpowiedzialność. Otwartym pozostaje pytanie czy wystarczy zgoda rodziców na cały rok, czy trzeba zbierać kwitki, co tydzień. Widzę różne za i przeciw, ale odpowiedzieć na to powinien prawnik.

Pytaniem, które pojawia się w szosowych biegach jest kwestia sensu ograniczenia klasyfikacji na przykład Mistrzostw Polski do zawodników z licencją. Bo wyłaniamy nie tyle Mistrza Polski, co Mistrza PZLA. Wyobraźmy sobie, że Henryk Szost wpada na pomysł startu w MP w BnO i okazuje się niezwykłym talentem orientacyjnym. I co stwierdzamy: panie Heniu, pan, se załatwi licencję? Może warto zacząć traktować licencje, jako swego rodzaju program lojalnościowy – nie masz licencji płacisz o 20% więcej wpisowego na imprezach z kalendarza PZOS i policz sobie czy opłaca ci się załatwiać licencję na pięć, dziesięć, czy dwadzieścia startów.

Co mnie uderzyło? Brak dbałości o to, żeby zawody były swoistym sportowym teatrem. Lepiej, bardziej atrakcyjnie wygląda meta na Parkrunie. To ważne, bo z jednej strony pokazując atrakcyjny produkt znajdziemy lepszych sponsorów, a sponsorzy to także pieniądze na szkolenie młodych zdolnych, stypendia i rozwój sportowy. Dla mnie, ale pewnie nie tylko dla mnie to jak wygląda impreza jest ważne, jeśli meta to tylko puszka gdzieś między blokami to jednak trochę słabo. Czymś wyjątkowym był dla mnie finisz na którymś Pucharze Wawelu pod Tatrami, gdzie meta wyglądała a z głośników leciał kawałek Dziewiątej Symfonii Beethovena, że o Oringenie nie wspomnę. Jasne, zwykły prosty bieg nie będzie miał takiej oprawy, ale małym kosztem da się stworzyć wrażenie, że jest to wydarzenie. Wystarczy kilka wbitych w otoczenie mety flag, może z czasem jakieś reklamy sponsorów. I to jest mechanizm, który się nakręca – im lepiej, atrakcyjniej wygląda impreza tym więcej ludzi, im więcej ludzi tym łatwiej o sponsorów, im więcej sponsorów tym lepiej to wygląda i lepszy poziom sportowy. Jasne, pokaz slajdów i filmu z imprezy w bazie super, ale może warto bardziej wyjść na zewnątrz. Tekst na stronie Bieganie.pl to krok w bardzo dobrą stronę. BnO ma ogromny potencjał do rozwoju, tyle, że trzeba wyjść poza schemat, w którym tkwi od lat.



21:21, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 grudnia 2016
BIEGAM BO LUBIĘ

Ponad dwa miesiące walczyłem i jakoś nie miałem siły, żeby tu coś dorzucić. No i dość długo nie miałem, o czym pisać. Teraz z wolna zaczynam wracać do świata żywych i w jakimś stopniu biegających, co jest postępem po znajdowaniu się w grupie biegających inaczej. Streszczając – już pora na to, żeby przestać narzekać.

Do napisania tych kilku zdań skłonił mnie wpis Magdy Ostrowskiej – Dołęgowskiej i wspomnienie o Michale Smalcu. Magda stwierdziła, że po kontuzji raczej nie wróci do poważnego biegania, bo do dawnego poziomu to już raczej nie wróci a takie tam tuptanie to jej nie interesuje. Teraz ma za to czas na inne pasje. Czy warto biegać, tylko dla wyników? Lubię Magdę, ale tego nie całkiem jestem w stanie zrozumieć. Wyjście na kilka kilometrów jest czymś super, czymś, co wiele wnosi do życia.

W jednym ze swoich starych blogów, Michał Smalec napisał, że dziwi go, że nikt nigdy nie zadaje mu właściwego pytania po zawodach. Ludzie pytają jak mu poszło, czy zrobił życiówkę, jaki czas zrobił, które zajął miejsce. Ale nikt nie pyta jak się mu biegło. Michał wtedy był w ścisłej czołówce, a jednak to jak mu się biegło, jak się czuł, czy czerpał radość z biegania był dla niego bardzo ważne.

Teraz Michał już nie wygrywa, czy jest w ścisłej czołówce wielkich biegów w których, co tu dużo gadać nieźle płacą. Ale wygrał półmaraton w Mikołajkach. Czasu nie pamiętam, ale o rekord Polski raczej się nie otarł. Ale biega i jak znam życie cieszy go takie ciut wolniejsze bieganie. I tyle o innych.

Spojrzałem na swoje wyniki z Milanówka z ostatnich lat:

  • 2013 – 41.18
  • 2014 – 44.33
  • 2015 – 43.43
  • 2016 – 48.18

To się nazywa postęp – trzy lata i siedem minut. I to było widać, a z całą pewnością złościło mnie podczas treningów. Pewnie, przekładało się na trening to, co zadziało mi się w życiu, ale nie był to jedyny powód.

A teraz? W cztery tygodnie wyszedłem 26 razy na trening, przebiegłem 226 km, wiem nie jest to coś ekstra, była czas, że w dwa tygodnie więcej przebiegałem. Ale wreszcie poczułem, że jest to coś, co poza złością, frustracją, myśleniem – ale ja się zapuściłem, poczułem radość biegania. Radość, że przebieram nogami, że jestem w tym w miarę regularny, że nie odpuszczam kolejnych dni. Czego chcieć więcej? Więcej to nie, ale na wadze to ja mam za to mniej. Było prawie 89 a dzisiaj pierwszy raz lat moja waga pokazała nadwaga mi się kończy, przy 79, 2, ale mam nadzieję, że dalej będzie mi tak szło.

I to jest taka maszynka, która się napędza – jest mi ze sobą coraz lepiej i coraz regularniej wychodzę na trening, regularnie wychodzę na trening i czuję się ze sobą coraz lepiej. Mam coraz lepszy nastrój, coraz częściej się śmieję. I nawet, jeśli nie uda mi się kolejny raz zbliżyć do wyników z początku dekady, to przecież będę biegnąc szczęśliwy. A przecież to jest ważne. Cieszę się każdym przebiegniętym kilometrem.

Czemu jeszcze biegam? Dobra, mam swoje powody, takie same jak te, dla których żyję – żeby moje dzieciaki miały choćby cień szansy powiedzieć – to mój tata, jestem z niego dumna czy dumny.

I wracam do książki, odrzucało mnie od niej, jakoś nie potrafiłem pisać o maratonie biegając w systemie binarnym – dwa dni biegania, trzy nie, później kolejne trzy biegania i tydzień, kiedy nie byłem w stanie wyjść.

Aha i szkoda mi, że Michał Smalec już nie pisze. Lubiłem czytać jego teksty.

17:17, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11