RSS
środa, 20 kwietnia 2011
Drobiazgi

 

Im dłuższy dystans tym ważniejsze stają się, pozornie mało istotne drobiazgi. Dychę można spokojnie polecieć w kiepskich butach, albo pożyczonych od męża skarpetach (za dużych o pięć numerów). Ale kiedy biegnie się trzy, cztery, pięć godzin wszystko staje się istotne.

Moja fantastyczna żona (chwaląca się pełnoletnią liczbą maratonów) ze zdziwieniem zauważyła że na długie wybiegania wybieram skarpety. Nie wkładam byle czego, odrzucam dziurawe, generalnie jestem jakiś dziwny.

I wtedy na jej obliczu pojawił się błysk głębokiego zrozumienia – to może dlatego na ostatnim wybieganiu obtarły mnie buty! Przecież miałam dziurawe skarpety. Ale to aż takie ważne?

Kiedy biegnie się te drobne kilka godzin ważne staje się wszystko – to jak dawno skończyłem jeść i to czy wczoraj jadłem pączki (jak jadłem to moja wątroba mi tego nie wybaczy). Może to dziwne, ale o ile spokojnie mogę napchać się smalcu, to panierka już nie wchodzi w grę. Popatrzmy dalej – skarpety które nie pasują do butów. Mam buciki obcierające mnie kiedy wkładam ciut grubsze skarpety i takie które nie tolerują cienkich. Przy maratonie, albo biegu ultra ważne jest nawet to jak dokładnie się podetrę (dokładność, nie kierunek).

Ważne jest i to ze nigdy nie wiadomo do końca jak zareaguje na wysiłek organizm. Nie tylko na wysiłek, także na pogodę, podłoże, na wszystko. To zawsze wielka niewiadoma. Tu wszystko jest nawet nie razy pięć, bo przy dłuższym wysiłku efekty potęgują się znacząco.

No i niezwykle ważna jest głowa – to żeby brnąć do końca bez względu na wszystko.

Moja żona już doszła do tego ze musi na Dymno ubrać całe skarpetki, zobaczymy jak z innymi szczegółami.

W niedzielę na Grze Miejskiej Magda zaproponowała że chętnie przejdzie się z naszą Wisią na trasie dziesiątki w czasie Dymna. I tak zacząłem się zastanawiać co mnie tak goni? Czy to nie ja powinienem iść z młodą na jej pierwszej takiej imprezie? Czy to wszystko jest tyle warte żeby stracić takie wspólne przeżywanie. Z drugiej strony dla Wisi czymś ważnym jest teraz oddzielanie się od rodziców. Aż boje się co będzie, kiedy już zostanie nastolatką.

I jeszcze taki drobiazg

11:36, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Wspomnienie

Czasem warto przypomnieć zdarzenia sprzed lat. Może warto by było poczekać do września, ale wtedy może też zapomnę. Czy pamiętacie jak wyglądał 1981 rok?

W Polsce odbywał się wielki festiwal wolności, Odbyła się premiera filmów Miś i Rydwany Ognia. Trenerem reprezentacji był Antoni Piechniczek a Jacek Karczmarski z Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim śpiewali tak.

Ale nie to było faktem, który ni stąd ni zowąd wypłynął z mojej pamięci. We wrześniu w Czeruchach, koło Ciechanowa odbywały się Mistrzostwa Polski w Biegu na Orientację. W sobotę bieg indywidualny w niedziele sztafety. Wiele osób narzekało, że teren jest za łatwy na imprezę takiej rangi. W sobotę zawodnicy kluby WZTSP nie odnieśli specjalnie spektakularnych sukcesów, liczyli po cichu na to, że zrekompensują to sobie w biegu sztafetowym. W końcu sztafety rządzą się nieco innymi prawami.

Kiedy druga zmianę kończył najmłodszy w z nich Jan Cegiełka byli około dziesiątego miejsca z szansami na awans. Na trasę wyruszył znacznie starszy i bardziej doświadczony zawodnik. Kiedy w połowie trasy wybierał wariant był już by może na wyższej pozycji, może nawet w okolicach pierwszej szóstki. Zdecydował się na bieg mało uczęszczana szosa na skraju mapy. Po kilkudziesięciu metrach biegu zobaczył leżący przy drodze motocykl i ofiarę wypadku leżącą bezwładnie. Nie wahał się nawet chwili, dla niego zawody w zasadzie skończyły się. Ruszył do centrum zawodów żeby stamtąd wzywać pomocy. Tam był najbliższy telefon.

Z tego, co pamiętam skończył później bieg, ale czas, który stracił był nie do odzyskania. Później incydent został zauważony, mimo że BnO było, podobnie jak teraz niszową dyscypliną. Został wybrany Dżentelmenem Sportu, jedną z nagród Fair Play PKOlu. Już nigdy nie znalazł się na tak wysokiej pozycji w Mistrzostwach Polski.

Ale jest nadal w sporcie, spotkałem go ostatnio w czasie Skorpiona, z cała pewnością będzie także na Dymno. Wielu zna jego uśmiech i mocno już posiwiałą czuprynę. Ale mało kto pamięta ciągle tamten 1981 rok.

Dla ścisłości wielu rzeczy nie jestem pewny czy to był motocykl, czy może samochód, czy skończył wtedy bieg, czy zwyczajnie oddał na mecie kartę startową. To przecież prawie trzydzieści lat, pamięć nie ta.

Aha, zapomniałbym, tym zawodnikiem był Andrzej Krochmal.

 

22:06, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 kwietnia 2011
Sen o Warszawie

I co, miał być fantastyczny bieg, a tu minął tydzień i ani słowa. Bieg był fantastyczny i nic nie jest w stanie zastąpić mi tego co przeżyłem w niedzielne przedpołudnie. Abstrahuję od swojego poziomu (wiem, inni by się cieszyli). Rok temu na tej samej trasie byłem o trzy minuty szybszy, w tym roku zabrakło energii znacznie wcześniej.

Nie każdemu po równo – mnie natura poskąpiła talentu. Mimo katorżniczej pracy, starań klapa. Niby tak, ale przecież od początku było to pewne. Praktycznie nie biegałem szybszych treningów, to skąd mogłem mieć energię na szybką dwudziestkę. Dopiero po trzech dniach moje mięśnie przestały narzekać na to, co im zrobiłem.

Ale po kolei – pakiet odebrałem bez kolejki, spokojnie mogłem być o pół godziny później, ale kto to mógł wiedzieć. Depozyt i takie rzeczy jak dla mnie perfekcyjnie. W strefie startu tłok niemiłosierny, Sen o Warszawie i lecimy.

Krakowskie, Świętokrzyska i dalej. Coś we mnie krzyczy z radości. Biegnę na wysokości grupy na 1.25, wyprzedzam ich za mostem. Na 10 mam równo 40 minut, ale po chwili wyłącza mi się zasilanie, siada tempo. Teraz już tylko toczę się żeby dobiec. Po dwudziestym kątem oka widzę tych, którzy kończą i za sobą słyszę pikniecie na macie. Myslę - na lewo są ci, którzy mnie wyprzedzili, za mną ci, którzy dopiero mnie wyprzedzą. Na Krakowskim czuję, że jestem w wielkim sportowym teatrze. Na mecie jeszcze luźno, przy depozycie takoż, te dwa miejsca później okażą się być wąskim gardłem, ale wtedy już będę gdzieś indziej. Lecę do domu.

W pociągu spotykam Piotra Sędeckiego, to taki nasz biegający znajomy ze Skierniewic. Zawsze warto pogadać, szczególnie z kimś takim.

Kilka refleksji z innej nieco bajki. Na RDSie wyniki pokazywały się tak, że Hubert brał flamaster i wpisywał na odpowiednie miejsce na kartce, na Półmaratonie Warszawskim dostałem SMSa. I muszę powiedzieć, że obie te metody są dobre. Na imprezie dla 100 osób wpisywanie wyników na kartce jest super, bo bardziej osobiste, ale na 4700 potrzeba by straszliwej liczby kartek, flamastrów i wolontariuszy. Dla mnie jedno jest jasne – i Hubert i Marek Tronina włożyli w swoje imprezy masę serca. I to jest dla mnie najważniejsze.

Zaczynam katowanie pod Dymno. Będzie ciężko. Ale straszliwie się na to cieszę. Na katowanie i na Dymno.

I jeszcze z rozmowy z Hubertem, w momencie, kiedy odwoził, mnie do pociągu. Hubert stwierdził, że w Czechach jest ogromna ilość pięćdziesiątek a setek, tyle co u nas. Spojrzałem na wyniki imprez z tego roku. Kiedy w zeszłym kończył się sezon mimo dwóch startów byłem w klasyfikacji pięćdziesiątek szósty. W tym roku też dwa razy startowałem, z podobnymi rezultatami i jestem ósmy. I poza wszystkim na pięćdziesiątkach startuje więcej osób. Może warto zastanowić się dlaczego? Czy nie jest tak, że coraz mniej ludzi chce coś sobie udowadniać a coraz więcej zwyczajnie cieszyć się byciem tu i teraz? Może warto, jak Andrzej Krochmal, wzbogacać imprezy o krótsze trasy – 10, 20, 30?

06:53, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »