RSS
wtorek, 28 marca 2017
REKORD

No i mamy zamieszanie z rekordem Polski. Karolina Nadolska, pobiegła w Poznaniu w rewelacyjnym czasie, wygrała bieg pokonując kolejną na mecie Kenijkę o cztery minuty no pokonała barierę 1.10. Trasa miała atest, spełniała wymogi regulaminu w czym w takim razie rzecz?

Impreza nie znalazła się w kalendarzu PZLA i jak donoszą Internety nie było na niej sędziów PZLA. Słychać szum, jakie to PZLA złe, jakie to bagienko. Nikt nie patrzy na to z punktu widzenia zasad. Popatrzmy na to tak: Jest mecz, dajmy na to zwykły sparing. Na stadionie Legii pojawia się Barcelona. A mecz prowadzi wybitny specjalista, Stefan Warenicki z Boguchwały. To nic, że nie ma licencji, bo znakomicie zna przepisy, świetnie widzi wszystko i kondycyjnie przygotowany. Jednym słowem kompetentny we wszystkim. A ta licencja to przecież niepotrzebna formalność, takie czepianie się PZPNu. Pierluigi Collina poprawia włosy, które stanęły mu dęba.

Zatrzymajmy się nad chwilę nad równie abstrakcyjnym przykładem. Zorganizuję z grupą nieformalną „Szurając inaczej” bieg na atestowanej trasie z Parkrunu Żoliborz bieg na 10 km, zaproszę wybitnego biegacza po schodach Karola Galicza, zmierzę dokładnie czas, moim znakomitym stoperem marki Komandir, napiszę wyniki, opublikuję je. I co rekord powinien być uznany?

I tu pojawia się to, co mnie szczególnie dotyka. Jest utyskiwanie na związek, ale nikt nie zauważa, że pewnych formalności jednak nie dopełnili organizatorzy. Czy mają one jakiś sens? Kiedy pisałem w 2009 tekst do magazynu Bieganie sporo czasu rozmawiałem z Januszem Rozumem, zajmującym się statystykami w PZLA i pokazał mi przynajmniej kilka przypadków sytuacji, w której sędziowie pokazali choćby błędy w pomiarach czasu. Zresztą, co robią sędziowie w tym tekście opisałem.

I tak jak jestem przekonany, że prawo, w którym karane jest posiadanie najmniejszych ilości narkotyku jest szkodliwe, to, jeśli ktoś je łamie to on ponosi odpowiedzialność za to, że miał i siedzi. Tak, jeśli ktoś organizuje bieg i ma świadomość, że może paść na nim rekord Polski to on powinien zadbać, żeby spełnione były wszystkie formalności niezbędne do tego rekordu uznania. To w takim razie do organizatorów z Poznania trzeba mieć pretensje, nie do PZLA.

Teraz absolutnie niezbędne okaże się jakieś rozwiązanie tego problemu, najprawdopodobniej związek ugnie się i jakimiś furtkami wepchnie ten wynik do tabel i jest dla mnie jasne, że nie powinno się karać zawodnika za niekompetencje organizatora. Być może za jego tumiwisizm, lenistwo, brak szacunku do zasad. Ale to będzie wyłącznie wynik dobrej woli działaczy związkowych.

Jasne, mogę bardzo wiele złego powiedzieć o funkcjonowaniu PZLA. Podobnie jak zresztą wielu związków sportowych z PRLu rodem. Cały system licencji, jako przepustek do imprez mistrzowskich na ten przykład, czy efektywność pozyskiwania środków pozabudżetowych. Ale w tym konkretnym miejscu warto powiedzieć – ciszej nad tą trumną.



06:43, wojtek_wanat
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 marca 2017
Szósta całość

Wiosna zaczyna się w Warszawie? Akurat! Wiosna zaczyna się w lesie, w Warszawie zaczyna się wiosenne bieganie.

W informatorze Jego Wspaniałość Dyrektor Wielkiego Biegu wspominał między innymi pierwszy Półmaraton, ale i to jak zmieniała się Warszawa i sam bieg przez ostatnie jedenaście lat. Jak by tak sobie dokładnie przypomnieć te wszystkie biegi, to choćby na pierwszym przy trasie widać było topniejące pryzmy śniegu a w którymś roku mróz był tęgi. Także z tą wiosną to ja bym był raczej ostrożny.

Trudno by mi było odpowiedzieć na pytanie, po co ja to robię? Najpierw, po co biegam, bo wygląda, że jest to okazja do poczucia, jak nie przymierzając Boguś Kołodziej słowiańskiego wkurwu. Jeśli dodam do tego, że jest on bardzo intensywny i skierowany w siebie to problem się pogłębia. Po co w takim razie biegam?

Niedzielny poranek, po sobotnim trzęsieniu ziemi spokojnie podążam na start. Z perspektywy grubasa, jakim jakoś nie potrafię przestać być te ponad dwadzieścia kilometrów to jednak sporo. Jasne ostatnio biegiwałem więcej, ale ciągle nie tyle ile bym chciał, potrzebował, do uwierzenia, że czas na poziomie 1.45 – 1.50 jest w zasięgu. Po refleksji (i skorzystaniu z toalety) decyduję ustawić się za grupą na 1.50, ale przed Spartanami. Jakoś nie mam ochoty na mijanie ich dzid.

Poprawiam swój opięty bluzą salcesonik na głowie żółty buff w rybki i sówki w sercu mieszane uczucia. Bo super w tym tłumie, później się będę złościł, ale teraz stoimy i jest mi z tym dobrze. Już dawno poleciał Sen o Warszawie, podekscytowany spiker wymienia kolejne grupy mijające linię mety, pomagająca mu spikerka przypomina, że start jest dalej i tam lepiej uruchomić stoper. My stoimy, przez chwilę ruszyliśmy truchtem, później idziemy. W zasadzie to nigdzie mi się nie spieszy, nikt nie lubi iść na egzamin ze świadomością, że idzie tylko po dwóję.

Był czerwiec 1985 i szedłem na egzamin z fizyki. Szedłem, bo to był już ostatni dzień i jak bym nie poszedł to bym dostał dwóję dziekańską, więc raczej tak dla formalności, bo a nóż się uda. Przed nami zdają trzej koledzy, wychodzą zbombardowani, bo wynik 2, 2, 3. Ale Krupa, który nas uczył fizyki w szampańskim humorze, więc coś jest nie tak. Wchodzę z koleżanką, słyszymy tekst:

- Państwo we dwoje, to taki dipol, to proszę plusem do przodu. Państwo wolicie na kartkach, jak koledzy czy na gębę?

- Na gębę – przy takim nastroju Krupy to optymalne rozwiązanie.

- Co Pani miała z ćwiczeń rachunkowych?

- Trójkę.

- A u kogo?

- U dr Janowskiej.

- A to bardzo dobra trójka, a pan.

- Ja czwórkę, ale słabą.

- A czemu Pan tak sądzi?

- Bo u dr Pyżuka.

- A nie, to też, bardzo dobra czwórka.

- To ja nie rozumiem. I dr Janowskiej i u dr Pyżuka mocna.

- No tak, bo chłop chłopu nie naciągnie i baba banie też nie.

I się zaczyna, najpierw coś o oporze rozmytym, jakoś tak powoli przechodzi na Kadafiego i jego Zieloną Książeczkę, później siłą rzeczy Czerwoną Mao, jest trochę rozmowy o naturze ludzkiej i takie tam. Na koniec chwila o polaryzowalności cząsteczek i tym jak odkształcają się w polu elektrycznym. Bardziej potrzebna jest tu wyobraźnia niż znajomość choćby Praw Maxwella. Wychodzę z czwórką. Praw Maxwella nie znam do dzisiaj.

Po kwadransie dotaczam się do linii startu, nawet udaje mi się zacząć biec. Ciasno, Senatorska, Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat. Jakoś tak mi się kręci noga, ale strasznie ciasno. No i widać, że ludzie często ustawili się zdecydowanie za wcześnie na starcie. Bo jak inaczej tłumaczyć kolejne osoby, które toczą swój brzuch z godnością, albo i nie brzuch, ale swoją szczupłą osobę a z obu stron mijają ich kolejne osoby. Jasne, ja stanąłem za daleko, ale ogromna liczba osób, które stanęły, sam nie wiem, po co z przodu osłabia.

Ciasno? Wydawało mi się, że jest ciasno? No to w Łazienkach zobaczyłem, co to znaczy, że jest ciasno. Ramię przy ramieniu, od barierki do barierki. I jedno to pytanie czy koniecznie trzeba było akurat tam poprowadzić trasę. Po wyjściu na szerszą alejkę, którą zazwyczaj biegamy jest lepiej, później na Hopfera, znowu słabo. Druga sprawa, to fakt, że wiele osób biegło alejką szeroką może na pięć osób parami, trójkami w szpalerze i wyprzedzanie ich to była świetna łamigłówka.

Wracamy na Myśliwiecką i robi się lepiej, przestronniej. Przypomina mi się szmonces z kozą i z pełną radością biegnę. To znaczy jasne, wkurza, że wiele osób nie potrafi biegać, współpracować w tłumie, że większość zatkanych słuchawkami wsłuchuje się nie w siebie a w polecenia Psu, a przynajmniej tak mi się wydaje, ewentualnie w motywującą muzykę. I jak będzie przejeżdżać karetka, to będzie musiała przyjechać następna, takie wsobne funkcjonowanie. Ale poza tym było super. Trasa przez wiele pięknych miejsc, wiele radości i coraz więcej osób przy trasie. Muzyka, różne formy kibicowania, rosnąca temperatura, aż do momentu, kiedy musiałem odkryć czaszkę.

Dobra, od któregoś momentu dotarło do mnie, że nawet, jeśli nie pobiegnę szybciej niż w zeszłym roku, to przynajmniej niewiele wolniej. Na podbiegu na Most Gdański pogubiłem bezcenne sekundy a na dwudziestym mnie postawiło. W efekcie wyszło 1.47.07 (rok temu 1.46.24) czyli minimalnie gorzej i po raz pierwszy zatrzymał mi się prawie regres. Wiem maraton jesienią pobiegłem szybciej niż rok wcześniej, ale był to wynik przede wszystkim resztek rozsądku z ostatniej edycji i jego kompletnego braku rok wcześniej.

Zastanawiałem się skąd zmiana trasy w ostatniej chwili i pociągnięcie jej przez wąskie alejki Łazienek i później nad kanałkiem. Kiedy odbierałem depozyt zobaczyłem z jednej strony barierek zmianę wart i wieńce z okazji rocznicy Akcji pod Arsenałem, z drugiej jakieś dziewczyny żywiołowo dzielące się wrażeniami z biegu, owszem głośno dosyć. Ktoś narzekał, inny zmieniał gacie, kolejny umawiał się na piwo. Pociągnięcie trasy obok pl. Piłsudskiego i zmieszanie trasy z rocznicowymi obchodami było słabym pomysłem, ale depozyty w tym miejscu też nie za bardzo. Otwartym pozostaje pytanie czy nie warto było pociągnąć trasy pętelką przez Gagarina do końca i uniknięcie choćby jednej zwążki kontrolnej.

Impreza przy różnych swoich minusach, nielicznych moim zdaniem raczej super niż nie super. Odmiennego zdania jest jeden z użytkowników Maratonów Polskich. Ale jest to stachanowiec, bo tak samo ocenił połówki w Poznaniu i Warszawie. Jak nic na zdolność do bilokacji. To, co pod rozwagę: może już czas na stabilność. Znalezienie na stałe miejsc na start, metę, biuro zawodów. Tak jest (tak mi się wydaje) w Berlinie, Londynie i Paryżu. Tak było też w Parzęczewie, jednym z miejsc, których już nie ma na półmaratońskiej mapie Polski, a szkoda. Nie wiem czy dobrym miejscem na biuro jest Torwar, Stadion Narodowy czy może Pałac Kultury. Czy Park Fontann, pl. Teatralny czy może Wisłostrada przy Centrum Nauki Kopernik? A może tunel? Przynajmniej by nie padało na głowę. Myślę, że budowa ulic już na tyle się skończyła, że warto pomyśleć o stabilności.

A poza tym. Jak zdawałem w 1985 roku fizykę, zdałem, ale Równań Maxwella nie znałem. I nadal nie znam. Połówkę w Warszawie pobiegłem szybciej niż się tego spodziewałem. Ale formy nadal brak.

10:52, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »