RSS
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Trzy tygodnie

W sobotę się zorientowałem – zostało raptem trzy tygodnie. Zorientowałem się też na co się decyduję. Skorpion to podobno jedna z najtrudniejszych imprez w Polsce. Od czegoś trzeba zacząć, później będzie już tylko z górki.

Wydaje się to być głupie. Miałem plan i zamiast trzymać się go konsekwentnie sru i biegamy inaczej. inaczej zamiast łagodnego przejścia szok dla organizmu. Nic dziwnego, że zaczął się buntować. Spokojne długie treningi to zupełnie co innego niż szarpanie tempa. Mięśnie sztywne, kostka boli, nie mam siły na rozciąganie, jest słabo.

No i w tygodniu wszystkiego 88 kilometrów. Fakt, dwa dni właściwie wolne, i żadnego dnia z długim wybieganiem, ale to jakoś tak nie po mojemu.

Może to inne bieganie bardziej mnie zresetuje, może będę miał więcej biegania na poziomie medytacji a nie myślenia? Myślenie ma kolosalną przeszłość, ale przyszłości raczej żadnej. Biegnąc trzy godziny w tempie traktora nie da się nie myśleć. W czasie dobrego treningu interwałowego nie da się myśleć.

Kiedyś bawiły mnie nowinki techniczne, te wszystkie timery, bajery i tak dalej. Jak biegnę na treningu 70 s z przerwą 20 s, korzystając wyłącznie ze stopera bardzo trudno jest utrzymać rytm – odcinek, przerwa, odcinek, przerwa. Wystarczy chwila nieuwagi, myśl o czymś innym i rytm sypie się. Timer zwalnia z obowiązku bycia w koncentracji, oducza tego. Oducza też słuchania siebie.

Zauważyłem że w zależności od tego o czym myślę różne rzeczy dzieją się z moim tętnem i tempem. Są trzy możliwości (dokładnie trzy i kawałeczek). Myślę o tym co robię, tempo jest w porządku. Myślę o czymś przyjemnym lub neutralnym, tempo zaczyna siadać a jeśli zaczynam myśleć o czymś irytującym rośnie. I tu jest kawałek coś co mnie rozaniela i jednocześnie sprawia że zaczynam coraz szybciej przebierać nóżkami. To Maraton i Półmaraton Warszawski. Niewiele mam tak dobrych wspomnień jak to wszystko co się działo podczas tych imprez.

Tak czy inaczej – zostały trzy tygodnie, praktycznie 19 dni. I z jednej strony spodnie mam już trochę pełne a z drugiej jestem spokojny. Paweł zgłosił się na setkę, to i mnie nie złoi. Jak znam życie zrobi to ktoś inny. Jednego nauczyłem się na Nawigatorze – na takich imprezach je się inaczej niż przed maratonem. Co impreza to nowe doświadczenie. Ciekawe jakie (i jak bardzo bolesne) będzie tym razem.

05:51, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 stycznia 2011
Luz

Kolejny raz poczułem taki luz. Nic nie muszę. Miałem wstępny plan jeszcze trzy tygodnie pokatować coraz większą objętość. Ale, po co mi to? Czy to takie ważne, że pobiegnę to 200 kilometrów w tygodniu?

Zaczęło się od Sióstr Urszulanek i Jurka Owsiaka, to dzięki nim trochę dałem sobie na luz. Na aukcji w ramach WOŚP sprzedaliśmy usługę – odśnieżanie. Wylicytował jakowyś sympatyczny człowiek, w nadziei, że nie będzie musiał w domu tyrać (odśnieżanie jest niebezpieczne, najwięcej zawałów właśnie przy odśnieżaniu), no i zrobi coś dobrego dla Orkiestry. Ale jego żona puściła to dalej – przekazała nas Siostrom Urszulankom. Nie wiem czy się siostry nie brzydziły, ale nawet jeśli tak, to nie dały po sobie poznać.

Od WOŚPu do teraz nie padało. Dopiero w poniedziałek Siostry zdecydowały się, że warto skorzystać. I zamiast katować jakieś durne trzy godziny ciągłego wziąłem się za szuflę. Pomagała mi Wisia. Szufla, łopata, grabie, miotła to znakomite przyrządy wspomagające medytację. I tak sobie medytowałem.

Z medytacji wyszło, że to bieganie ciągłych jest super, ale może warto tez się troszeczkę pobudzić, bo nie widzę specjalnej bariery. Biegam 2 – 2,5 godziny i na drugi dzień nic, ani sztywności mięśni ani nic z tych rzeczy. Poza tym taki trening jest straszliwie czasochłonny. No i poszło – teraz to sobie pokatuję rzeczy, które są szybsze.

W ramach przyspieszania we wtorek też prawie nie biegałem, ale czułem luz, bo nie muszę. Fajnie jest pisać o bieganiu jak się nie biega.

07:33, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 stycznia 2011
Dwa obrazki

Takie obrazki z biegania. Wczoraj najpierw dwa lisy śmigające mi prawie spod nóg. W Otrębusach obok domów. Później połowa sporego psa leżąca na torach WKDki, pomiędzy Kazimierówką i Brzózkami. Jak znam życie ktoś wrzucił potraconego psa na tory, żeby nie musie tego sprzątać. Jakoś nie wyobrażam sobie żeby mknąca trzydziestką kolejka była w stanie potrąci psa. Chyba, że sparaliżowany, alby przypięty.

Dzisiaj w lasku opodal Brzózek facet z wykrywaczem metali śmiga po granicy kultur. Najpierw widzę go z pokrowcem. Z daleka wygląda prawie jak dubeltówka, więc mijając patrzę ci to właściwie jest (i czy nie ma przy nim psa). Na drugim kółku zagaduję co tu można właściwie znaleźć. Odpowiada, że nic specjalnego, grosz z okresu Powstania Listopadowego, guzik armii carskiej. Żadnego złota.

Zaczynam zastanawiać się jak mogło tu wyglądać 50, 100 czy 200 lat temu. Czy jeśli znajdują się tu jakieś kulki, to znaczy ze toczyły się tu walki. Jakie walki i kiedy? Las wygląda na młody i podsadzony z jakichś względów kilkadziesiąt lat temu. Ziemia tu licha, więc może w czasie walki z chłopami w pięćdziesiątych, kiedy dorzucano domiar zasadzono tu las żeby uniknąć podatków. Ale jeśli są tu takie starocie, to może są to ostatki lasu z dawnych lat?

Chciałbym pobiegać tu po takim lesie, jakie rosły z tysiąc lat temu – bezkresnym, bezludnym. Co prawda łatwo się zgubić w takim lesie, ale też nie ma dokąd się spieszyć.

Bieganie sprzyja tego rodzaju refleksjom, tyle, że ja mam uczyć się oczyszczać umysł, biegać jak kiedyś, w pełnej koncentracji na biegu i nawigacji. Kiedy się zwyczajnie biegnie to jest jak medytacja. Nawet nie jak medytacja, to jest medytacja.

22:02, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 stycznia 2011
68 dni

Pobiegnę w Warszawie. Półmaraton i Maraton w Warszawie to jedyne biegi na szosie o których wiem że chcę tu biec. Jasne, są fantastycznie zorganizowane – od zgłoszenia, poprzez biuro zawodów, trasę aż po zawieszenie medalu na mecie, wszystko jest bez zarzutu. Ale to tylko jedna, ta mniej istotna strona.

Z jakiegoś powodu zdecydowałem się na ucieczkę z szosy. I sporo z tego przed czym uciekam jest obecne i na tych biegach. Co w takim razie trzyma mnie tutaj?

Trasa jest specyficzna. To dla mnie przede wszystkim ogromna liczba wspomnień. Start spod Kolumny Zygmunta. Kiedy odbywał się pierwszy Półmaraton start był w tym samym miejscu. Moja Wisia miała wtedy niewiele ponad miesiąc. Przebierałem się w Poziomce. W osiemdziesiątych kupowało się tam towar, w dziewięćdziesiątych bywałem tam na kawie. Później była to jedna z niewielu kafejek, które ostały się zachodniemu sznytowi. Teraz pięć lat później Poziomki już nie ma. Na chodnikach leżały jeszcze pryzmy śniegu, startowałem w starej czapeczce, którą zostawiłem po drodze w jakimś koszu na śmieci. Przez cała drogę w uszach miałem dźwięki, które Młoda wydawała w pierwszych dniach swojego życia, w oczach jej rączynki i stópki. Biegłem jakoś dla niej.

Krakowskie Przedmieście, Marszałkowska, Królewska, Plac Teatralny, dalej Miodowa, Bonifraterska i na Most Gdański. Po zbiegnięciu na druga stronę miejsce, które będzie mi się dobrze kojarzyć. Krzaki nad Wisłą, w których sikaliśmy na naszym ślubnym maratonie. Ja to ja, ale Kasia w ślubnej sukni sikająca w krzakach.

Na lewą stronę Wisły mostem Świętokrzyskim i dalej obok szpitala, w którym rodził się nasze dzieciaki i drugiego w którym mieliśmy szkołę rodzenia. Jest tunel, czy będzie tam chór, czy bębny? Jeszcze podbieg i prawie prosto na Plac Zamkowy. Kiedy Półmaraton Warszawski był największy – dwa lata temu, stałem na balkonie Biblioteki Rolniczej i patrzyłam jak czterotysięczny tłum wybiega na trasę. Trzymaliśmy się z Kasią za ręce. W jej brzuszku kręcił się Wit.

Mam dość biegania w tłumie, na asfalcie. Ale biegnąc tam będą znowu przecinał pępowiny młodych, słyszał ich pierwsze słowa, widział kroki. Przeżywał to wszystko, co cenne w moim życiu. Mógłbym olać to, stwierdzić, że to nieważne sentymenty. W świecie, w którym żyjemy to standard. Ale ja nie chcę żyć jak inni, chcę ocalić to, co dla mnie cenne. A niewiele jest rzeczy cenniejszych od chwil, które znowu będę przeżywał.

21:08, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 stycznia 2011
Boję się

Jedynym sposobem na szybkie wyjście na trening jest jakieś ograniczenie czasowe. Wiem, że muszę wrócić o 8.40, więc żeby zrobić swoje wychodzę odpowiednio wcześniej i po krzyku. To jak ze zrywaniem plastra – jedno szarpniecie. Tylko dlaczego czasem tak się to rozciąga?

Kiedyś, pisząc do miesięcznika Bieganie, swój pierwszy zresztą dla nich tekst, rozmawiałem z Dominikiem Wasilewskim. I ten opowiedział cos, co pozwoliło mi zrozumieć pewne swoje działania.

Czasem wyjście na trening zamiast przepisowych 30 – 40 minut wyciąga się do półtorej godziny, albo i więcej. Jeszcze raz rozważam czy dobrałem odpowiednią czapeczkę, czy skarpety są właściwe i czy aby nie dołożyć lub nie zdjąć jednej bluzy, koszulki. Dominik uświadomił mi dlaczego.

Tak jest z zasady przed treningiem, którego się jakoś szczególnie obawiam. Zwyczajnie boję się tego, co będzie. Jak zniosę dwie czy trzy godziny biegu, czy po tym co przebiegłem wczoraj dam radę zrobić interwał. Zwyczajnie boje się bólu, bezradności w zderzeniu z granicą możliwości, jeszcze jednej porażki.

Później często jest w porządku, dociskam do końca, często czuje dzika radość z tego co robię, także ciągnąc za sobą nogi resztką sił. Takie niedźwiedzie mięso.

I tak jest teraz. Z tygodnia na tydzień wydłuża się czas treningów, z tygodnia na tydzień mój organizm będzie domagał się więcej snu, odpoczynku. Bałem się tego jak przetupię dzisiaj, teraz boję się poniedziałku i przyszłego tygodnia. Jestem ciekawy, co będzie się działo, nie tyle nawet czy dam radę, co tego jak to zniosę.

10:31, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
Jak ci się biegało?

Moim biegowym idolem pozostaje Michał Smalec. To z jego blogu jest tekst o tym, że pytanie, jakie powinno się zadawać ludziom po biegu (po zawodach) to nie: Jaki zrobiłeś wynik? Czy złamałeś życiówkę? Czy jesteś zadowolony z wyniku? Ale jak ci się biegało? I z odpowiedzią na to pytanie wolałem zaczekać do dzisiaj.

Zeszły tydzień udało mi się przepracować zgodnie z założeniami. Przebiegłem tyle ile chciałem (ile nie piszę, żeby jednych nie wkurzać a innych nie rozśmieszać). Zacząłem nawet ćwiczyć. Więcej, robię nawet pompki (trzy serie po pięć). Wczoraj zacząłem powiększać objętość, ale pierwszy dłuższy trening to dobrze zniesie każdy głupi, ważniejsze jest jak czuję się na drugi dzień. I nie powiem, nie byłem wzorem świeżości, chwilami moje uda miały w sobie coś z kołków. Ale mogło być znacznie gorzej, tym bardziej, że jest już familia, a moja żona, jako osoba znacznie młodsza eksploatuje mnie pod wieloma względami. A zdrowie i możliwości już nie te.

Jakiś czas temu rozmawiałem z człowiekiem, który seks dostosowywał do rytmu treningu. Pozostaje tylko złożyć wyrazy współczucia. Osobiście nie uprawiam seksu. Podobnie jak nie uprawiam działki, działalności różnej i takich tam. Owszem zdarzają mi się chwile miłosnego uniesienia w czasie, których jodłuję, zastanawiam się czy już wystrzeliła mnie w kosmos czy to dopiero za chwilę (moja żona). Czasem jodłujemy w duecie. Na szczęście dzieci mają głęboki sen, a sąsiedzi wiele tolerancji. Uprawianie seksu tak się ma do tego, co robimy, jak Big Mac do kolacji przy świecach. A do Macdonalda to ja żonę prowadzę za karę.

Wczoraj biegało mi się jednakowoż gorzej. Nie mogłem przestać myśleć. A jak myślę o rzeczach przyjemnych albo neutralnych to zwalniam. Jeśli trafia na coś, co mnie wkurza rośnie tętno i tempo. Poza wszystkim biegam żeby nie myśleć i czuć. Żeby słyszeć, widzieć i czuć. Choćby była to świeża (i o tej porze roku zimna) woda w butach. I dzisiaj się udało.

Idąc tropem swojego idola mam zamiar sprawdzić jak działają najtańsze buty biegowe na rynku (adidasy z Lidla). Teraz biegam w butach, w których żaden szanujący się biegacz nie włoży, bo są tanie. Bogiem a prawdą gdyby były droższe też bym w nich biegał. Ale ciekawy jestem tych Lidlowych specjałów.

I jeszcze jedno – jak oni mogli mi to zrobić? Uciekłem z szosy żeby się nie ścigać, a oni na imprezie, na której będę biegał trzeci raz z rzędu (wcześniej biegałem w poprzednim życiu, ale nie wiem ile razy), zrobili mi Mistrzostwa Polski w Pieszych Maratonach na Orientację. Kiedyś byłem piąty w Akademickich Mistrzostwach Polski w Półmaratonie Rekreacyjnym. Podejrzewam ze ranga imprezy była porównywalna. Tak czy inaczej jadę, najwyżej wygram, jakoś zniosę taki obciach.

10:31, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
Modgiliani

Dociera do mnie powoli różnica. I coraz bardziej utwierdzam się w swojej decyzji. Zamiast tłuc durne kilometry po asfalcie, zamiast urywać ułamki sekund, żyłować wszystko aż do kiszek mam inny klimat.

Jedziemy do Mińska, w pociągu spotykam Pawła. Obaj wiemy dobrze że jeśli ktoś może wygrać to ten drugi. W drodze do bazy, kiedy mówię, że nie mam rękawiczek, Paweł chce mi pożyczy swoje (rezerwowe)

Świadomość że nie bardzo wiem pod co trenuję. Że raz to może być sześć innym razem cztery a jeszcze kiedyś osiem godzin daje taki luz. Spokojnie latam po tych moich łąkach, czuję we włosach wiatr, i coraz częściej krzyczę, śpiewam sobie z radości.

Życie jest darem
od nielicznych dla wielu
od tych, którzy wiedza i mają
dla tych, którzy nie wiedzą
i nie mają.

Pod stopami trzaska lód, czasem dosłownie woda wlewa się do butów. Wiatr bez mała zatrzymywał mnie w sobotę i chyba w poniedziałek. Teraz jest już luzacko – tupię sobie tak i marzę, myślę. Ale przede wszystkim jestem tu i teraz. Słyszę szum wiatru w suchych trawach, wystających ponad śnieg, przecina tropy jakichś zwierząt. I chce żeby tak było znowu i znów.

Twoim prawdziwym obowiązkiem jest
Ocalić własne marzenia.

Cytaty A. Modgiliani

10:30, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
Na kanapie...

Klamka zapadła, wiem już gdzie będę biegał w tym roku a gdzie raczej nie. Podam to głównie dla spokoju żony (i mojego) żeby nie pytała mnie czy nie pojadę tu czy tam.

Na szosie

27 marca Półmaraton Warszawski
Może
Dycha w Garwolinie (jeśli będzie)
Mila Milanowska  (jeśli będzie mi się chciało)
Maraton Warszawski (ostatnia niedziela września) raczej na pewno.

I po błotku
Skorpion (chyba Krasnobród, 19 lutego)
RDS rajd Dolnego Sanu (19 marca w dolinie Sanu)
Dymno 14 maja
Grassor 25 czerwca
Wielkopolska Szybka Setka (gdzieś w Wielkopolsce w lipcu)
Nawigator (5 sierpnia Mińsk)
Izerska Wielka Wyrypa (w Górach Izerskich 19 sierpnia)
Funex Orient 26 listopada gdzieś, ale nie wiem, dokładnie gdzie.
I tyle moich planów startowych, no chyba że jeszcze coś.

A jeśli chodzi o to ważniejsze (cel jest niczym ruch jest wszystkim), w niedzielę dopadł mnie okrutny leń. Zamiast korzystać z ostatnich chwil, kiedy mam czas i dzieciaki nie krzyczą, żona nie narzeka, ja pławiłem się w lenistwie. Owszem mogłem napisać – nie miałem motywacji, albo brakowało mi energii. Ale zdecydowanie zdrowiej było spojrzeć prawdzie prosto w oczy – nie chciało mi się.

To takie dość typowe – pierwszy cykl na pełnych obrotach, rozciąganie, prostowanie kręgosłupa i wszystko cacy, w drugim już zacząłem sobie trochę odpuszczać, w trzecim porażka na Nawigatorze i popłynąłem. W ostatnim okresie jest łatwo o motywację, bo za chwilę zawody, na początku też jestem podjadany – zaczynam kotłowanie pod nowy sezon. Teraz jest taka dziura.

Ten Nawigator był dla mnie lekcją. Pokory, bo w pewnym momencie miałem ochotę polec na puszystym śniegu i prosić o dobicie. Widok Pawła Pakuły, który lekko odbijając się sunął do mety, w momencie, kiedy ja nie miałem za grosz siły. I lekcja fizjologii. To jednak zupełnie inne bieganie, tu trzeba napycha się jeszcze dziesięć minut przed biegiem, lekko przebierać na początku nóżkami (żeby utrzymać posiłek w żołądku). I pewnie coś jeszcze, i niejedno coś, ale tego to ja się dowiem na kolejnych imprezach.

Wczoraj wychodziłem z niechęcią, a po 30 minutach biegania chciało mi się krzyczeć z radości. Czułem taka lekkość, to dla czego warto się katować. Żaden narkotyk nie daje takiego czegoś. Poczucia lekkości, wolności. Taka świadomość bycia tu i teraz i tego, że jest ten jedyny niepowtarzalny raz. Kiedy każdy krok jest tym jedynym i niepowtarzalnym. Inna sprawa, że podobnie jak z dłubaniem w nosie i seksem trudno jest wyjaśnić co takiego w tym jest i z boku wygląda to raczej nieciekawie.

10:28, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
Porażka

Kilka lat temu po takim bieganiu jak przez ostatnie dwa tygodnie miałbym poczucie totalnej porażki. A teraz nic. Czegoś się nauczyłem o sobie o tym jakie rzeczy są możliwe a jakie nie i tyle.

Miałem plan żeby biegać dwa razy dziennie, na początek po godzinie, tak mniej więcej. I okazało się to niemożliwe w układach zawodowo – rodzinnych. Zwyczajnie, doba ma wszystkiego 24 godziny i nijak nie chce się wyciągnąć. Kiedyś trzeba spać, kiedyś zarabiać pieniądze i żeby biegać dwa razy potrzebny jest czas na regenerację w środku dnia. I w momencie kiedy organizm jest gotowy do kolejnego wysiłku trzeba wychodzić tyrać.

Zamiast nie wiadomo jak wielkiej objętości, na koniec tygodnia zaliczyłem zgon, odespałem, wychorowałem się i tyle mojego. Żeby biegać więcej, trzeba mieć czas na spanie, jedzenie, picie i takie tam.

Ale nie czuje się z tym okropnie, nie rozpaczam. Nauczyłem się że są takie chwile w których trzeba zwyczajnie odpuścić, bo inaczej zamiast większego treningu jest ogromna klapa. I jest to absolutnie bezcenna wiedza. Wiedzę to może wcześniej miałem, potrafiłem to zdanie odklepać. I co z tego, jeśli robiłem swoje.

Kolejny raz przekonałem się jak wielki wpływ na to co na treningu ma aura. Kilka dni temu, w grząskim śniegu brnąłem jak przez błoto, przebiegnięcie kilkuset metrów w czymś takim było okrutna orką. A i dawało wiele siły. Teraz po łąkach biegnie się po śniegu. Dosłownie – zmrożona warstwa jest w stanie utrzymać nawet mój ciężar. Ciepło mi się zrobiło kiedy zauważyłem że stoję na płaszczyźnie lodu. Lód zaczyna trzaskać (i pękać) a do brzegu jest jakieś 20 może 30 metrów. Dziwna ta zima, nawet nie da się pobiegać po lodzie.

Teraz kilka tygodni nic szybkiego, duuuużo kilometrów (kilometrorównoważników) i jeśli znowu śnieg zmieni się w śnieg siły. Jeszcze sześć osiem tygodni, a później może zacznę coś szybszego, tak na odmulenie.

10:26, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
Rankiem

To było we wtorek. Wyszedłem na trening o 5.30. Idiotyczna godzina na bieganie, szczególnie o tej porze roku. Ale miewa też swoisty urok. Najpierw był zając, może dziki królik, ale zając brzmi lepiej, więc tego się trzymajmy. Na Kasprowicza, prawie w centrum Milanówka. Poleciał przede mną i dzielnie mi zającował mi jakieś pięćset metrów. Co jakiś czas oglądał się dzielnie czy za nim nadążam. Odpuściłem mu bo wyglądał na nieco zestresowanego.

Później był pies. Jak raz przebiegałem obok komisariatu na Literackiej (u nas jest jeden komisariat i wystarcza). I nagle słyszę szur i obok mnie przeskakuje pies – chyba huskie, ale jakiś jak na tą rasę mały, więc nie mam pewności, zresztą może się z zimna skurczył. Taki luźno, swobodnie biegający hasiorek. Trochę mnie to zawsze deprymuje, szczególnie że jakiś rowerzysta miał do mnie pretensje że on luzem. Też bym pewnie miał, ale nie wiem kto jest jego właścicielem. Później przypomniało mi się jak tłumaczyłem córce dlaczego sypie się ulice solą.

Otóż jest to efekt zmowy pomiędzy kopalniami soli, fabrykami butów, cechem szewców i władzami miast. Dzięki temu że chodniki i ulice są posypane solą szybciej zużywają nam się buty. W związku z tym częściej musimy je naprawiać albo częściej kupujemy nowe buty. Zarabiają na tym więc szewcy, albo producenci butów. W dalszej perspektywie także szkółkarze drzewni (umierające drzewa trzeba czymś zastąpić), mechanicy samochodowi ( sól to korozja) i producenci i sprzedawcy alkoholu (po spacerze w takiej brei trudno się nie upić).

10:25, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2