RSS
niedziela, 31 grudnia 2017
SIĘ ODOBRAZIĆ

Obrażalski jestem, fakt. Jak się już na coś czy kogoś obrażę to trudno jest mi się odobrazić. Tak ma z biegami. Kilka lat temu obraziłem się na jeden bieg i jakoś nie potrafię się odobrazić do dzisiaj. To znaczy nie mam zamiaru w nim startować, choć mam z nim trochę dobrych wspomnień.

Czemu coś mi się podoba, coś lubię, a czegoś nie? Najczęściej przyczyną są wspomnienia, skojarzenia. W takiej sytuacji nadobną sprawę być może powinienem na dobre zawiesić buty na kołku, Ale podobnie jak z innymi obszarami i ten powoli odzyskuję.

Są jednak skojarzenia inne niż te moje do głębi osobiste, sprawiające, że na ten czy inny biega raczej nie pojadę. Jest taki bieg w Warszawie, który omijam szerokim łukiem i raczej tak pozostanie.

Rzecz miała miejsce kilka lat temu, na tyle niedawno, że nie byłem już na tak zwanym topie, to znaczy wyraźnie zaczynał się proces zwijania. Ale na tyle nie dawno, że nie tkwiłem w mule kompletnego dna, w którym byłem jeszcze rok temu a teraz mam wrażenie, że powoli się od niego odbijam. Ergo biegałem słabo, ale nie beznadziejnie.

I podczas tego biegu zdarzył się cud. To znaczy wygrałem tam kategorię masters, czy inna weteranów. Ale, żeby było jasne, byłem na tyle słaby, że kompletnie nie dopuściłem do świadomości, że mogę cokolwiek wygrać, zwinąłem się z imprezy błyskawicznie i dopiero w domu, na zdjęciach zobaczyłem, że puchar za wygraną w masterach odbiera zawodnik, który linię mety przekroczył za mną. Niewiele, ale zawsze.

Napisałem do firmy obsługującej bieg, odnotowali zmianę iw wynikach znalazłem się już, jako ten pierwszy. I nic.

Czego bym oczekiwał? W wariancie ekstra organizator na stronie zamieszcza przeprosiny i zauważa, że w związku z błędem firmy mierzącej czas mylnie nagrodzono zwycięzcę, przysyła lub podrzuca przy okazji jakieś nagrody. Największą atrakcją la mnie w takich sytuacjach wyjście na podium i błysk fleszy (żart, z fleszami).

W wariancie minimum zwyczajny mail – cześć stary, głupio wyszło, przepraszamy, postaramy się na przyszłość nie zawalić sprawy.

I co? I brzeńco. Nikt, pies z kulawą nogą, ani nawet sam pan kierownik biegu (nie Hiu, ten by się zachował przyzwoicie) nie napisał, nie zadzwonił, nie odezwał się. Pozostało mi stwierdzić – walcie się na ryje – i omijać tą imprezę szerokim

09:18, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 grudnia 2017
JAK UKRAŚĆ BIEG

Bieg, to niby coś całkiem sporego. Okazuje się, że jeśli się postarać, to całkiem spokojnie zawinąć bieg. Bo bieg to spora baza uczestników, to renoma, także spore potencjalne zyski. Szczególnie teraz, kiedy biegi w dużych miastach sprzedają się na pniu.

Byli grupą kumpli, razem jeździli na biegi, niby nie osiągali jakichś mega wyników, ale mieli z tego sporo radości. Co logiczne z czasem zaczęli organizować bieg. Na początku wieku biegów było mniej a zgromadzenie na starcie choćby tysiąca uczestników było nie lada wynikiem. Znacznie łatwiej było także zadowolić uczestników. Nikt nie zastanawiał się jak zorganizowany jest start, czy są i jak pilnowane są strefy startowe, jak przepływ uczestników na mecie.

Bieg rozwijał się, bo odbywał się w dużym mieście a samo miasto leżało w centrum rozbieganego jak na tamte czasy regionu. Ale przede wszystkim robili go ludzie z pasją z własnymi doświadczeniami, wiedzą na temat biegów i własnymi pomysłami. I lubili się nawzajem, chętnie ze sobą współpracowali. Idylla jednak nie mogła trwać bez końca.

Z czasem rosła liczba startujących. Przypomnę, kiedy jeszcze w Warszawie był bieg Po ZOO tysiąc pakietów rozchodził się w cztery i pół minuty. Duża liczba uczestników przekłada się na odpowiednio duże zainteresowanie mediów sponsorów i wpływy do kasy.

W pewnym momencie jeden liderów przejął bieg, zaczął go organizować przez własną firmę, później fundację. Przejął markę, znak towarowy, także kilkunastoletnią tradycję. W przyszłym roku bieg po raz drugi odbędzie się pod starym szyldem i nową firmą. Uczestnikom to nijak nie przeszkadza. Kolegom współtworzącym bieg pewnie tak, ale przecież nie pójdą z tym do sądu, bo szkoda czasu i pieniędzy. W sumie to ich rozumiem, też bym wolał polecieć długie wybieganie.

Byli grupą kumpli, razem jeździli na zawody, razem od zera stworzyli świetny bieg z klimatem. Skończyło się, kiedy okazało się, że na biegu można nieźle zarobić.



20:35, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 grudnia 2017
DZWONECZKI

Tego obrazka nie widziałem, słyszałem o tym. W Szwecji po kolacji wigilijnej ludzie mniej więcej o tej samej porze wychodzą biegać. Przy dresie przypięte mają dzwoneczki. Słychać jak zbierają się małe grupki, z czasem całkiem spore grupy. Dla mnie bieganie w Wigilię zawsze było jakimś problemem. Moja mama twierdziła, że chociaż w taki dzień mógłbym sobie odpuścić. Z drugiej strony jaka Wigilia taki później cały rok.

Jutro wyjdę pierwszy raz od września na dłuższe wybieganie. Nacieszę się Laskiem Bielańskim, może dotoczę się nad Wisłę, zobaczymy na ile wystarczy mi to półtorej godziny. Poranne bieganie w Wigilię to był taki maleńki festiwal.

Bieganie jakoś mi się łączy z myśleniem. I w tym szczególnym dniu układa mi się ostatni rok, przyszywa się do poprzednich. Jest czas rachunku sumienia. Tak sobie myślę, że sporo będę mógł sobie zapisać na plus.

Tak na marginesie – mocno przestawiłem sobie trening. Zszedłem z kilometrów na rzecz szybciej bieganych odcinków. I choć dzienniczek treningowy wygląda u mnie jak za juniora: trener po przejrzeniu stwierdził – tego się spodziewałem dzień piłeś drugi trzeźwiałeś i dwa dni na trening, to czuję postęp. To znaczy po trzech latach wróciłem do odcinków 70/20 (70 sekund odcinka, 20 przerwy) i 4/1 (w minutach). W sumie na schłodzenie i rozgrzewkę wychodzi mi maksimum 15 minut. Ale to tak, żeby się pochwalić.

W Wigilię to był taki maleńki festiwal, duży przychodził w Sylwestra. W Sylwestra wychodziłem przez lata około 20. Tak na dwie godziny ciągłego. To jak zacichało miasto, jak ostatni spóźnieni imprezowicze dojeżdżali na miejsce. I kilka obrazków, młoda kobieta kończąca nakrywanie do stołu widziana przez wielkie kuchenne okno, padający gęsty śnieg, zdziwione oczy kogoś wbiegającego do klatki schodowej.

To przedziwne jak mi się życie przeplata z bieganiem.



13:54, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 grudnia 2017
O PORANKU

Taki obrazek a właściwie to cała ich seria przeleciały mi przed oczami w czwartek. Zresztą na stare obrazki nakładały się aktualne. Taki urok biegania o szarówce po Łazienkach.

W czwartek musiałem wyjść o zbójeckiej porze, bo koleżance zachciało się chorować i ktoś musiał pouczyć jej dzieciaki. Jeśli o 8.15 muszę wejść do klasy to odpowiednio wcześniej wychodzę z domu, to i wcześniej kończę tupanie i tak dalej. No, więc wyszedłem nawet nie o szarówce a właściwie to o pełnym mroku. W Łazienkach latarni brak, a mnie nie chciało się tupać do Arkadii, więc niech już będą te Łazienki.

Lecę, do bramy od strony Gagarina mam cztery minuty, plus to, co muszę odstać na światłach. Wbiegam do parku, pierwsza alejka równoległa do Gagarina, jeszcze wpada trochę światła z ulicy, ja zastanawiam się czy Gagarina też zdekomunizują i powoli przenoszę się w lata dziewięćdziesiąte. Byłem wtedy też panem nauczycielem i także nie byłem w stanie usiedzieć na lekcji i w efekcie, jeśli na trening to tylko rano. Na studiach dbałem, żeby nie mieć zajęć przed dziesiątą. A tu nagle wstaję i o piątej – szóstej zaczynałem trening. Prawie pięć minut po oświetlonym, później wchodziłem do lasu. Biegałem na czterokilometrowej pętli leśnymi drogami. Bez czołówki, ale wzrok spokojnie przyzwyczajał się do widzenia. Później z czasem powoli podnosił się brzask, las nasycał się kolorami. Budziły się ptaki. Z miesiącami ranek przychodził coraz wcześniej i wychodziłem już o świtaniu.

Łazienki nasycały się kolorami, po alejkach snuły się kaczki, pawie spały. Pora roku taka, że wszystko szare, ale w sumie lubię ten czas. Ma swój urok. Któregoś roku o tej porze już wychodziłem na dwa treningi i jakoś tak zorientowałem się, że bagno pachnie inaczej o brzasku i o zmierzchu.

Tupię te swoje odcinki, przypomina mi się jeden z moich trenerów powtarzający, że jak się biegnie to się biegnie a jak się truchta to można i iść. No to i biegnę, i truchtam. Cieszę się, że mogę wychodzić o szóstej, ale gdzieś jest myśl, że z czasem będzie coraz wcześniej, bo treningi coraz dłuższe.

Poranek na Brzózkach, lubię to wspomnienie, nie lubię miejsca. Ranek w marcu, w nocy padało i był mróz, nadal jest. Przebiegając pod szpalerem brzóz słyszę dźwięki buddyjskich dzwonków. Staję, cofam się. Gałęzie oblane lodem uderzają o siebie. Parzę na lewo, nad zasuszonymi nawłociami wstaje słońce. Chce mi się krzyczeć z radości i krzyczę.

W Łazienkach to sobie nie pokrzyczę, co jakiś czas mijam strażnika, Ale z drugiej strony bywały takie dni, że z powodu dmuchaw do przewiewania liści i podnoszenia pyłów na ulicy było ciszej niż w parku, więc może sobie pozwolić? Jest sporo biegaczy, ludzie przychodzą do pracy. Powoli nasycają się odcienie szarości i burości wielorakiej.

A przed oczami (i uszami) wielkanocny poranek koło Głoskowa, gdzie słyszałem śpiewane przez ludzi wędrujących do kościoła religijne pieśni, wschód słońca w Owczarni i bieganie po kwitnących konwaliach.

Czas kończyć w weekend polatam w Lasku Bielańskim, już się cieszę, przebiegam przez skrzyżowanie. Czas do pracy.



06:21, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 grudnia 2017
KRÓTKI WPIS I NIEBIEGANIU

Wstałem, ubrałem się na trening, usiadłem i napisałem wpis na innego bloga, wykąpałem się i wychodzę.

Tyle, że poza tym mam postęp, nie mam wyrzutów sumienia i wiem, że jutro sobie potupię.

Bo lubię sobie pobiegać, ale i lubię sobie popisać.

09:33, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »