RSS
czwartek, 24 marca 2011
Buty z Lidla

SMSa dostałem w momencie kiedy rozpakowywałem zakupy. Na stole leżały: pieczywo, indyk, warzywa, owoce i makaron, pod stołem pieluchy. Jeszcze leki, bo żona ciut przeziębiona a w sobotę startuje w Sobótce. Pisał do mnie Jan – mój stały, chyba, rywal. Na Skorpionie drugi, na RDSie pierwszy. Pisał:
W Lidlu są buty, właśnie kupiłem dwie pary. Do zobaczenia Janek.
Odpisałem – Ja kupiłem jedną, jak będą dobre kupie drugą.

Lidlowe buty spopularyzował Michał Smalec, znany biegowy nonkonformista, w wywiadzie dla Bieganie.pl stwierdził że to dobre, lekkie buty. Od tego czasu zastanawiałem się jakie też są te legendarne lidlowe adidasy. I kiedy zobaczyłem że dziś w sklepie pojawią się akcesoria do biegania wiedziałem że tam będę.

Żona fachowym okiem wielokrotnego testera butów biegowych stwierdza – dobra guma, będzie dawała przyczepność, lekkie, tylko ta pianka pod piętą trochę sztywna. No tak but dla zawodników z troszkę wyższej kategorii wagowej, ale jeśli pobiegam w nich troszkę to będą w porządku. Nakładam na nogi i słyszę
- Stary weź wynieś śmieci.
Kiedy idę posuwistym krokiem w kierunku śmietnika czuję delikatną miękkość. Tak jeśli chodzi o wyrzucanie śmieci są fantastyczne. Wychodzę na trening.

Pod piętą faktycznie ciut sztywno, ale poza tym super, spokojnie przenoszą ciężar i biegnie się w nich lekko. Wymuszają bieganie raczej ze śródstopia niż z pięty, to takie buciki raczej do szybszego tupania niż wycieczkowe człapaki. Co ważne pełny komfort jeśli chodzi o stabilność. Ani na moment nie zachwiałem się, nie posliznąłem.

Jak nic lecę jutro po druga parę, jak żona poleci dobrze Ślężański, to też jej kupię, a co! Ciepło myślę o Janku i o klimacie pięćdziesiątek. Niby ścigamy się i jesteśmy rywalami na śmierć i życie (raczej życie) ale jest coś ciepłego w tym że pamiętał ten kawałek naszej rozmowy z drogi, bodaj do Krasnobrodu o Michale Smalcu i butach z Lidla. Zreszta takich klimatów jest tu więcej serdeczność i życzliwość Huberta Puki w Ulanowie, Ula Wojciechowska i jakaś taka swoista aura, którą roztacza, Paweł Pakuła chcący pożyczyć mi rękawiczki w Mińsku. Dobrze mi w tym środowisku, może nawet za dobrze….

Dostałem jeszcze jednego SMSa:
Trening już jeden zrobiłem, całkiem dobre, trochę piętę obtarły, ale tak mam z nowymi butami zanim się z tyłu nie dotrą.
Odpisałem
- A ja bez strat, jutro lecę po drugie.

 

niedziela, 20 marca 2011
Zaliczone

Mam to już za sobą. Mam za sobą Rajd Dolnego Sanu i pierwszą porażkę. Po raz pierwszy udało mi się także skończyć pięćdziesiątkę poniżej sześciu godzin. Zaliczyłem komplet.

Jakoś niespecjalnie pasowało mi że na kolejnych imprezach byłem traktowany jako naturalny faworyt. Rzeczywiście wcześniej z zasady łapałem się na miejsca w trójce, ale te kilka godzin walki to jednak kawał drogi.

Do Ulanowa przyjechałem z pewnymi przygodami. To znaczy wydawać by się mogło że drogę miałem usłaną różami, ale jakoś tak to wszystko było nie tak. Coś niedobrego działo się w moich kiszkach, odmawiały przyjmowania pokarmu. Obiad zjadłem symboliczny, jego główną atrakcją było miejsce – barek nieopodal zamku w Lublinie. W nazwie Piotruś Pan. Klimat stałej klienteli, rozmawiającej na intelektualne tematy. Jeśli będę kiedyś w pięknym mieście na L z całą pewnością tam wpadnę.

Na kolację chyba nic nie zjadłem, nad ranem moje kiszki eksplodowały i zaczęło się. Przywieziony zapas Loperamidu okazał się być zbyt szczupły. Śniadanie wcisnąłem zbyt słabe, wody miałem w organizmie symboliczną ilość, wszystko było nie tak.

Poza tym moi rywale zdecydowanie nie potrafili się zachować. Zamiast położyć się i poczekać aż przebiegnę i oddalę się na bezpieczną odległość zaczęli napierać, ścigać się i tyle ich widziałem. A ja nie miałem energii żeby cisnąć. Trochę jakbym czekał, że sami się obsłużą (czytaj pójdą w buraki). A oni nie, ani się nie położą, ani nie zabłądzą, to jak to w końcu jest – jestem faworytem czy nie?

Fakt niewiele miałem, ale i tego nie dałem jak trzeba, nie potrafiłem się porządnie wyjechać i to taka lekcja na następny raz. A w temacie odrzutowych właściwości moich kiszek – jak ktoś nie potrafi zadbać o takie rzeczy nie powinien startować.

Sama impreza nieco inna od oczekiwań. To znaczy nawigacyjnie trudniejsza niż się spodziewałem. Nie żeby były to jakieś straszliwe misterności, ale było na czym się potknąć. Trasa z kilkoma cudnymi obrazkami. Maleńka chatynka w Gliniance, taka jak z bajki – drewniana z maleńka stodółką i furtką na haczyk, kilka obrazków z lasu, znak uwaga na niebezpieczny zakręt na ścieżce pomiędzy krzakami, w miejscu gdzie i rowerem trudno pojechać, dla krów chyba ten znak.

I jedna charakterystyczna rzecz – totalny brak profesjonalizmu. Na przykład, nie ma w bazie rozkładu jazdy. Profesjonalny organizator wywiesza rozkład i mówi (nawet nie mówi, daje do zrozumienia) martw się sam. A tu rozkładu brak. Za to na pytanie o możliwość wydostania się z Ulanowa, zaczyna się wielkie poszukiwanie połączeń, zakończone konkluzją, że Hubert zawiezie mnie na stację w Rozwadowie. Tak nie robi profi. Profi robi dokładnie to, co musi, wychodzenie poza to jest niewskazane, bo swoją drogą ma wiele obowiązków i nie ma jak.

Może to i jest amatorka, więcej, z całą pewnością jest, ale chyba wolę tak. W pełnym profesjonalizmie często gubi się dusza. Z radością pobiegnę za tydzień tydzień Warszawie, bo to jest w mojej opinii najlepiej zorganizowane imprezy w Polsce, pełna profeska i wiem że ludzie chcą zobaczy w nich dziury. I rzeczywiście nie można wygrać w kategoriach suszarki ani wylosować skutera. Ale jest piękna trasa, dokładny pomiar czasu, super oprawa. Organizatorzy nie dopisują nikogo do wyników, kapele grają do końca i dla wszystkich wystarcza napojów. Nie wiem czemu ciągle czepiam się do Poznania. Ale w Ulanowie było coś czego w warszawce tak bardzo nie widać, serce organizatora. W Warszawie jest może tyle samo serca, ale rozkłada się na 4000 a nie na 100 osób.

Na ten czas w duszy mi gra to, ale w maju Dymno i może czas zacząć trenować bardziej konkretnie. Jak nie chcą się kłaść trzeba będzie się ścigać.

 

09:31, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »
środa, 16 marca 2011
Do Ulanowa (przez Radzyń)

Jak co cztery tygodnie, walka ostatnich dni. Bolało, prawie przestało, za wcześnie zacząłem biegać, coś innego boli. Jeden z uczniów zapytał mnie „Co pana boli w tym tygodniu?”. Z drugiej strony może to lepiej, bo bez tego pewnie bym się zajechał, a tak pobiegnę na luzie. Chcę czy nie organizm odpocznie.

Z moim startem na RDSie to była zabawna historia. Nie miałem w planie startów na pięćdziesiątkach przed majem. Ale po pierwsze w zeszłym roku na RDSie była tylko trzydziestka, po drugie….

W listopadzie zadzwoniła do mnie pani z biblioteki w Radzyniu Podlaskim, byłem zaskoczony bo z tego co pamiętałem nie zalegałem tam z oddaniem żadnej książki, ba nigdy tam nie byłem. Pani potwierdziła moje podejrzenia, nie zalegam. Zaprosiła mnie na zajęcia dla młodych ludzi o narkotykach. Czasem jeszcze ciągle to robię (jeśli ktoś sobie o mnie przypomni, bo nie reklamuję się specjalnie). I pomyślałem że czemu nie, tak po drodze na RDS. I tak się umówiliśmy – w piątek Radzyń w sobotę RDS. Pani miała potwierdzić i tyle.

Nie powiem że zapomniałem, ale brak sygnału był dla mnie sygnałem że pani nie dostała na mnie kasy, czy coś takiego, trudno sie zresztą dziwić. Nie dzwoniła żeby dowiedzieć się kiedy ten RDS czy jak to sie nazywa. Pojechałem (wbrew założeniom) na Skorpiona, nie żałuję, ale cenę płacę do dzisiaj (może za swoją głupotę, nie za Skorpiona), no i teraz ten RDS, mimo że pięćdziesiątka a tydzień później Najfajniejszy Półmaraton Świata. Umówiłem się z Jankiem L. (moim potencjalnym pogromcą) na wyjazd i w poniedziałek zadzwoniła pani z Radzynia.

I będzie tak – w piątek, bladym świtem do Radzynia, zajątka (uwielbiam ten teatr jednego aktora, choć drenuje z energii), autobusidłem do Lublina i dalej już z Janem.

Zastanawiam czy nie powinienem zapisać się do teamu Bolimnięnoga, czy raczej do Zbitadupa, ale może jednak będzie dobrze, później będzie czas na lizanie ran i szykowanie się do Dymno i do wakacyjnych pięćdziesiątek.

I na szczęście jak nie miałem specjalnych obaw jeśli chodzi o ten Ulanów, to teraz po problemach z nogą (ciągle to ta sama pechowa prawa) troche się boje. I bardzo dobrze.

I mam cały czas w głowie to

A mój zdebilały słownik, cały czas zamienia mi Radzynia na radzenia, podobnie jak milanowski na limanowski

09:04, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 marca 2011
W rodzinie

Kiedy w domu biegają dwie osoby zaczyna być trudno, szczególnie kiedy są jeszcze dzieci, a babcie nie znajdują się na wyciągnięcie ręki. Normalnie człowiek buduje trening na zasadzie co po czym pasuje i jaki ma być efekt. U nas trzeba uwzględnić jedną rzecz – ile czasu nam to zajmie i o której musimy być po wszystkim. Gdyby zderzały nam się długie treningi byłoby trudno.

Większość biegaczy – amatorów tak zwane długie wybiegania robi w niedzielę, my dłuższe treningi biegamy dwa razy. Teoretycznie powinny to być niedziele i czwartki lub środy ( w zależności jaki akurat realizujemy cykl). No tak, ale jak by nie liczyć to dwa długie wybiegania plus zakładka – trzeba wyjść z domu, pokonać kilka kondygnacji, przed wyjściem zdać dzieci – powiedzieć czy jadły, czy spały, czy coś się nie dzieje – w sumie wychodzi jak by nie patrzeć pięć godzin. A jeśli chcę wyjść do tak zwanej pracy o dziesiątej (pierwszy kogut) i potrzebuję około godziny od pobudki do wyjścia (starość, kiedyś i pół godziny było dość) okazuje się, że trzeba wstać o czwartej. Obowiązuje zasada - kto pierwszy wychodzi po bieganiu, ten pierwszy wychodzi na trening.

To ja już wolę tak jakoś wymyślać trening że jak ja długi to Kasia krótszy i na odwrót. Jasne, najlepiej by było długi do regeneracji i średni do średniego. Już kilka razy stawałem przed podobnymi problemami – na przykład, jak korzystając z instrumentów platońskich (linijka i cyrkiel) zbudować kwadrat o takim samym polu jak dane koło. Generalnie ćwiczymy się we wczesnym wstawaniu i funkcjonowaniu przy braku tego czy owego. Jeden z moich znajomych stwierdził że stara się przespać po cięższym treningu. Ja na to że staram się spać chociaż pięć godzin na dobę. Rano czasem wyglądam jak Joe Giddeon tyle że rozpuszczam witaminę C a nie alkaseltzer, no i nie siekam tabletek deksamfetaminy. Tylko czekać jak stanę przed lustrem i powiem „ t’s show time” (żona zabije mnie za ten tekst).

Moja specjalistka od odnowy i fitness nakazała mi korzystanie z kijka, za dużo do gadania to w tej materii nie mam. Generalnie w domu to ja za dużo do gadania nie mam. Korzystam grzecznie stwierdzam poprawę.

Zostało jeszcze niespełna 9 dni do RDSu i o osiem więcej do Półmaratonu Warszawskiego. Warszawskiego jakkolwiek nie traktuję biegania na asfalcie poważnie to jestem tym drugim faktem niezwykle podniecony. Wczoraj przechodziłem pod oknami za którymi rodziły się moje robale, za te siedemnaście dni pod nimi przebiegnę.

A RDS? Cóż jak to powiedził przed którymś maratonem Emil Zatopek - panowie dzisiaj odrobinkę umrzemy. I mogę udawać że tego nie lubię.

13:15, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 marca 2011
Bardziej wartościowe

Dostałem wczoraj list od Magdy Lusy. Co prawda w postaci oscylujących elektronów, ale jakoś skłonił mnie do refleksji. Napisała że do mojego biegania cała jej grupa się nie umywa.

Zastanawiam się skąd jest taka hierarchia? Owszem, kiedy przyjechaliśmy na Skorpiona usłyszałem – o główny faworyt przyjechał. Nie jest to dla mnie specjalnie przyjemne. Stajemy razem na starcie i razem mierzymy się z trudnościami. Mam poczucie, że mnie to mniej kosztuje. Wiec to co osiągają inni jest bardziej wartościowe, więcej mogą przy okazji przeżyć, wchodzą w coś co Jaspers określił jako sytuacje graniczne.

Ich radość związana z pokonywaniem trasy jest dłuższa. Owszem w ostatecznym rozrachunku ja wcześniej jestem w domu, ale czy to jest aż takie ważne? Jedni mają więcej zdrowia. Lepsze predyspozycje, innym mniej tego jest dane.

Owszem ileś swojego zdrowia wypracowałem, ale biegam nie po to żeby wygrywać. Biegam, bo sprawia mi to radość, jeżdżę na zawody żeby spotykać się z ludźmi i mierzyć się ze swoją słabością, żeby przeżywać chwile ekstremalne. A czy to co robię, co przeżywam jest bardziej wartościowe od tego co dzieje się z ludźmi idącymi tą sama trasę dwa razy dłużej? Wątpię.

07:22, wojtek_wanat
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 07 marca 2011

Zostały dwa tygodnie a ja zamiast trenować dwa dni poświęciłem na lizanie ran. Mógłbym napisać, że misterny plan przygotowań runął, ale po pierwsze nie było żadnego planu i po drugie to wynik mojej głupoty.

W czwartek trochę bolało, ale nieźle kręciła mi się noga, poza tym miałem na piątek plan treningu „użytkowego” – to znaczy biegam, ale przy okazji coś tam załatwiam. To znaczy w tym przypadku zwiedzam z pewną intencją miasto. I zamiast dać sobie spokój, albo jak już poczułem na początku opór, potupać chwilę, dałem sobie spokój po prawie dwóch godzinach (taka głupota – jeszcze tylko tam zajrzę). I w południe już ledwo łaziłem, a w sobotę było niewiele lepiej.

To prosty efekt tego ze jestem sztywny, że nie rozciągam się na bieżąco. Może pomógłby mi też kijek. No i zamiast da sobie troszkę więcej luzu po Skorpionie, zacząłem ciosać cos szybszego. Takie wymuszone wyluzowanie – organizm jak zawsze jest rozsądniejszy ode mnie – jest chyba tym co powinienem zrobić. Teraz delikatnie znaczne biegać (jeśli się powstrzymam) i do przodu.

Do Ulanowa pojadę chyba znowu z Jankiem Lenczowskim, w ten sposób mamy szansę wrócić na noc do domu, co jest nie do pogardzenia w sytuacji, kiedy ma się małe dzieci. I teraz zaczyna się.

Kilka dni temu zastanawiałem się czy nie spróbować pocisnąć na RDSie tak, żeby wreszcie skończyć poniżej sześciu godzin, teraz nie wiem. Wszystko zależy od dyspozycji dnia i tego jak wiele błędów zrobię. Z drugiej strony jest tylko siedem punktów, przy szybszym biegu i jakimś prawdopodobnym wtedy błędzie, idzie się na dobre w buraki. Bo o tym, że coś jest nie tak dowiem się nie po czterech, ale po siedmiu kilometrach ( a pewnie więcej).

Na ten czas wyglądam za okno, patrzę na prognozę pogody i zastanawiam się co zrobić żeby zyskać choć trochę gibkości.

07:37, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »