RSS
sobota, 30 marca 2013
WIELKANOC

Wielkanoc - czas kiedy wszystko budzi się do życia.

We wszystkich kulturach na ten sam czas przypadało święto przebudzenia do życia. W katolickiej Wielkanocy zmartwychwstania Boga.

Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień. Wywodzi
Z nieżywej ziemi łodygi bzu, miesza
Pamięć i pożądanie, podnieca
Gnuśne korzenie sypiąc ciepły deszcz.
Zima nas otulała i kryła
Ziemię śniegiem łaskawym, karmiła.

T.S Eliott

Wszystkim, którzy tu zaglądają życzę pamięci i pożądania w stosownych do wieku proporcjach.

A sobie i swoim rywalom, żeby mi wreszcie jaja odrosły. Bo to Wielkanoc i będzie ciekawiej.

08:40, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 marca 2013
Trzy litery

Trzeci raz pojechałem na RDS. To impreza na której bez względu na formę lubię sobie przegrać. Co ciekawe – kiedy przez cały rok byłem w czołówce na RDSie byłem piąty, kiedy rok później z trudem łapałem się w dziesiątki byłem tu czwarty. A więc bez względu na formę jestem na Dolnym Sanie skazany na porażki. Ale przyjeżdżać tu będę.

No więc jedziemy. Decyzja zapada w piątek około 19. Janek w zasadzie dojechał, droga jest możliwa do przebycia, dzieci chrychają, ale taki już ich dzisiejszy urok. Decyzja podjęta – jedziemy do Gorzyc. Co prawda od Skorpiona mało co biegałem, ale jakoś tak poleciałem cztery kilo w dół, to w jakiś sposób poprawia moją sytuację ale poza wszystkim trzeba biegać. Biegowo kiepsko a RDS to impreza raczej biegowa niż nawigacyjna, więc raczej nie widzę większych szans na większy sukces. Lubię RDS, przede wszystkim dlatego, że lubię Huberta.

W Gorzycach jesteśmy przed północą, lokujemy się w kącie w zestawie dziecięco – rodzinnym. W sumie jest tu szóstka robactwa w tym rówieśnica Wisi – Maja. Najmłodsze raczkuje, jest łóżeczko dla niego i sporo zabawek. Jemy, robale padają trochę gadamy – jest sporo osób które kojarzymy, jest sporo tematów.

Klimat imprez w tym rodzaju bardzo mi odpowiada – kameralnie, bez napinki, spokojnie – co idą tamci biegną w sumie nie ma różnicy. Chwila z Ulą, kilka zdań z Bartkiem i Jankiem, wieczór jest za krótki.

Ranek jak to ranek – szybkie wcinanie, pakowanie kalorii, uzupełniam płyny, tankuję do bukłaka wrzucam batonika szukam tego i owego. Wrzucam stoperanek (do gardła) po drugiej wizycie w toalecie okazuje się, że wszyscy gdzieś pobiegli jakieś dziesięć minut temu. Powoli ruszamy.

Po prawie godzinie tupania szosą skręcamy w mniejsza drogę, jest śnieg, nie ma ciężarówek, pierwszy punkt (15) łapiemy chwilę po Janku Gracjaszu i chwilę przed Jankiem Lenczowskim, tyle że ten drugi złapał już 16. Teraz do mostu, przez San i dreptanie po wale. Ale najpierw przez śniegi w krzaczorach. Wał był na mapie na tyle blady, że nie zwróciliśmy na niego uwagi. Znajdujemy słup dalej po wale na następny punkt i tak dalej i tak dalej.

Po drodze jest sporo czasu na rozwiązywanie problemów małżeńskich, dyskusje, szukanie kompromisów, planowanie przyszłości.

Na trasie jest pięknie – śnieg, pod śniegiem błoto, trochę zasp. Jakieś stawy. Z trzynastki przy rowie lecimy na osiemnastkę, trafiamy w ciemno, pozostaje nam jeszcze szesnastka. Ciągniemy nogi za sobą, drepczemy po szosach wleczemy się przez śnieg znajdujemy szesnastkę, przebijamy się do bazy.

Na trasie jesteśmy ponad osiem godzin, dzieci żyją, bawią się. Zgodnie z oczekiwaniami jest już Janek i Sebastian Reczek, który wygrał pięćdziesiątkę. Nie ma Bartka, w bazie jest za to sporo obaw o niego.

Przegraliśmy tym razem niecałe półtorej godziny. Kilka chwil po nas wpada Bartek – zamieszał się na osiemnastce.

Szorujemy się jemy ciepłe żarciuszko, zbieramy się. Szkoda że jutro nie mamy całkiem wolnego dnia, trzeba wracać.

Dlaczego lubię RDS? Bo ma klimat, bo jest w nim wiele serca i tego czegoś, co jest ważniejsze niż tak zwany profesjonalizm. Trasy były w jakieś mierze po asfalcie (nie lubię tego) nawigacja była umiarkowanie trudna (nie lubię tego). Ale tak czy inaczej za rok postaram się być znowu nad Dolnym Sanem. Bo to impreza która ma w sobie to coś.

I jeszcze dwa słowa na temat Pana Kierownika. Można wrzucić do gara kurczaka, wołowinę, włoszczyznę i rosół wyjdzie bez smaku. Przyprawić trzeba. I taką przyprawą na RDSie jest Pan Kierownik. Bez bazy, map, tras posiłku nie byłoby imprezy, ale bez Hiu wszystko to byłoby bez smaku.

A poza wszystkim to zacznę biegać.

Od jutra.



09:14, wojtek_wanat
Link Komentarze (1) »