RSS
niedziela, 26 lutego 2017
MIAŁEM SEN

Bywają takie sny, po których budzę się z żalem, z nostalgią, z tęsknotą za czymś, co utraciłem. Ostatnio miałem kilka razy taki powracający sen.

Moim bohaterem jest ostatnimi czasy, Po, czyli Kung Fu Panda. Dość dokładnie rozumiem, co czuł Po śniąc latami o kung fu. Powiem więcej przeżywam to samo, co on tyle, że bardziej.

Ostatnio śniłem o wolności. To było uczucie lotu, w którym nie dotykałem bez mała ziemi, słuchania ptaków i wąchania zapachów mokrych liści. Uczucie, że wszystko, co dzieje się odbywa się praktycznie bez wysiłku, że kiedy już wyjdę z trochę się rozpędzę zwyczajnie się biegnie. Nie biegnę, nie wkładam w to wysiłku, biegnie się samo.

Jasne najpierw musiałem swoje wypracować, swoje wybiegać. Jasne po jakimś czasie kończyło się to się biegnie i przychodziła orka, w której z kołkiem w zębach starłem się jakoś dotoczyć do domu. Ale wcześniej przez jakiś czas po miesiącach ciężkiej orki było to „biegnie się”.

Mam takie wspomnienie. Po słabym sezonie już w październiku zrobiłem sobie roztrenowanie i od listopada ciosałem poważny trening. Zima była latoś łagodna i w styczniu czy lutym biegając taki dość ciężki trening mogłem spokojnie rozpędzać się, bo śniegu nie było, upału tez zresztą nie. To były odcinki, krótkie, ale też z bardzo krótką przerwą, bieganie po długim treningu. Trzy serie, to dość dokładnie pamiętam. Do połowy pierwszej błagałem o litość, żeby przybiegł jakiś pies i mnie pogryzł, żebym miał pretekst do przerwania treningu. W drugiej było już nieźle w trzeciej rwałem do przodu jak hart. Pamiętam, że czując niezwykła radość z tego, co się dzieje stwierdziłem, że dla tego treningu warto było ciosać miesiące ciężkiego treningu. No i kilka dni później dostałem zapalenia ścięgna Achillesa i trening w dużym stopniu szlag trafił.

Teraz wracają do mnie raczej spokojne, jak na tamte czasy wybiegania, takie po 20 – 30 km w tempie poniżej pięciu na kilometr. I to uczucie ogromnej, niezwykłej wolności.

To może wydawać się dziwne, nie śnią mi się loty po meskalinie, LSD, heroinie czy czymkolwiek innym. Przynajmniej może wydawać się tak ludziom, którzy nigdy nie czuli obu tych rzeczy, lotu po chemii i uczucia prawdziwej wolności, odczuwania siebie, jako części świata, w którym żyję czy wre cz wszechświata.

A później budzę się i zamiast biegania jest szuranie, mozolne przetaczanie zapasionego cielska przez cierpliwe kilometry u uczucie drżenia podłoża, zamiast lekkości biegu. Jest jeszcze nadzieja, że tym, kolejnym razem nie spieprzę, nie ucieknę, nie poddam się widząc jak powoli, mozolnie wracam do świata naprawdę żywych. Wiara, że tym razem sen stanie się jawą.



14:55, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 lutego 2017
SUB 4 HMB

Od kilku miesięcy powraca temat projektu firmy Nike SUB 2 HMB. Projekt sam w sobie ciekawy, postanowiłem jednak rzucić wyzwanie firmie Nike i zawodnikom, którzy biorą w nim udział. Od razu stwierdzam – dam więcej.

Kiedy czytałem pierwsze doniesienia o przymiarkach do złamania bariery dwóch godzin w maratonie uderzyło mnie, że tempo, w jakim biegali uczestnicy wcale nie było jakieś niebotyczne. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że te trochę ponad 5 to jest w moim zasięgu. Później zorientowałem się, że oni liczą tempo na milę a ja na kilometr. Ale czy to aż taka wielka różnica.

Logicznym wydało się postawienie granicy zdecydowanie wyżej. Rozpoczynam, więc, oficjalnie projekt SUB 4 HMB. Powiecie, że to nic takiego. Popatrzmy – oni na pełnej intensywności będą biegi przez dwie godziny, podczas, kiedy ja dwa razy dłużej. Poza tym przyglądając się ich parametrom okaże się, że wysiłek związany z przetoczeniem mojej masy będzie więcej niż dwa razy większy niż przewianie tych drobiazgów przez dystans maratonu. Poza wszystkim jednak wyzwanie, jakie przed sobą stawiam może sobie wyobrazić praktycznie każdy. Większość ze zwykłych zjadaczy chleba wie jak to jest, kiedy musimy mierzyć się z tymi wszystkimi „nie chce mi się” „mam za małą motywację” „na cztery to mogłem polecieć na żywca zupełnie niedawno” czy „tyle to ja biegałem za dzieciaka”. Tak, więc osoby śledzące postępy w przygotowaniach do złamania magicznej bariery już we wrześniu dokładnie poczują trudności i wyobrażą sobie smak moich sukcesów.

No i mój progres w porównaniu z ubiegłymi latami (może nawet 30 minut) będzie znacznie większy niż sympatycznych zawodników wybranych przez Nike.

Na ten czas popatrzmy na moje osobiste sukcesy w walce z czwórką. Dzisiaj wyszedłem na trening i jest nawet szansa, że jutro znowu mi się uda. Poza tym powstrzymałem się przed wrzuceniem tutaj wątku politycznego, łatwo nie było, i z uporem utrzymuje swoją wagę (BMI 26,1) dzięki czemu nie muszę robić siły, bo zakładam, że kiedyś schudnę. Tyle, że nie wiem, kiedy.

Do Maratonu Warszawskiego zostało jeszcze ileś dni, nie wiem ile, bo nie chce mi się sprawdzać, a jak już sprawdzę to liczba jest na tyle wysoka, że mnie to demotywuje.

O kolejnych sukcesach, postępach będę informował z dumą!

15:22, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »