RSS
sobota, 31 marca 2018
Wielkanoc

Tym razem jest eksperymentalnie. Najpierw napiszę tekst, później dodam lid, oto on: Przez bieganie przewijają się najważniejsze momenty mojego życia, takie, które sprawiają, że jestem człowiekiem. Choć Lem zapytał kiedyś „człowiek jak to brzmi?” No właśnie.

Wiele rzeczy rymuje mi się w życiu z bieganiem. Radość, szczęście, ból, poczucie beznadziejności, pory roku, powolne, albo i szybkie odchodzenie, Wielkanoc i Boże Narodzenie. No właśnie, Wielkanoc.

Jak to się mówi za dzieciaka, albo młodego młodzieńca w Wielkanoc wychodziłem w niedzielę na dłuższy i wcześniejszy trening. Przy okazji zbierałem trochę borówek do dekoracji świątecznego stołu. Jakoś tak było, że z zasady było wtedy ciepło. Nie tak ciepło, żeby wyjść na krótko, więc męczyłem się w dresach. Leginsów i takich tam nie było, biegałem z bawełniano – plastikowych dresach. Ale nie to jest moje specjalne wielkanocne wspomnienie z bieganiem w tle.

W którąś Wielkanoc miałem dyżur w Głoskowie. Pierwsza dekada naszego wieku. Stop, dla mnie to raczej waszego wieku, bo ciągle mój wiek, to wiek dwudziesty, wiem starość. No, więc początek wieku, ale wtedy w okolicach Głoskowa był wiek raczej dziewiętnasty, przynajmniej pod pewnymi względami. Kilka zim wcześniej widziałem tam kobietę robiącą pranie w rzeczy za pomocą kijanki.

Więc żeby nie urażać uczuć autochtonów i nie tracić dnia z treningu wyszedłem rano, bladym świtem, tak żeby być przy organizacji śniadania i nie urażać. Biegałem po łąkach, najpierw o szarówce, później, kiedy robiło się coraz jaśniej spokojnie wchodziłem w maleńkie ścieżynki na łąkach. I najpierw wydawało mi się, że z czymś przesadziłem, później zrozumiałem.

Słyszałem kościelne pieśni. To ludzie z maleńkich wioseczek szli na rezurekcję i śpiewali. Ni mam pojęcia czy szli do Garwolina, czy gdzieś bliżej był kościół. Pamiętam dźwięki kościelnych pieśni niosące się po rosie na łąkach w momencie, kiedy wstawało słońce.

Kiedy teraz o tym myślę mam wrażenie, że w tym obrazie, dźwięku, zapachu jest zamknięty codzienny cud zmartwychwstania.

Przez lata, przez ostatnie dwa lata przy tym i innych wspomnieniach chciałem umieścić „przycisk” DODAJ DO UTRACONYCH. Ale poczułem, że nie. Że może, prawie na pewno nie usiądę już na letniaku, nie pogadam na stołówce z Jasiem i nie wypiję kawy na kominkowej. Ale jak powiedział kiedyś Zielony – „Ni chuja”. Nikt nie zabierze mi tego i innych cudowności. Nie pozwolę się tego pozbawić, bo to jest jeden z ważnych momentów mojego życia. Jest to ważny kawałek mnie, mojego człowieczeństwa.

15:52, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 marca 2018
POBIEGANE

Pobiegane, popłakane, było cudownie. Półmaraton Warszawski przebiegłem po raz dziesiąty, dwa razy widziałem i nie tylko widziałem z drugiej strony. Raz mnie nie było, nie miałem siły. Nie miałem siły na nic, nawet na życie.

Pakiet odebrany w sobotę, pomiędzy Jarmarkiem Wielkanocnym a wieczorem z R. Obie te chwile były jak wisienki na torcie, ta druga większa i słodsza. A później przyszedł niedzielny poranek.

Nawiązując do jednego z moich ulubionych cytatów z biegaczy miewam ochotę powiedzieć, ten wał Tronina wymyślił sobie, żeby półmaraton odbywał się akurat w weekend, kiedy zmieniany jest czas. Szkoda, że w te stronę i nie mam czasu, żeby się wyspać. Ale budzę się w dobrym nastroju, co tam dobrym, w znakomitym. R twierdzi, że powinienem co tydzień biegać półmaraton. Tyle, że wtedy to by już nie było to. Poza tym mój nastrój wziął się z tego, co dostałem w szkole od różnych rodziców, dzieci moich uczniów oraz tych, którzy by chcieli, spotkania z Karolem no i wieczornych rozmów, między innymi rozmów, kolejność chronologiczna.

Jem śniadanie, przebieram się za biegacza i nakładam na to warstwę maskującą, dopijam się i lecę. Przed autobusem rozgrzewka- przebiegam do niego jakieś czterdzieści metrów, to może zaważyć na wyniku. Dojeżdżam do Gdańskiego, czekam chwilę na Karola i się zaczyna. Czekamy na tramwaj (urywamy w ten sposób jakiś 500 m dojścia). Ale wysiłek i tak będzie ekstremalny. Kiedy przyjeżdżają dwa tramwaje apeluję

- Wsiadamy do niskopodłogowego, do zwykłego mogę nie dać rady. Wysiadamy, zrzucam z siebie to, co mam na wierzchu idziemy na górę zrobić sobie zdjęcie z grupą biegających kibiców Poloniił. Nie żebym regularnie chodził na mecze, ale lubię Polonię.

Później rozchodzimy się i spokojnie czekam na start. Zdejmuję z głowy bufa, staję obok tłumu, wejdę w niego jak minie mnie grupa na 1.45. Myślałem o starcie z końca, ale rezygnuję. Myślę sobie, mam kilka minut.

Trzynasta edycja, dwanaście lat. Jakie były? Czy nie jest tak, że spora część z nich to był najczarniejszy okres w moim życiu? Czy to już koniec? Czy rzeczywiście zaczynam wychodzić na prostą? Myślę o cudach, akie mi się przytrafiły w tym czasie. O dzieciakach o R o szkole. Leci Sen o Warszawie, mnie jak zawsze lecą w tym momencie łzy, klasyk taki. Ludzie ruszają, mija mnie Jacek witamy się. Ja spokojnie czekam, kiedy przychodzi czas wchodzę, dryptam, później zaczynam truchtać i biec.

Jest cudnie – słońce, ciepło, wiatr. Jest nas niezły tłumek. Jeszcze ciasno, do końca będzie ciasno na zakrętach i wodopojach. W górę, w dół i znowu w górę. Jedyne, co irytuje, to biegacze, którzy mają wywalone na innych, ustawiają się na czas zdecydowanie powyżej możliwości i teraz utrudniają bieg. Na początku, kiedy jest ciasno, to złości, później, kiedy jest już łatwiej ich mijać jest z tym lepiej. Teraz muszę czasem uciekać na bok, na chodniki, trawniki i generalnie się złoszczę. Tak troszeczkę, ale jak mogę, to sobie ulżę.

Na jednym z mostów czuję radość, chce mi się krzyczeć z radości. Lecę sobie wolniutko, przynamniej w obiektywnym widzeniu, bo jak na mnie to dość szybko, choć tego nie czuję. Tak ciut poniżej piątki. Wizytuję toaletę na dziewiątym i w efekcie osiągam równe tempo. Po chwili kolejny most, lubię te kawałki na Moście Świętokrzyskim, choć palce chciały napisać Syreny. Już jestem prawie na mecie. Jestem prawie na ostatniej prostej. Na ulicy Hopfera brama i kibice Rak’n’Rolla, chce mi się krzyczeć z radości (znowu), dwa zakręty i ostania prosta. Długa.

Przez chwilę czuję miękkość w nogach, zastanawiam się czy nie zwolnić, ale jakoś tam cisnę. Taki kryzys to nie kryzys. Był szpaler przy zejściu z mostu, nie ma, jak kiedyś pod Poniatowszczakiem. I jeszcze tunel, w tunelu chór, wybiegam na słońce i widzę w oddali metę. Niby bym przyspieszył, ale nogi nie niosą.

Dobiegam, zatrzymuję stoper i pierwszy raz nie płaczę. Przypomina mi się pani z Fundacji, która zobaczył, w jakim jestem stanie półtora roku temu nie wiedziała jak zareagować. Ale tym razem jest lepiej jakiś spokojniejszy jestem.

Czuję się szczęśliwy, za metą za chwilę będzie R. Spotykam jeszcze Angelikę, jest, jak zawsze uśmiechnięta, idziemy razem po depozyt, chwila rozmowy, gna jak zawsze jeszcze kogoś spotkać. Ja idę się przebrać, ale tak czy inaczej spotykam kogoś z odległej przeszłości, kiedy biegaczy było jeszcze niewielu i drugiego z Milanówka. Wszędzie ten Milanówek, na Czarnym Proteście też spotkałem tamtejszych znajomych.

Jaki miałem czas? Nieważne. Jak mi poszło? Nie ma, o czym mówić. Jak mi się biegło? Było super. I tylko to się liczy. To, co przeżyłem, doświadczyłem, przemyślałem, przypomniałem sobie. Dlatego zawsze lubię tu wracać, przeżywać swój Sen o Warszawie.



06:56, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 marca 2018
TAKIE CZASY

Takie czasy panie, pomyślałem, kiedy zobaczyłem, że grupę na 2.10 w Półmaratonie Warszawskim prowadzi żona Wasyla. Ale, o co chodzi?

Pamiętam czasy, kiedy podczas treningu biegacze nie pozdrawiali się. Było tak, ponieważ szansa na spotkanie innego biegacza była taka jak szansa na znalezienie raka w Wiśle czy nie przymierzając na trafienie piątki w totolotka. Teraz czasem zastanawiam się czy idąc na trening nie zabrać jakiejś podpórki pod rękę, bo ilu biegaczy można pozdrowić. Rano w Łazienkach jest więcej biegaczy niż spacerowiczów i osób zajmujących się zielenią. I co z tego.

Kiedy zapytać biegacza z niewielkim stażem, takim do lat pięciu raczej nie powiedzą i raczej nie rozpoznają, kim jest Wasyl, Michał Walczewski czy Fredzio? W pierwszej dekadzie naszego wieku byliśmy maleńkim środowiskiem i z rozrzewnieniem wspominam treningi z sąsiadem, który poza innymi rzeczami dość szybko w swoich wywodach dochodził do stwierdzenia „a ten chuj Tronina to chce na biegaczach zarabiać”. No chce i dobrze, bo dzięki temu mamy świetne imprezy w Warszawie, wiele rzeczy, jako pierwsze pojawiły się na tych imprezach, mamy też znacznie więcej pieniędzy w środowisku.

To, że jest nas tak wiele uderzyło mnie, dosłownie na trasie Półmaratonu Warszawskiego w 2015 roku. Kiedy zbiegałem na Trasę Łazienkowską ktoś zabiegł mi drogę, żeby uniknąć zderzenia nagle zmieniłem kierunek i sam najprawdopodobniej zabiegłem komuś drogę. I ten ktoś zamiast zachować się przyzwoicie zwyczajnie mocno mnie popchnął. Kiedy był nas garstka, jakieś tysiąc – półtora na imprezie nie było właściwie anonimowości. Teraz większość z nas jest absolutnie anonimowa, jest, więc łatwiej o zachowania niezbyt przyzwoite.

Skąd taki nagły skok w liczbie aktywnych biegaczy? Można na to spojrzeć z dwóch stron. Z jednej strony pod koniec ubiegłego wieku zajmowaliśmy się, jako społeczeństwo walką o status społeczny i finansowy. Najważniejsze było nadrabianie zaległości, zarabianie pieniędzy. Teraz przyszedł czas na dbanie o siebie, swoje zdrowie. Wartości inne niż kariera i pieniądze.

Ale można spojrzeć na to także z innej strony: aktywność stała się objawem statusu, stała się modna. Popularni startują w biegach, triatlonach. Fajnie jest pokazać się z zegarkiem do biegania, czy wrzucić zdjęcie z treningu. I bardzo dobrze, bo bez względu na motywacje ileś osób rusza się, dba o swoje zdrowie i w sumie, ja społeczeństwo jesteśmy zdrowsi.

07:47, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 marca 2018
PATRZAJ W SERCE

Wiosną znowu pojawi się trochę tekstów o tym jak to jest, że biegacze umierają nagłą śmiercią podczas zawodów. Ilu z nas odchodzi w cichości podczas spaceru, posiłku czy snu, ale w związku z bieganiem nie wiemy. Pomyślmy zanim będzie za późno.

Tak w zasadzie byłem przekonany, że jest już za późno na pisanie tego, co zaraz napiszę. Ale zajrzałem do wiadomości i przeczytałem, że nadal jest ponad dwieście tysięcy zachorowań na grypę w tygodniu, więc owszem, mogłem to napisać wcześnie, ale lepiej późno niż wcale.

Co jest najczęstszą przyczyną problemów z sercem u biegaczy? Streszczając do maksimum wynika to z kardiomiopatii a ona z kilku przyczyn. Najważniejszym z nich jest przechodzenie, lub co bardziej groźne przebieganie grypy lub innych infekcji wirusowych. Szacuje się, że jeden przypadek na 1000 zachorowań na grypę powoduje powikłania kończące się śmiercią. W przypadku innych infekcji ta liczba jest mniejsza.

Co w takim razie robić? Dbać o odporność, szczepić się przed sezonem a w przypadku choroby zadbać o siebie. A w przypadku wątpliwości przed sezonem startów a po sezonie grypy zrobić sobie echo serca.

To ważne, decydujące, dosłownie o naszym życiu.



08:18, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »