RSS
środa, 13 grudnia 2017
KRÓTKI WPIS I NIEBIEGANIU

Wstałem, ubrałem się na trening, usiadłem i napisałem wpis na innego bloga, wykąpałem się i wychodzę.

Tyle, że poza tym mam postęp, nie mam wyrzutów sumienia i wiem, że jutro sobie potupię.

Bo lubię sobie pobiegać, ale i lubię sobie popisać.

09:33, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 października 2017
BIEGAM BO LUBIĘ

Popatrzyłem sobie na własne motywacje związane z bieganiem i trochę, troszeczkę, odrobinkę, ciut zrozumiałem, co się ze mną i we mnie dzieje. Przynajmniej w związku z bieganiem.

Zacznijmy od stwierdzenia, ż kompletnie nie mam predyspozycji do biegania. Nie chodzi mi o to, co jest teraz, o BMI 26,6 i nędzną gibkość. Chodzi o to, że cokolwiek wybiegałem, te wszystkie wyniki w okolicach trzech godzin w maratonie czy 38 minut na dychę było wynikiem ciężkiej orki. Jeśli nie mam predyspozycji, to, czemu służy to całe bieganie?

Co tam, biegam, bo lubię. Przemierzanie dróg, ścieżek, alejek. Wąchanie spadłych liści, słuchanie ptaków. Wschody słońca i widok ludzi odśnieżających ulice o poranku. Lubię myślenie o tym jak minął dzień wczorajszy i jak to będzie dzisiaj. Lubię cieszyć się z tego że jestem zakochany i martwić bo strasznie tęsknię i nijak tego ni potrafię zmienić, i wiem, że tak już będzie, że muszę godzić się z utratą.

Lubię kontakt ze światem, czuć wiatr we włosach, także tych na plecach i moknąć, czuć w ten sposób zmienność pór roku. Marznąć przy minus dwudziestu i gotować się przy plus trzydziestu. I samo bieganie jest dla mnie kwintesencją wolności, biegnąc czuję się wolny a czasem także szczęśliwy. Mimo, że jak mało, co bieganie pokazuje mi moje granice, uczy pokory.

Dlatego mimo pełnej świadomości, że sportowo dużo by mi dały wszystkie treningi ogólnorozwojowe, zajęcia na siłowni i wszystkie takie, grzecznie za to dziękuję. Wyjdę sobie potupać, może z czasem zrobię trochę dynamicznych ćwiczeń siłowych, jakiś drobne wieloskok, czy, kto wie, może nawet skipy. Ale przede wszystkim będę biegał. Powoli odbudowując to, do czego nie mam zupełnie predyspozycji. Ale co z tego, jeśli sprawia mi to radość?



06:17, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 września 2017
MARATON

Minął prawie tydzień od Maratonu Warszawskiego, używając olimpijskiej nomenklatury wkroczyliśmy już w czterdziestą maratońską olimpiadę. Dopiero dzisiaj znalazłem czas i siły na napisanie kilku zdań.

W klimat wszedłem w sobotę, na starcie Biegu Waldorfskiego. Kilka razy trzeba przesuwać młodych ludzi za linię startu. W uszach brzmi mi głos Tomasza Hopfera z 1980 roku „Ludzie cofnijcie się za linię startu, ludzie cofnijcie się, bo będzie afera”. I wtedy i teraz start ruszył jak trzeba. Ale dla mnie Maraton Warszawski zaczął się w tym roku na Młocinach.

Na start w tym roku nie na palcach i niby spokojnie podchodzę do znajomych, ale kiedy widzę Beauty, to jakoś nie mam energii na gadanie. Gdzieś w środku mam więcej energii na duchowość, a mniej na gadanie. W końcu ruszamy, spokojnie, żeby przypadkiem nie przeszarżować, ale jakoś tak wyprzedzam kolejne osoby. Trochę złości mnie to ustawianie się zdecydowanie za bardzo z przodu, nawet przez deklarującego, że przybiegnie, jako ostatni zaburzonego biegacza, o którym już lata temu ktoś powiedział, że fajnie, że biega w tej samej koszulce, ale mógłby ją prać, bo na starcie trudno wytrzymać.

Przed piątkom spotykam Karola i przeżycie duchowe zmienia się w towarzyskie. Idziemy szybciej niż przed rokiem, jakieś piętnaście sekund na kilometr. Karol ma założenie na około 4.03, dla mnie wynik satysfakcjonujący to 4.18.52 lub szybciej.

Na KEN wymieniamy uwagi na temat statystyk, przytaczam jeden z moich ulubionych przykładów – podczas Maratonu Londyńskiego stwierdzono, że osoby, które w przeddzień uprawiały seks osiągają lepsze wyniki. Jakaś biegaczka, która usłyszała to rusza nagle szybciej z okrzykiem „co ja tutaj robię”. Łączę się z nią w jej radości.

Na wysokości stadionu jakiejś mało znanej drużyny przy ulicy Łazienkowskiej mijamy grupę dresów.

- O idą prawdziwi patrioci

- Jest różnica między narodowcem, kibolem i zwykłym dresem – odpowiada Karol.

- Z mojego punktu widzenia nie, bo od każdego z nich mogę dostać po ryju.

- Nikt Ci nie kazał być lewakiem.

- Fakt. Fajny stadion, nie. Polonia zdobyła tu Mistrzostwo Polski w 1947.

Toczymy się z godnością, co jakiś czas mijamy kolejne znajome osoby, rozmowa się raczej klei. Za Wisłą, po powrocie na lewą jej stronę wyprzedzamy Andrzeja Szałowskiego, po raz trzydziesty dziewiąty, ciągle w tych samych spodenkach, jednak niezły był ten Polsport.

Przed trzydziestym drugim Karol puszcza mnie przodem, lecę ile fabryka dała, to znaczy z pięć sekund na kilometr szybciej, ale po dwóch kilem trach odcina mnie, do trzydziestego piątego dochodzę. Dogania mnie Karol i spotykam Zenita, który przytula mnie ciepło.

- Powiedziałbyś coś – rzuca Karol

- Nie mam siły

Biegniemy obok siebie mijając się, każdy zamknięty w sobie w swojej walce i cierpieniu. Jeszcze R na Gwiaździstej, jak ja lubię ten kawałek trasy. Po drodze wyprzedza mnie Iwona prowadząca grupę na 4.15.pozostaję w sobie w walce z nogami, które są jak bezwładne kłody.

Wiem to okropne walczę i cierpię każdym przebiegniętym kilometry a są one chyba z dziesięć razy dłuższe niż te na początku. Nogi z trudem mnie przesuwają, trochę biegnę, trochę idę, coraz trudniej przejść z marszu do biegu, ale z czasem zaczynam się zbliżać do mety. Widzę, tunel napowietrzający, nie wiem jak to działa, ale klimat w środku jest jak kiedyś na punkowej imprezie w Ursusie (dziewczyny i chłopaki bawili się w chowanego w klubie zadymionym przez dymarki, takie do robienia dymu na scenie).

Teraz odczucia zmieniają kierunek, jasne boli jak bolało, ale czuję w sobie przedziwną radość. Bolało, ale dałem radę, nie stanąłem, nie odpuściłem, przeszedłem przez to, co było dla mnie takie trudne. To zawsze jest jak wrzód, wspomnienie, tego jak łatwo i szybko było jeszcze kilka lat temu. Pytanie czy może być tak znowu? Pozostaje wierzyć, że z czasem przyjdzie siła i przekładać wiarę na pracę.

09:04, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 sierpnia 2017
OSTATNIE SZEŚĆ KILOMETRÓW

Rzadko pisuję o startach, bo i rzadko startuję. O treningu też jakoś nie mam weny, ale dzisiaj pomyślałem, że warto. Myślałem w czasie treningu i z tego myślenia pojawiły się te zdania.

Zostało jeszcze sześć kilometrów. To znaczy z założenia byłoby pięć, ale jakoś tak mi się pomyślało, że zrobię jeden więcej i będzie pupcio. Lecę, nogi mam już mocno skłodowane, ale przemieszczają mnie całkiem elegancko. Myśli mi się o Wielce Wybitnej Pedagożce, co to nie wierzy w przełamywanie się, bo to niczemu nie służy i po co to przesuwać swoje granice, po co wspierać młody w tych granic, ich własnych granic przesuwaniu. Biegnę tak i myślę, że mógłbym spokojnie skończyć za kilometr, do domu mi zostanie parę kroków. Nawet nie kilometr, nawet nie pól, bo jak tak sobie myślę to już prawie ten kilometr przebiegłem. Teraz ostrożniutko, bo tutaj półtora tygodnia temu wywinąłem fantastycznego orła, bo brzuch mi asfalt zasłonił. Kolano się jeszcze nie zagoiło, więc patrzę pod nogi, brzuch wciągam, innych rzeczy już dawno nie wciągam.

Pięć zostało wszystkiego, tego przełamywania. Jak mi ciut sił brakuje to sobie myślę o czymś wkurzającym, jak o tej pani. Bo to skaranie mieć taką nauczycielkę. Jak to trzeba nie wierzyć w swoich uczniów czy podopiecznych żeby nie widzieć, że mogą pokonywać swoje słabości. Jak mało trzeba wiedzieć o edukacji, żeby nie widzieć, że jest to proces, w którym cały czas przesuwa się własne granice, robi się rzeczy jeszcze niedawno nieosiągalne. I we mnie jeszcze kilka miesięcy temu mało, kto wierzył. Ja sam nie wierzyłem. Dopiero teraz ta wiara w siebie wraca. I może stąd tempo na treningach robi się niewiarygodne i jestem w stanie walczyć ze swoimi kłodami i tym, że tak łatwo by było zwyczajnie zawrócić i skończyć, przecież te naście kilometrów to i tak jak na mnie teraz nieźle. I jak na to, co kiedyś kompletna żenada.

Zostało cztery, ten kilometr jest płaski i przyjemny, nawet w tym stanie z lewej kanałek, cały czas jest z lewej. To chyba starorzecze. Biegnę sobie i myślę jak to takie treningi, kiedy już nie mam siły przekładają się na ostatnie kilometry maratonów (do Maratonu Warszawskiego pięć tygodni). Przebiegam pod mirabelką mijam psa i pstryk, zostało już tylko trzy.

Na początku tego kilometra myślę o początku treningu. Trasa był generowana przez siłę wyższą, może niższą w każdym razie tylną. Ale teraz jest już nieźle, nie czuję żadnego bólu, podbiegam. Teraz ostrożnie, bo ten kawałek asfaltu straszliwie nierówny. Ciekawe, co by na taką jezdnię powiedzieli kierowcy. Mijam uśmiechającą się panią po trawce, tam równiej i zostało już dwa do końca.

Ten kilometr płaski i mam czas na myślenie o tym jak ważne jest widzenie siebie w pełni obiektywnie. To dzięki temu zaczynam mieć postęp. Bo widzę o ile poszedłem do przodu a nie jak wiele mi brakuje do siebie sprzed pięciu lat. Jest mi z tym świetnie, czuję radość i to, że już prawie nie szuram, że to prawie bieganie, że odrywam się od ziemi, mimo, że już prawie nie mam sił.

Jeszcze jeden. Chciałbym napisać, że przyspieszam, ale nie, teraz jest kilka małych hopków, ciut w górę, i jeszcze raz i jeszcze. Niby nic, ale jak nogi sztywne to czuję. Nie mam za bardzo siły, ale biegnę, rzeczywiście biegnę. Już nie myślę, już tylko czuję. Czuję zmęczenie, sztywność mięśni, radość, że jestem tu, biegnę, przesuwam własne granice. Co mi tam, że to niczemu nie służy.

 

Sponsorem treningu jest Dzielnica Żoliborz M. ST Warszawy. Dzięki za czysty kibel i obfitość papieru.



20:19, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 maja 2017
POKORA

Wczoraj dotarło do mnie, że wreszcie mam jakiś postęp. Jasne, jak sobie porównam to, co i jak teraz szuram z niegdysiejszym bieganiem to jest słabo. Ale po tym jak przez półtora roku czy więcej szarpałem się i nic, teraz nagle poczułem poprawę. Dorzucę też szpileczkę organizatorom z Poznania, niech wiedzą, że ich lubię.

Rafał Wójcik, niegdysiejszy czołowy rodzimy maratończyk powiedział kiedyś „asfalt uczy pokory”. Nic dodać nic ująć. Kiedy wracałem do biegania w Głoskowie było mi w miarę łatwo: miałem motywację, wiarę w to, co przede mną i relatywnie szybko doszedłem do czasów na poziomie 3.20. Miałem także jeden atut – jakieś 10 kilo mniej.

Teraz jest inaczej, jest czy raczej było. Przez miesiące miałem krótki progres a później tydzień czy dwa walczyłem, żeby wygrzebać się na trening. Robiły się trzy, cztery siedem dni przerwy i rodziła się frustracja. Nijak nie potrafiłem uwierzyć, że jakoś to będzie, nie miałem poprawy. Właściwie dopiero na połówce okazało się, że nie poleciałem w dół. Lepszy rok do roku wynik w maratonie był wynikiem tego, że rok wcześniej pobiegłem jak ostatni debil.

I nagle, sam nie wiem jak przeszło. Nie martwię się już uhodowanym na antydepresantach brzuch, ważę te swoje 85 – 86 i liczę po cichu, że powoli z czasem zjadę, a zostanie nadmiar siły, jak nie uda mi się wyjść dzisiaj to wychodzę jutro, spokojnie nizam paciorki kilometrów i nie wyję z żalu, że zamiast 30 km biegam 15 a tempo już nie 4.45 tylko 5.45. Bo teraz to jest już 5.45, bo dwa miesiące temu było wolniej o jakieś 15 sekund na kilometrze.

I nie mm zamiaru biegać jakiegoś ultra, bo jestem na to zwyczajnie (metaforycznie) za cienki i sam nie wiem czy mam ochotę wracać do ultra, jak już będę trochę w gazie to pomyślę. Nauczyłem się, że do wszystkiego trzeba dochodzić powoli, krok po kroku i nie ma, co się spieszyć. No i że nie warto myśleć tylko jak to kiedyś było dobrze. Poza wszystkim jestem już 50+ a peseloza to choroba o różnych objawach. Nabrałem pokory.

A panowie z Poznania? Znalazłem w końcu informację, że Karolina Nadolska jest omc Rekordzistką Polski. Trochę także na własne życzenie, bo nie miała ważnej licencji. Pozostaje pytanie czy państwo organizatorstwo dojdą do swojego rozumu i w październiku będą sędziowie czy też znowu jak padnie rekord to będzie tylko omc, bo ich to, no dobra, napiszę, wali?



08:50, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 maja 2017
DWÓJKOŁAMACZE

Tak na marginesie wczorajszej imprezy na torze Monza pojawia mi się pytanie czy nieuznanie rekordu to efekt niedbałości czy uczciwości.

Przy okazji całego zamieszania pojawiło się sporo głosów, że wszystko to ma mało wspólnego ze sportem. Trafny komentarz na stronie Bieganie.pl na pytanie o zdanie ekspertów stwierdził, że ekspertami są tu właściciele i księgowa Nike’a. Coś w tym jest.

Po pierwsze jasne, że w porównaniu z klasycznym maratonem bohater poranka miał łatwiej. Czy jednak tłumaczy to poprawę wyniku o prawie trzy minuty? Swoje zrobiło zapewne precyzyjne przygotowanie i przekonanie, że muszą być tego pozytywne skutki.

Czy można była całość zorganizować tak, żeby rekord był do uznania? Jasne, po pierwsze samochód niższy i nieco dalej, po drugie napoje na stołach. To by było do zorganizowania praktycznie bez straty czasu zawodników. Wreszcie pacemakerzy, którzy pierwsze kółko lecą wszyscy a później zwyczajnie „są dublowani” i kolejne kółka biegną z Kipchoge. Pytanie czy było to niedopatrzenie czy przejaw uczciwości? Zawody w kalendarzu, trasa z atestem, nawet buty z atestem, badania na doping, więc wydaje się, że wszystko pod kontrolą.

Jest jeszcze trzecia możliwość – w takiej sytuacji Nike jest bezpieczne, gdyby rekord został uznany jakaś część środowiska biegaczy stwierdziłaby, że to już przegięcie i straty były by większe niż zysk. Straty marketingowe rzecz jasna.

I pojawia się pytanie o zorganizowanie podobnego wyścigu dla wielu stajni. Sama ścisła czołówka, zające od startu a później dublowani, tak, żeby rekord był do uznania. Wiem, że nie jest to klasyczny maraton, ale cóż, może to jest droga?

Na koniec, kolejny raz przeszukałem ponad 15 km, kolejny dwucyfrowy trening. A waga na to – ty grubasie. Trzeba być cierpliwym.



15:26, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
SŁOWO NA PONIEDZIAŁEK

Takie mnie naszły myśli po weekendzie i nie tylko zresztą. Wczoraj w Londynie padł w jakimś stopniu rekord świata kobiet w maratonie, w Warszawie padł mit Orlen Warsaw Marathonu. I jak nie było wiadomo nic o Rekordzie Polski Karoliny Nadolskiej tak i nie wiadomo.

W porządku chronologicznym. Kiedy zacząłem przeglądać kolejny raz informacje o rekordzie z Poznania dotarłem do faktu, że to już było. Dokładnie taka sama sytuacja miała miejsce przy okazji rekordu na 100 km Dominiki Stelmach. Co zaskakuje, to, że oba przypadki miały miejsce w Wielkopolsce a więc w regionie kojarzonym raczej z legalizmem, poważnym podejściem do prawa, ale i zasad. Osobnym problemem jest wątpliwość, czemu w przypadku Nadolskiej pojawiły się wątpliwości i jakiś rozgłos a w przypadku Stelmach jakoś tego nie zaobserwowałem. Może zwyczajnie nie zwróciłem uwagi? Swoją drogą ciekawe, że orgowie z Poznania nabrali wody w usta w kwestii rekordu.

Maraton w Londynie. Wiem nie ma takiego miasta, jest Lądek. Za koleją, najpierw Bekele zapowiedział walkę o rekord świata i poleciał na rekord przez pierwsze pięć kilometrów. Za to Mary Keitany wiele nie gadała, ale poleciała po rekord. Owszem Paula Radcliffe biegała szybciej, ale prowadzona przez mężczyzn. Takie wyniki nie są już uznawane za rekordy. Dyskutującym, czemu tak szybko i kobiety i mężczyźni tak szybko pobiegli pierwszą piątkę proponuję zajrzeć do profilu trasy. Na pierwszej piątce spadek 37 m. Bawi mnie to rozmawianie o tempie biegu beż patrzenia na profil trasy.

Na koniec Warszawa. Kolejny raz Orlenowi spadło i można odnieść wrażenie, że jest to wynik zaniedbań. Rozpoczęta zbyt późno rejestracja dała efekt, jaki dała. Biuro Zawodów pod namiotem wczesną wiosną, brak posiłku po biegu w pakiecie to takie drobiazgi, ale pozostaje lekki niesmak. To, co wyraźnie widać, to swoista atmosfera, podobna nieco do klimatu dookoła Maratonu Poznańskiego. Kiedy ktoś na forum dał lekko negatywny wpis, od razu mu się dostało. Przez wiele lat pierwszym maratonem dla licznego grona biegaczy był właśnie Poznań. W opozycji do „tego chuja, Troniny, co to się chce na biegaczach dorabiać”. W efekcie jakakolwiek negatywna informacja o Poznaniu kończyła się niezła jazdą na forum. Z jednej strony rozumiem mechanizm, najlepiej pamięta się pierwsze miłości, z drugiej sam mam podobnie, dla mnie tym najważniejszym będzie Maraton Warszawski. Z trzeciej widzę też wady tego biegu i jak ktoś o nich mówi jakoś mnie to nie zaburza. Jasne wiele rzeczy na OWM jest super – na ten przykład relacja z trasy i mety on line. Z drugiej poziom prowadzącego ją nieco mnie osłabił. Rozmawia ze zwyciężczynią a nie widzi, że w tym momencie Trzaskalska ogrywa dosłownie na ostatnich metrach dwie Kenijki. Słabo.

08:14, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 kwietnia 2017
WIOSENNE 360

W tym tygodniu siła rzeczy znowu wyjdą mi dwa wpisy. Jeden o sobie, czyli czemu Wiosenne 360 to taki fajny rajd. I generalnie, czemu bieganie po lesie w poszukiwaniu jakichś dziwnych punktów jest super. I drugi, generalnie o kulturze przeprowadzania imprez biegowych, szacunku do zasad, czyli znowu będę się czepiał do Poznania. Ale teraz czas na wiosnę.

Zgłoszony, zapłacony, z lekka wydygany odbieram kartę startową. Wydygany, bo jak ostatnio zgłosiłem się na dwudziestkę piątkę to w praktyce wyszło ponad 40, fakt, trochę na własne życzenie. No i ciepełko jest, takie z dnia na dzień, co mnie zazwyczaj rozbija. Na marginesie, edytor zawzięcie zmienia mi wydygany na wydymany. Ciekawe, swoją drogą więcej mówi to o mnie niż o programie.

Odbieram kartę startową i wracam myślami do swoich początków w BnO. Nie załapałem się na czas pieczątek na PK i nawet swoistą rewolucją za moich początków było umieszczenie perforatorów na lampionie na w miejscu dowolnym opodal. I tak jest na imprezach z cyklu PMnO, to, co mnie urzeka to fakt, że trzeba sobie skopiować opisy, z radością przepisuję, dokładniej rzecz ujmując zmieniam opis słowny na piktogramy na odwrocie karty startowej. Przypominam sobie swój pierwszy start na większej imprezie w Iławie, była wiosna 1982 roku a ja byłem zawodnikiem WZTSP. I pytałem kogoś, co to jest świetlinka (taki był jeden z opisów) ja znałem dwa słowa na opis tego obiektu – polanka lub prześwit.

Na trasę lecę na sucho, mam w kieszeni dychę na jak by mnie kompletnie ścięło i świadomość, że wiem gdzie są sklepy. Po odprawie dostajemy mapy, wybieram wariant. Mapy to taka składanka, na odprawie usłyszeliśmy, że skala to około 1: 11000, na mapie zapis 1;15000. Składam puzzle, co gdzie, bo w sumie to trzy składające się mapy. W ostatniej chwili zauważam, że zapomniałem o jednym PK, zastanawiam się gdzie go wkleić. Jestem gotowy chwilę przed czasem.

Lecimy, po wydmie do góry w dół, przez krzaki, żeby tylko się nie potknąć. Na pierwszy PK bez problemu, to takie zagłębienie w krzakach, więc staram się sprawnie odejść, żeby nikomu nie pokazać i w tym momencie lecę na twarz, uderzam się o jakiś zalegający konar, noga zaczyna boleć, ale lecę. Patrzę, gdzie jak by, co będę mógł zejść, jest kilka opcji.

Kolejne punkty, jak to się mówi wchodzą raczej łatwo, na trzecim zakręcam się minimalnie na odejściu. Wybieram maksymalnie bezpieczne warianty. Dla mniej zorientowanych – staram się jak najwięcej korzystać z dróg i pewnych linii. Poza wszystkim bieganie po twardszym podłożu kosztuje mniej wysiłku. Szosa Lubelska raz, Szosa Lubelska z powrotem, trochę wydm trochę krzaków. Dopiero w okolicach centrum Wesołej kręcę się i tacę kilka minut. Zdrowia brak, ale radzę sobie. Szuram, jak na rasowego, brzuchatego szuracza przystało.

Końcówka to jakieś dwa kilometry, najpierw przez las, ale z półtora przez miasto. Szuram zawzięcie docieram do mety piąty (jako czwarty mężczyzna). Wyszło mi 22, 3 km, znaczy było dobrze, tym bardziej, że korzystałem z dróg. Z jednej strony to szkoda, szuram prawie trzy godziny a do trzeciego miejsca zabrakło mi dwóch minut, z drugiej zwyczajnie nie należało się.

Jeszcze chwila rozmowy z Piotrem i Andrzejem, posiłek, buta nie zdejmuję, bo boję się, co tam znajdę. W niedzielę widzę, że nieźle opuchła, ale dziś (jest poniedziałek) jest lepiej, ciut lepiej.

Kilka refleksji:

Wiosna jest super, drące dzioby ptaki, pączki liści na drzewach. Nawet zapachy niezwykłe.

Wszędzie można znaleźć coś ciekawego. W tym wypadku była to scena, z lekka zadaszona, położona w lesie, niedaleko domów, ale na dziko. Na scenie trzy Konga, czy inne bębenki.

Słaby jestem, ale to może się zmienić.

09:02, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 marca 2017
REKORD

No i mamy zamieszanie z rekordem Polski. Karolina Nadolska, pobiegła w Poznaniu w rewelacyjnym czasie, wygrała bieg pokonując kolejną na mecie Kenijkę o cztery minuty no pokonała barierę 1.10. Trasa miała atest, spełniała wymogi regulaminu w czym w takim razie rzecz?

Impreza nie znalazła się w kalendarzu PZLA i jak donoszą Internety nie było na niej sędziów PZLA. Słychać szum, jakie to PZLA złe, jakie to bagienko. Nikt nie patrzy na to z punktu widzenia zasad. Popatrzmy na to tak: Jest mecz, dajmy na to zwykły sparing. Na stadionie Legii pojawia się Barcelona. A mecz prowadzi wybitny specjalista, Stefan Warenicki z Boguchwały. To nic, że nie ma licencji, bo znakomicie zna przepisy, świetnie widzi wszystko i kondycyjnie przygotowany. Jednym słowem kompetentny we wszystkim. A ta licencja to przecież niepotrzebna formalność, takie czepianie się PZPNu. Pierluigi Collina poprawia włosy, które stanęły mu dęba.

Zatrzymajmy się nad chwilę nad równie abstrakcyjnym przykładem. Zorganizuję z grupą nieformalną „Szurając inaczej” bieg na atestowanej trasie z Parkrunu Żoliborz bieg na 10 km, zaproszę wybitnego biegacza po schodach Karola Galicza, zmierzę dokładnie czas, moim znakomitym stoperem marki Komandir, napiszę wyniki, opublikuję je. I co rekord powinien być uznany?

I tu pojawia się to, co mnie szczególnie dotyka. Jest utyskiwanie na związek, ale nikt nie zauważa, że pewnych formalności jednak nie dopełnili organizatorzy. Czy mają one jakiś sens? Kiedy pisałem w 2009 tekst do magazynu Bieganie sporo czasu rozmawiałem z Januszem Rozumem, zajmującym się statystykami w PZLA i pokazał mi przynajmniej kilka przypadków sytuacji, w której sędziowie pokazali choćby błędy w pomiarach czasu. Zresztą, co robią sędziowie w tym tekście opisałem.

I tak jak jestem przekonany, że prawo, w którym karane jest posiadanie najmniejszych ilości narkotyku jest szkodliwe, to, jeśli ktoś je łamie to on ponosi odpowiedzialność za to, że miał i siedzi. Tak, jeśli ktoś organizuje bieg i ma świadomość, że może paść na nim rekord Polski to on powinien zadbać, żeby spełnione były wszystkie formalności niezbędne do tego rekordu uznania. To w takim razie do organizatorów z Poznania trzeba mieć pretensje, nie do PZLA.

Teraz absolutnie niezbędne okaże się jakieś rozwiązanie tego problemu, najprawdopodobniej związek ugnie się i jakimiś furtkami wepchnie ten wynik do tabel i jest dla mnie jasne, że nie powinno się karać zawodnika za niekompetencje organizatora. Być może za jego tumiwisizm, lenistwo, brak szacunku do zasad. Ale to będzie wyłącznie wynik dobrej woli działaczy związkowych.

Jasne, mogę bardzo wiele złego powiedzieć o funkcjonowaniu PZLA. Podobnie jak zresztą wielu związków sportowych z PRLu rodem. Cały system licencji, jako przepustek do imprez mistrzowskich na ten przykład, czy efektywność pozyskiwania środków pozabudżetowych. Ale w tym konkretnym miejscu warto powiedzieć – ciszej nad tą trumną.



06:43, wojtek_wanat
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 marca 2017
Szósta całość

Wiosna zaczyna się w Warszawie? Akurat! Wiosna zaczyna się w lesie, w Warszawie zaczyna się wiosenne bieganie.

W informatorze Jego Wspaniałość Dyrektor Wielkiego Biegu wspominał między innymi pierwszy Półmaraton, ale i to jak zmieniała się Warszawa i sam bieg przez ostatnie jedenaście lat. Jak by tak sobie dokładnie przypomnieć te wszystkie biegi, to choćby na pierwszym przy trasie widać było topniejące pryzmy śniegu a w którymś roku mróz był tęgi. Także z tą wiosną to ja bym był raczej ostrożny.

Trudno by mi było odpowiedzieć na pytanie, po co ja to robię? Najpierw, po co biegam, bo wygląda, że jest to okazja do poczucia, jak nie przymierzając Boguś Kołodziej słowiańskiego wkurwu. Jeśli dodam do tego, że jest on bardzo intensywny i skierowany w siebie to problem się pogłębia. Po co w takim razie biegam?

Niedzielny poranek, po sobotnim trzęsieniu ziemi spokojnie podążam na start. Z perspektywy grubasa, jakim jakoś nie potrafię przestać być te ponad dwadzieścia kilometrów to jednak sporo. Jasne ostatnio biegiwałem więcej, ale ciągle nie tyle ile bym chciał, potrzebował, do uwierzenia, że czas na poziomie 1.45 – 1.50 jest w zasięgu. Po refleksji (i skorzystaniu z toalety) decyduję ustawić się za grupą na 1.50, ale przed Spartanami. Jakoś nie mam ochoty na mijanie ich dzid.

Poprawiam swój opięty bluzą salcesonik na głowie żółty buff w rybki i sówki w sercu mieszane uczucia. Bo super w tym tłumie, później się będę złościł, ale teraz stoimy i jest mi z tym dobrze. Już dawno poleciał Sen o Warszawie, podekscytowany spiker wymienia kolejne grupy mijające linię mety, pomagająca mu spikerka przypomina, że start jest dalej i tam lepiej uruchomić stoper. My stoimy, przez chwilę ruszyliśmy truchtem, później idziemy. W zasadzie to nigdzie mi się nie spieszy, nikt nie lubi iść na egzamin ze świadomością, że idzie tylko po dwóję.

Był czerwiec 1985 i szedłem na egzamin z fizyki. Szedłem, bo to był już ostatni dzień i jak bym nie poszedł to bym dostał dwóję dziekańską, więc raczej tak dla formalności, bo a nóż się uda. Przed nami zdają trzej koledzy, wychodzą zbombardowani, bo wynik 2, 2, 3. Ale Krupa, który nas uczył fizyki w szampańskim humorze, więc coś jest nie tak. Wchodzę z koleżanką, słyszymy tekst:

- Państwo we dwoje, to taki dipol, to proszę plusem do przodu. Państwo wolicie na kartkach, jak koledzy czy na gębę?

- Na gębę – przy takim nastroju Krupy to optymalne rozwiązanie.

- Co Pani miała z ćwiczeń rachunkowych?

- Trójkę.

- A u kogo?

- U dr Janowskiej.

- A to bardzo dobra trójka, a pan.

- Ja czwórkę, ale słabą.

- A czemu Pan tak sądzi?

- Bo u dr Pyżuka.

- A nie, to też, bardzo dobra czwórka.

- To ja nie rozumiem. I dr Janowskiej i u dr Pyżuka mocna.

- No tak, bo chłop chłopu nie naciągnie i baba banie też nie.

I się zaczyna, najpierw coś o oporze rozmytym, jakoś tak powoli przechodzi na Kadafiego i jego Zieloną Książeczkę, później siłą rzeczy Czerwoną Mao, jest trochę rozmowy o naturze ludzkiej i takie tam. Na koniec chwila o polaryzowalności cząsteczek i tym jak odkształcają się w polu elektrycznym. Bardziej potrzebna jest tu wyobraźnia niż znajomość choćby Praw Maxwella. Wychodzę z czwórką. Praw Maxwella nie znam do dzisiaj.

Po kwadransie dotaczam się do linii startu, nawet udaje mi się zacząć biec. Ciasno, Senatorska, Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat. Jakoś tak mi się kręci noga, ale strasznie ciasno. No i widać, że ludzie często ustawili się zdecydowanie za wcześnie na starcie. Bo jak inaczej tłumaczyć kolejne osoby, które toczą swój brzuch z godnością, albo i nie brzuch, ale swoją szczupłą osobę a z obu stron mijają ich kolejne osoby. Jasne, ja stanąłem za daleko, ale ogromna liczba osób, które stanęły, sam nie wiem, po co z przodu osłabia.

Ciasno? Wydawało mi się, że jest ciasno? No to w Łazienkach zobaczyłem, co to znaczy, że jest ciasno. Ramię przy ramieniu, od barierki do barierki. I jedno to pytanie czy koniecznie trzeba było akurat tam poprowadzić trasę. Po wyjściu na szerszą alejkę, którą zazwyczaj biegamy jest lepiej, później na Hopfera, znowu słabo. Druga sprawa, to fakt, że wiele osób biegło alejką szeroką może na pięć osób parami, trójkami w szpalerze i wyprzedzanie ich to była świetna łamigłówka.

Wracamy na Myśliwiecką i robi się lepiej, przestronniej. Przypomina mi się szmonces z kozą i z pełną radością biegnę. To znaczy jasne, wkurza, że wiele osób nie potrafi biegać, współpracować w tłumie, że większość zatkanych słuchawkami wsłuchuje się nie w siebie a w polecenia Psu, a przynajmniej tak mi się wydaje, ewentualnie w motywującą muzykę. I jak będzie przejeżdżać karetka, to będzie musiała przyjechać następna, takie wsobne funkcjonowanie. Ale poza tym było super. Trasa przez wiele pięknych miejsc, wiele radości i coraz więcej osób przy trasie. Muzyka, różne formy kibicowania, rosnąca temperatura, aż do momentu, kiedy musiałem odkryć czaszkę.

Dobra, od któregoś momentu dotarło do mnie, że nawet, jeśli nie pobiegnę szybciej niż w zeszłym roku, to przynajmniej niewiele wolniej. Na podbiegu na Most Gdański pogubiłem bezcenne sekundy a na dwudziestym mnie postawiło. W efekcie wyszło 1.47.07 (rok temu 1.46.24) czyli minimalnie gorzej i po raz pierwszy zatrzymał mi się prawie regres. Wiem maraton jesienią pobiegłem szybciej niż rok wcześniej, ale był to wynik przede wszystkim resztek rozsądku z ostatniej edycji i jego kompletnego braku rok wcześniej.

Zastanawiałem się skąd zmiana trasy w ostatniej chwili i pociągnięcie jej przez wąskie alejki Łazienek i później nad kanałkiem. Kiedy odbierałem depozyt zobaczyłem z jednej strony barierek zmianę wart i wieńce z okazji rocznicy Akcji pod Arsenałem, z drugiej jakieś dziewczyny żywiołowo dzielące się wrażeniami z biegu, owszem głośno dosyć. Ktoś narzekał, inny zmieniał gacie, kolejny umawiał się na piwo. Pociągnięcie trasy obok pl. Piłsudskiego i zmieszanie trasy z rocznicowymi obchodami było słabym pomysłem, ale depozyty w tym miejscu też nie za bardzo. Otwartym pozostaje pytanie czy nie warto było pociągnąć trasy pętelką przez Gagarina do końca i uniknięcie choćby jednej zwążki kontrolnej.

Impreza przy różnych swoich minusach, nielicznych moim zdaniem raczej super niż nie super. Odmiennego zdania jest jeden z użytkowników Maratonów Polskich. Ale jest to stachanowiec, bo tak samo ocenił połówki w Poznaniu i Warszawie. Jak nic na zdolność do bilokacji. To, co pod rozwagę: może już czas na stabilność. Znalezienie na stałe miejsc na start, metę, biuro zawodów. Tak jest (tak mi się wydaje) w Berlinie, Londynie i Paryżu. Tak było też w Parzęczewie, jednym z miejsc, których już nie ma na półmaratońskiej mapie Polski, a szkoda. Nie wiem czy dobrym miejscem na biuro jest Torwar, Stadion Narodowy czy może Pałac Kultury. Czy Park Fontann, pl. Teatralny czy może Wisłostrada przy Centrum Nauki Kopernik? A może tunel? Przynajmniej by nie padało na głowę. Myślę, że budowa ulic już na tyle się skończyła, że warto pomyśleć o stabilności.

A poza tym. Jak zdawałem w 1985 roku fizykę, zdałem, ale Równań Maxwella nie znałem. I nadal nie znam. Połówkę w Warszawie pobiegłem szybciej niż się tego spodziewałem. Ale formy nadal brak.

10:52, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12