RSS
poniedziałek, 28 listopada 2011
FUNEX

Pojezierze Brodnickie to piękne miejsce a impreza pod nazwą Funex Orient zostawiła niezapomniane wspomnienia. I było trochę tak jak się spodziewałem – znajomi z sieci okazali się podobnie interesujący w rzeczywistości, trasa ciekawa i ciężka a moja żona uparta i pyskata. A ja słaby, jak to się mówiło onegdaj cienki ja ch..  komara. Ale po kolei.

Do Brodnicy wybraliśmy się po raz pierwszy naszym nowym samochodem. Żeby było jasne, taki całkiem nowy to on nie jest. Cena to około jednej trzeciej ceny roweru średniej klasy rajdowca. Ale dla nas przeżycie niepowtarzalne. No i zabraliśmy ze sobą ciocię Martynę. Nikt tak nie potrafi zająć się naszym robactwem jak ona.

W Biurze wszystko sprawnie, sympatyczne ciepło. Rozkładamy się i szykujemy do kolacji. Kiedy wraca z miasta Ula W. widzi że rozłożyliśmy się opodal, bierze śpiwór, bety i wędruje w inny kąt sali, sprawdza jeszcze odległość, ale ta wydaje jej się satysfakcjonująca, czas pokaże  że nie doceniła pewnych faktów.
Dzieciaki zasypiają przed dziesiątą, my padamy razem z nimi. W nocy trochę się kotłują, ale polega to tylko na przytulaniu się to do mnie to do Kasi. Nocą koncertuje za to uroczy pies, śpiący (a raczej wyjący) opodal Uli, ale o tym dowiaduję się na trasie.

Start, a właściwie odbywające się przy jego okazji zamieszki wywołały u mnie serię wspomnień.

- Jest rok bodaj 1990, usiłuję kupić bilety z Iwano-Frankowska do Polski, nie wiedziałem, że jest to punkt przesiadkowy licznych mieszkańców słonecznej Rumunii wędrujących za lepszym życiem do Polski. Przed kasą zobaczyłem tłum Rumunów pchających się bez opamiętania i składu. Nad nimi stał ukraiński milicjant w czapce typu patelnia i z beznamiętna miną rytmicznie okładał najbliższych drewniana pałką.

- Jest rok bodaj 1992, kapitalizm pokazał wiele różnych twarzy, niektórzy na przykład wpadli na pomysł zarabiania na organizowaniu zawodów na orientację, jestem na jednej z takich imprez. W okolicach trzeciego czy czwartego punktu spotykam Przemysława M. znanego narwańca. Szukamy punktu, ale nic nie widać, spogląda na mnie i rzuca
- Ciekawe ile trzeba by mu zapłacić żeby nie robił już żadnych imprez. Rusza, ja też ale wolniej.
Spotykamy się w okolicach półmetka. Kilka kółek wystarcza żeby wyczesać źle postawiony punkt, Przemek rzuca
- Nie lubię jak ktoś mnie w chuja robi za moje własne pieniądze. Ruszamy i rozstajemy się po chwili.
Kiedy widzę go pod koniec trasy słyszę
- Jak dobiegnę do mety to tak mu dopierdolę.

Kiedy ruszaliśmy na trasą byłam przekonany że zaliczymy po 105 minut karnych, może po 45, ale uczestniczenie w czymś co wyglądało na selekcje do drużyny rugby jakoś mnie odpychało. Mieszają się we mnie dwa uczucia – wkurzenie i beznadziejnej porażki, kiedy jeszcze na pierwszym punkcie (nr 8) mija mnie kilka wycieczek – szukam go za daleko jestem ugotowany. Na kolejnym miotamy się jak para debili, trochę się kłócimy i już się robi dobrze. Po drodze widzę stado dzików i robię dwa niepotrzebne kółka. Na trójkę wchodzimy sprawnie, mijamy kilka wycieczek, między innymi Stasia Kaczmarka i Faceta z Niewyspanym Psem, pokazujemy Kulawemu którędy droga i dajemy dalej. Na scorelauf wchodzimy sprawnie, wychodząc zaczynamy cierpieć. Jeszcze tylko siódemka, dwunastka i może odpuścić sobie szóstkę, jeśli kara to godzina. Ale okazuje się że nie, nie ma kary, najpierw klasyfikuje się tych co maja wszystko. Trudno będziemy się męczyć. Na dwunastce moczymy nogi, solidarnie wytrzepujemy błoto i kamienie z butów i toczymy się dalej. A dalej przez cielęcinę do sracza.

W Cielątkach (miejscowość taka) wchodzimy do sklepu. Jakaś pani kupuje kiszoną kapustę. W efekcie ekspedientka, taka co żywcem przeniesiona z GS z późnego Gierka dwa czy trzy razy znika na zapleczu. W końcu dostajemy – dwie ciociaciokle i batoniki lecimy. Po kilkunastu minutach kalorie zaczynają krążyć w naszym krwiobiegu i wracamy do świata  żywych. Kasia pokazuje gdzie jesteśmy i ruga mnie, że nie uważam. Znajdujemy sławojkę, jest super, nawet papier jest. Wracamy na drogę i kiedy zastanawiam się gdzie też może być Kulawy, ten wypada pędem na drogę i pyta gdzie jesteśmy. Pokazujemy i ruszamy. Toczymy się to pod wiatr, to znowu pod górę, byle do Brodnicy. A tam w ogromnym pędzie. Bo przecież za plecami Kulawy, a to nie przelewki. Wpadamy do szkoły. Cioci Martyny brak, dzieci takoż. Zbieramy się do mycia, gadamy z Kulawym (wpadł chwile po nasz), wracają kolejni. Facet z Niewyspanym Psem, Tomek Banach (poznaliśmy się koło śmietnika, na Półmaratonie Warszawskim), z czasem sala się zapełnia. Szkoda nam Sabinki, jej czołówka rozpadła się i musiała zejść z trasy, szkoda nam i Maćka W. że tak minimalnie umoczył, choć przegrać z Michałem to przecież żaden wstyd. Rajdowcy jacyś wkurzeni, wyglądają jakby mieli ochotę w kogoś rzucić, choćby piłeczką.

Jak by tu powiedzieć. Tomkowi Pryjmie udałoby się zrobić bardzo dobrą imprezę, gdyby nie starał się żeby była to najlepsza impreza na świecie. Wiem że to zabrzmi dziwnie, ale chyba za bardzo się starał. Część podstawowa – trasa, mapy, biuro, socjal były (może poza kiblami) powyżej średniej krajowej, grubo powyżej. Pomysł z punktem w sławojce to dla mnie taka perełka. Ale te swoiste pomysły, jak choćby poranne zamieszki, zepsuły wrażenie. Wkurzyły mnie do granic możliwości i gdyby ich autor wpadł mi wtedy w ręce to chyba byłoby niemiło, bo mam przewagą masy i większy zasięg ramion. Nie zmienia to faktu że w przyszłym roku nie ominę kolejnej edycji, bo generalnie było super.



22:35, wojtek_wanat
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 21 listopada 2011
Jeśli żona pozwoli

Dostałem SMSa z Kostaryki. Cóż są tacy co się lubią ścigać. Janek się cieszy że jednak będę walczył, a jak będzie to się okaże po FUNEXie. Zakładając że jednak na niego pojedziemy i tak dalej.

Na liście startowej pojawiło się kilka nazwisk które mnie ucieszyły. To że ucieszyłem się ze startu Sabiny i Michała i Maćka to chyba jasne. Mam dla nich bardzo dużo szacunku i sympatii. Sam nie wiem czego mam więcej. Zapytam żony jakie mam w tej sprawie wytyczne. Ale jest też Igor B. no i Kulawy vel Ruski. Może być zabawnie.

Tak jak to przeczytałem to mi wyszło że powinienem wymienić z pół listy startowej – bo tego lubię a tamtego też i jakoś tak mi głupio wymieniać tylko te pięć osób. Zamknijmy temat, tak czy inaczej ktoś poczuje się obrażony, szczególnie jeden gość co to mi chciał zająć miejsce w pociągu a ja jak raz wtedy nie pojechałem. A jego też lubię (to znaczy nie jest prawdą że zrezygnowałem ze startu z powodu perspektywy wspólnej podróży, zona mi zabroniła i teściowa przyjeżdżała).

Jednym słowem jak ktoś liczy na spanie w Brodnicy to się przeliczy – jedziemy z dziećmi. A jak będzie czas pokaże.

Jest też perspektywa naszej pięćdziesiąteczki w przyszłym roku – w tym samym, mniej więcej, terminie co 45tka Wojtka. Też będzie zabawnie. Jeśli żona pozwoli.



12:46, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »
wtorek, 08 listopada 2011
O wyższości

W czasie seminarium poświęconym wynikom i sposobom szybkiego chodzenia wygłoszono wykład o wykład o tym, że szybciej chodzi się w Poznaniu niż w Warszawie. Wykład jak wykład, sporo tabelek, wykresów. Jest test t- Studenta, test Spearmana, analiza wariancji, analiza transakcyjna, analiza średnich i odchyleń standardowych. Porównano czasy, tempa, wiek, szybkość dochodzenia i odchodzenia. Każdy kwantyl został rozważony osobno, później wszystkie razem i jeszcze raz po kawału. Później był test F, test chi kwadrat a na koniec porównano dystrybuanty. I wszystko stało się jasne – w - Poznaniu chodzi się szybciej.

I wszystko by było super, gdyby nie zaczęła się dyskusja dlaczego. Na początek przeważać zaczęła opcja, że to efekt lepszego dopingu. Trasa spacerowa w Poznaniu jest znana z dużej ilości kibiców, wspomagających, całkiem bezinteresownie chodzaczy.
Sam pamiętam jak w czasie jednego ze swoich spacerów po tym pięknym mieście zostałem zdopingowany przez jednego z kierowców, który najpierw dłuuuugo trzymał rękę na klaksonie żeby później dorzucić ciepłe ”jak już wciągnąłeś te gacie to byś się ruszył pedale”. Tak doping w Poznaniu jest niewątpliwie niepowtarzalny.

Swoje dwa słowa dorzuciła Pocomitoczytamto przypisując efekt magicznej roli suszarki. Jeśli prawdziwy amator ma do wygrania w kategorii (to tylko to jest klasyfikacja czysto amatorska) można coś wygrać (najlepiej suszarkę) to ma się większą motywację i zamiast 4.29 idzie się 4.25 i stąd różnica.

Wtedy pojawiła się opcja zbiegaczy – w Poznaniu jest więcej zbiegów i dlatego szybciej się chodzi, można w dół można zbiegać. Na co puryści oburzyli się, że jeśli się chodzi to nie się nie biega boć to przecież zawody chodzaczy a nie biegaczy. Tu miłośnicy Poznania stwierdzili, że ważny jest efekt, na co puryści odesłali ich na stronę chodzenie.pl. Pocomitoczytamto stwierdziła, że za nic by nie podbiegła, no chyba, że miałaby motywację w postaci wiertarki, bo to jest to, co prawdziwy amator sobie ceni.

Wtedy do gry wrócili zwolennicy dopingu, pisząc, że prawdziwa siła w motywacji, z czym zgodziła się Pocomitoczytamto mówiąc, że nic tak nie dopinguje jak myśl, że najlepsi w mojej kategorii wygrali super nagrody (może nawet już je odebrali, kiedy ja tu brnę do mety).

Nowa opcja podchadzaczy zauważyła, że sporo jest podejść i zmagazynowana w ich czasie energia uwalniana jest w czasie zejść i dlatego w Poznaniu szybciej.

Tylko jakoś nikt nie zauważył, że w wykładzie ani słowa nie było o przyczynach. W Poznaniu szybciej, w Warszawie wolniej. To fakt. Teraz autorzy szykują poważny wykład o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkanocy. Zaczną od liczenia kowariancji bombek i pisanek



08:20, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »
środa, 02 listopada 2011
Planowanie

Wczoraj zadzwoniła do mnie była uczennica
- Cześć co będziesz robił jutro?
- Nie wiem.
- Jak to nie wiesz?
- Zwyczajnie - nie wiem. Owszem mam jakieś plany, ale na wczoraj też miałem plany i wyszło zupełnie inaczej, na dzisiaj też i na jutro też oczywiście mam plany. Ale jak to się mówi, jest jeszcze czynnik najwyższy i jego pomyły są nie do przewidzenia.

Kiedy kilka dni temu Paweł Antoni zapytał gdzie się wybieram gotowy byłem odpowiedzieć na Praską Dychę, później na GEZNO a później… Teraz, z perspektywy czasu wiem że najprawdopodobniej pojadę na bieg do Parku Skaryszewskiego a później to już trudno coś przewidzieć. Jest rzecz z którą upewniłem się kolejny raz – nie należy robić dalekosiężnych (to znaczy powyżej trzech godzin) planów.

Jeden z moich znajomych miał mamę, która, jak dopadła ją mania remontowa to najętymi budowlańcami robiła wiele rzeczy znienacka. Wraca gościu z pracy, a tu nad łóżkiem dziura na okno. Dobrze, że lato było, czas otwartych okien, usunął sobie resztki gruzu i poszedł spać. Remontów to ja w domu nie miewam, ale nigdy nie znam dnia ani godziny.

Między innymi dlatego nie widzę szans na bieganie w jakimkolwiek cyklu. No bo i jak, plan gotowy a później okazuje się że zamiast na imprezę trzeba zostać z dziećmi. Że mniejsza motywacja do treningu? Tak czy inaczej w skali względnej w której motywacja Henryka Szosta po zmianie trenera wynosi 100 to ja mam jakieś 0,12, przy pełnej stabilizacji skoczyłoby mi na jakieś 0,18. Coraz częściej czuję się jak członek zespołu z komuny Otwock. Na jakiejś imprezie zobaczyłem plakat – lista zespołów jakiś z Berlina inny z Płocka, ktoś z Warszawy i na koniec „Zespół komuny Otwock (jeśli dojadą). I jakoś tak się czuję – może pobiegnę na Skorpionie, jeśli uda mi się tam pojechać.
O jednym ze znamienitszych biegaczy na orientację mówiło się że zostawił gdzieś na krzakach jaja. Biegał dobrze, jak trzeba było utrzymać sztafetę na trzecim miejscu, a za sobą miał trochę luzu, dawał radę. Z zasady był w dziesiątce na Mistrzostwach Polski i generalnie było w porządku. Ale brakowało mu jaj żeby wyrwać jeszcze trochę. I na treningu też chyba było trochę za bardzo letnio. Nie miał genów wyczynowca, przynajmniej jego głowa nie miała. Mam wrażenie że tego mi właśnie brakuje.

Na dziś plan jest taki że w niedzielę potruchtam w Parku Skaryszewskim, a później zobaczymy. Moja polonistka na pytanie jaki to jest czas „ja planuję” zwykła była odpowiadać – stracony.



09:47, wojtek_wanat
Link Komentarze (4) »