RSS
niedziela, 21 stycznia 2018
NOGI NIE URYWA

Taka poranna refleksja. Biegam z mniejszymi i większymi przerwami od 1980 roku, fakt, na początku i intensywność i objętość nie powalały. Ale przez ten czas nie miałem ani jednej poważniejszej kontuzji. Ciekawe.

Popularność biegania spowodowała sporo efektów ubocznych. Poza tym, że powstał ogromny rynek na rożne artykuły i usługi okołobiegowe, skokowy wzrost popularności biegania spowodował, że biegać zaczęło sporo osób oderwanych od biurek, desek do prasowania, zlewów, pralek, zmywarek oraz gameingowych komputerów i kierownic. To siłą rzeczy sprawia, że rośnie ryzyko kontuzji.

Inna kwestia to sposób kształtowania treningu. Ludzie zaczynający przygodę ze sportem oczekują odtworzenia cyklu treningowego typowego dla wyczynowca w odpowiedniej skali. No i oczekują szybkiej progresji wyników, a jeśli nie wyników to formy. Takie nastawienie na postęp, traktowanie biegania, jako narzędzia a właściwie jednego z narzędzi jest drugą przyczyną urazów.

To jedno z ważnych pytań: czy bieganie jest celem samym w sobie czy środkiem do innego bardziej odległego celu? Jasne, zawsze ostatecznym celem jest podnoszenie, jakości życia. Osobnym pytaniem jest czy bieganie, z czasem udział w zawodach ma być samo w sobie czymś podnoszącym jego, jakość. I tu pojawia się kolejna wątpliwość – jak wiele motywów naszych działań jak przez nas, przeze mnie, uświadomiona? To, nad czym nie panuję, czego nie jestem świadomy, panuje nade mną.

Jeśli wiem, że starty i osiąganie coraz lepszych wyników jest mi potrzebne do poprawy samooceny jestem w stanie nad tym zapanować. Jeśli trenuję, wypruwam się, ale nie mam takiej świadomości jest jasne, że wcześniej czy później dopadną mnie problemy zdrowotne.

A jak ma się do tego zestaw różnego rodzaju usług związanych z bieganiem. Warszawski Biegacz sugerował, że zaczynając bieganie nie warto inwestować w sprzęt: ciuchy, buty i inne akcesoria. Warto potupać w tym, co się ma, jakichś starych rzeczach, w których chodziłem kiedyś na WF czy pilić na działce, a jak wystarczy zapału na kilka miesięcy to i ciuchy można kupić.

Wracając, to, czemu mnie nigdy nogi nie urwało? Mimo, że przez lata nie było szans na buty z amortyzacją, oddychające ciuchy czy regularny trening na sali albo innej siłowni. Mam kilka koncepcji. Pierwsza jest taka, że zwyczajnie jestem mocniejszego materiału. Że jak by się miało coś zepsuć, to by się posypało w latach osiemdziesiątych. Drugie to robienie przez lata ogólnorozwojówki przy okazji biegania w terenie. Czy mi się to podobało czy nie trzeba było przeskoczyć, sklecić, ominąć, zareagować, gdy teren był nierówny. Zrobiło swoje. No i zacząłem relatywne wcześnie. Przez lata organizm przyzwyczajał się do kilometrów pokonywanych z mniejszym lub większym rozpędem. I kręgosłup i stawy i cała reszta nie została nagle z dnia na dzień przestawione na tryb aktywny.

No i przy całej świadomości, że sprawia mi radość coraz szybsze pokonywania kilometrów, robienie coraz lepszych wyników to jednak czymś absolutnie najbardziej fantastycznym jest to uczucie, które przychodzi, kiedy lekko, z wysiłkiem, ale nie takim granicznym pokonują mi się kolejne kilometry. Stan, w którym nie tyle ja biegnę, co „się biegnie”, samo się biegnie a ja czuję się wolnym. Marzy mi się takie pobiegnięcie połówki w Warszawie, nie w tym roku, w tym to ja będę za cienki.

I tu jest chyba podstawowy powód. Biegam, bo kiedy poruszam nogami a pode mną przesuwa się teren czuję się szczęśliwy.



09:46, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 stycznia 2018
BEZ TYTUŁU

Tak sobie wczoraj polatałem i pomyślałem, co jest celem, co środkiem w moim bieganiu. Także o tym, jakie są priorytety, hierarchia ważności, bo nie wartości. Jak komuś się nie chce czytać, na końcu streszczenie.

Leciałem wczoraj jak za dawnych czasów, znaczy się interwały bez timera, na zegarek. No i spadł śnieg, taka świetna grząska ponowa. Na trening poleciałem do Lasku Bielańskiego i to otworzyło mnie na kilka kwestii.

Przez lata biegałem pod BnO i jeśli moje główne starty miały miejsce w lesie to jasne, że trening też w lesie. Przez lata w dzienniczku była rubryka droga (nawet mała ścieżka). Teraz w związku z tym gdzie mieszkam mam małe szanse na bieganie terenem, poza ścieżkami, ale to tak na marginesie. Jak w takim razie wyglądało i wygląda nakładanie obciążeń treningowych? Normalny biegacz biega odcinki odmierzone na asfalcie, jakieś dziesięć razy kilometr po ileś tam na kilometr, jeden po pięć, jak szykuje się do połamania 50 minut na dychę, drugi po 2.50, jak mu się spieszy. Ale do tego potrzebny jest asfalt, równa droga i odmierzone odcinki, może też być bieżnia.

Ja kontroluję tętno, mogę latać góra – dół, po błocie, śniegu, trawie. Jak spadnie śnieg to spada mi tępo, ale nie intensywność treningu. No i zamiast długości odcinków kontroluję czas. I po co mi to?

Żeby uniknąć nudy. Jasne to trochę wariactwo, biegnę sobie odcinek, zostało mi jeszcze dwie i pół minuty a tu taka fajna ścieżka, to sobie w nią skręcam i daję. Jak zostaje mi półtorej ścieżka zaczyna zanikać, kiedy mam jeszcze pół minuty lecę przez jeżyny. Ale jest pięknie. No i w domu mam bepanthen to się i przyda.

Nie potrafię wyobrazić sobie siebie konsekwentnie realizującego trening na pięcio czy siedmiokilometrowej pętli. Zwyczajnie bym się zanudził i z czasem stracił ochotę na bieganie. Bieżnia to zupełna abstrakcja. Kiedy biegnę w terenie, choćby i w parku w każdej chwili mogę zrobić z biegiem to, na co mam ochotę: skręcić, zawrócić, znaleźć ciekawą ścieżkę czy wrócić w miejsce, w którym został mi w pamięci ciekawy widok. Przypomina mi się Karol, który stwierdził, że nie lubi Kępy Potockiej (Potocka przeprasza za Kępę), bo kiedyś natłukł tam tyle treningów, że już ma wymioty. W Lesie Sobieskiego nakręciłem między dziesięć a dwadzieścia tysięcy kilometrów, ale las daje tyle możliwości, ścieżek i miejsc poza ścieżkami, że te tysiące to nie problem, to okazja do kontaktowania się ze zmianami, rytmami przyrody.

Ale mój zegarek powiedział, że trening niezły, ale słabszy od poprzednich, bo wolniejszy. Jak dla mnie lepszy, bo na wyższym tętnie.

Lubię biegać szybko, lubię poprawiać wyniki. Teraz to mi będzie łatwiej, bo startuję z poziomu minus trzy i jakoś spokojny jestem, że poprawię zeszłoroczne wyniki i z połówki i z calaczka, mimo, że waga ciągle krzyczy do mnie „Ty grubasie”, bo czuję, że ciut, troszeczkę, odrobinkę mój organizm podnosi się z dna.

I jeszcze jedno. Jedno ze zdjęć ze sprintu na orientację Karol skomentował „dajcie mi kroplówkę”. Tak to wygląda, kiedy lecę czy to na ulicy czy w przełaju jest tylko bieg, moje nogi, płuca, serce i ja. Tyle. W BnO jest jeszcze spory obszar. Jest mapa, którą trzeba czytać, interpretować, korzystać. Jest teren, który trzeba z mapą porównywać, czytać. Widzieć, co jest przede mną, za mną obok. To wszystko wymaga ogromnej koncentracji, stąd ten niepowtarzalny wyraz twarzy na zawodach o gruchę na Chomiczówce.

A jak się ma to do mojego dzisiejszego treningu? Lata klepania startów i treningów pod BnO zostawiły ślad. Kiedy biegnę samoczynnie budzi się we mnie zdolność bardziej intensywnego widzenia otoczenia. I jeszcze jedno, przeświadczenie, że żadne zdjęcie, film nie pokażą tego, co widzę, odczuwam, słyszę. Czy to za sprawą fizjologii czy sama głowa i różne nawyki sprawiają, że obrazy, które zostały mi w głowie, które nieraz tu wspominałem pokazane, jako zdjęcie nijak nie oddają, tego dzieje się podczas treningu. To jeden, choć nie jedyny powód, dla którego telefon zastaje w domu.

Streszczę, bo może być tak, że komuś nie chciało się czytać.

Biegam, żeby odczuwać radość, wyniki są produktem ubocznym. Radość daje mi poczucie wolności, ucieczka z pętelek, możliwość dowolnego, choćby idiotycznego wyboru drogi w każdej chwili. Ale także bycie tu i teraz i chwytanie tych chwil, przeżywanie ich a nie dokumentowanie.

A dzisiaj sieknę sobie LSD i będzie pięknie. Jutro ChWDP.



09:15, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 stycznia 2018
W RYTMIE

Podczas rozmowy dla Biegania od Mariusza Giżyńskiego usłyszałem, że jako trener, kiedy rozpisuje trening amatorowi najpierw pyta go o rytm związany z pracą. Które dni tygodnia ma luźniejsze, w które jest gotowy na większe obciążenia. Niby mamy gotowe szablony cykli treningowych. Ale schemat obciążeń sobie a życie sobie.

Rypnęło mnie pod koniec tego tygodnia. Chciałem napisać zeszłego, bo ten treningowo zamknąłem, więc głowa jest już w następnym. Trochę mi się upiekło, bo gdyby był przytomny jeszcze mocniej dostałbym po tyłku.

W czwartek wyszedłem na trening i już w jego trakcie czułem, że coś jest nie tak. Raz, że noga nie podawała. To znaczy nawet jak na moje aktualne bieganie nie podawała. Odpuśćmy sobie kwestię pit stopu na metrze Centrum Nauki Kopernik i takie tam. Trening ze średnim tętnem poniżej 130 to jakoby nie za bardzo.

Z lekka złachany poszedłem do roboty i tutaj poza wszystkim innym niespodzianka. Zamiast na basen na zastępstwo do świetlicy, czyli z jakiegoś pseudoobiadu nici. Niby złapałem trochę owoców, ale ewidentnie czułem, że to nie to. Kiedy około 19 opuszczałem szkołę ciągnąłem nogi za sobą.

W piątek zupełnie odpuściłem sobie bieganie i to był dobry ruch, w sobotę i niedzielę byłem w stanie normalnie biegać. To, co mnie uratowało, to fakt, że pozajączkowało mi się i byłem przekonany, że lekcje główne mam dopiero od przyszłego tygodnia (dla większości, lekcje główne to dwie godziny pracy gratis, do tego z rana, czyli wstawanie w granicach piątej). Jeden dzień, kiedy mogłem pospać był jak miód, nie wiem jak bym przeżył bez tego.

A jakie wnioski? Biegam teraz w układzie wtorek, środa interwał (tempo żenujące, ale mam nadzieję, że z czasem zmieni się na beznadziejne, co jest sporą poprawą) w czwartek dłuższe bieganie (raczej szuranie). Ale w moim rytmie pracowym lepiej będzie to zmienić na wtorek, długi interwał, środa dłuższe szuranie (tak z 90 minut) czwartek krótki interwał.

No i będę musiał znaleźć jakiś patent na uniezależnienie się żywieniowe.

Ale przede wszystkim jeszcze tydzień cyklu, a później dwa tygodnie ferii, to sobie pobiegam i popiszę. A później jeszcze w sumie ze cztery tygodnie cykli. Ale dzień będzie dłuższy a ja silniejszy.

I proszę o drobne, co łaska.



14:27, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 stycznia 2018
SYLWESTER

Dzisiaj zaczynam nowy rok. Pod wieloma względami nowy, jak napisała Justyna Suchecka mam nadzieję, że gorzej już było. Tak mnie naszło na wspomnienia biegowe, więc lećmy.

Sylwester 1985/86. Jedziemy na obóz treningowy w Brennej. Pierwszy mój wyjazd z AZSem. W pociągu już do Cieszyna pani trener, która w tamtym momencie średnio za mną przepadała, z powodów dość oczywistych patrzy na mnie i stwierdza:

- Też jedziesz w tą samą stronę? Jakie to dziwne.

- Tak i nawet do samego końca.

Znaczy się nikt jej nie powiedział, że jestem zawodnikiem AZSu, nieźle. Z czasem pani trener się do mnie przekonała.

W samego Sylwestra wracam z Warszawy na obóz. Dwie noce w pociągu, dochodząc do domu, w którym mieszkamy mijam ekipę goniącą na autobus, którym przejadą kawałek. Dopytuję się o plany, wskakuję w ciuchy i lecę, spotkamy się w schronisku. To był czas, kiedy jeszcze były spore mrozy i śniegi. Nie było za to polarów, goreteksów i różnych takich wynalazków.

Kiedy dobiegam do schroniska mijam pierwszych, którzy wracają krótszą trasą, mój widok budzi rozbawienie. Kiedy biegłem pod górę nieźle się pociłem, to, co spływało, zamarzało na brodzie. Wydziergana przez mamę czapka puściła kolor i to, co zamarzło miało kolor denaturatu. Wjeżdżam do schroniska, szybka herbatka i wracamy. Na powrocie lekkie kółeczko, gubimy się, jak na sekcję biegów na orientację to nieźle, choć miewałem większe przypały.

W domu jestem dość dokładnie zajechany, obiad, łóżko, kolacja sylwestrowa sybolka i spać. To był moment, w którym pani trener przekonała się do mnie, choć specjalnie święty to ja raczej nie byłem.

Rano w Nowy Rok słońce, biały świeży śnieg i tylko we dwóch z Ćwiarą lecimy na rozbieganko. Jak ja lubię bieganie po ponowie. Mam wtedy wrażenie, że jestem pierwszym człowiekiem w tym miejscu. Wszystko jest takie dziewicze i czyste. Lecimy symboliczną piętnasteczkę, wracamy zadowoleni, jest pięknie.



12:05, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »