RSS
wtorek, 05 kwietnia 2016
JAK ZMARTWYCHWSTANIE

Ile razy można? Ile razy można przebiec maraton, Półmaraton. Ile razy można wiązać się z nową osobą, ile razy można zmartwychwstawać? Najprawdopodobniej tyle, ile razy, ile otarłem się, tak fizycznie, o śmierć. Choć słyszałem, że każde przebudzenie jest jak zmartwychwstanie.

Jesienią uświadomiłem sobie jak daleko jestem od czasów końca ubiegłego już wieku. W niedzielę, kończąc bez napinki połówkę w Warszawie, znowu czułem się jak bym zmartwychwstał.

Kiedy w 2009 napisałem na stronę Bieganie.pl tekst Pobiegnę w Warszawie, usłyszałem o sobie „ekshibicjonista, ale tekst fajny”. Trudno mi pisać o tym, co przeżywałem w niedzielę, bo było to, mam nadzieję zamknięcie pewnego trudnego, bodaj najczarniejszego czasu w moim życiu.

Przez lata żyłem w przekonaniu, że mi się nie należy, nie zasługuję. Nie zasługuję na dobrą kawę, herbatę, rodzinę, w której żyję, znajomych czy pójście na koncert. Nie zasługuję na to, żeby iść do dentysty i leczyć zęby. Po co zresztą, jeśli nie zasługuję na dłuższe życie i raczej szybciej niż później umrę. To było takie brnięcie w coraz ciemniejszą ciemność.

To było takie uciekanie przed sobą, przed obrazem siebie, jako kogoś nic nie wartego, wybrakowanego, nijakiego. Brnięcie w samotność. Z tych najbardziej bolesnych, bo z fizyczną obecnością pozornie bliskich a bez głębszego z nimi kontaktu. Za to z głębokim obwinianiem się za to, co im robię. Także za to, co robię sobie.

Niedziela w Warszawie była jak symboliczne zamknięcie drzwi. Za którymi jest najgłębsza autodestrukcja. Aż do myśli i prób samobójczych. Czas cierpienia i przekonania, że nie zasługuję. Teraz po latach wybaczyłem sobie tamto emocjonalne okaleczanie siebie przed laty. Biegnąc czułem się szczęśliwy aż do łez. I otwarty na wszystko, co jest przede mną.

 

 



14:26, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 kwietnia 2016
PÓŁMARATON FANTASTYCZNY

Było pięknie, świeciło słońce, trasa na piątkę, dla zwykłych ludzi i dla mnie, bo po miejscach, które są dla mnie osobiście ważne. A że brak mi teraz zdrowia to zupełnie inna sprawa. Zobaczyłem wyraźnie jak przez lata, nawet nie te, od 1980, kiedy przebiegłem pierwszy maraton, ale nawet, od 2004, kiedy zacząłem widzieć świat trzeźwym okiem, zmieniło się bieganie.

Do miasteczka maratońskiego docieram od tyłu unikając tłumu ludzi. To, co zwróciło moją uwagę to barwność strojów. Jakoś inaczej wyglądało to te dziesięć lat temu. No i ludzi jakieś (około) dziesięć razy więcej. Bez kolejki oddaję depozyt, odstaję chwilę przy tojtojce i lżejszy na duchu i nie tylko idę na start. Tu drobna wtopa – ciasno, jeszcze dodatkowo dostawione tojtojki sprawiają, że drepcemy a nie idziemy. Nie wiem, może innym to nie przeszkadzało, mnie trochę tak.

Start, mam dziesięć minut, spotykam trochę znajomych, ale w związku z tym, że jestem na biegach rzadkim gościem niewielu. Słyszę kolejne osoby mówiące kilka zdań i Marka, Troninę, który biegnie tym razem. Pamiętam czasy, kiedy było to nie do pomyślenia, teraz maszyna działa sprawnie. Choć jak znam życie trochę będzie myślał o tym, co dzieje się na imprezie.

A dalej jest jak zwykle – Sen o Warszawie, ja reaguję jak zawsze (kto wie, to wie, a jak nie to trudno, ciut to dla mnie zbyt osobiste). Ruszamy, już po niespełna pięciu minutach mijam linię startu, pierwszy kilometr wolno, bo i ciasno i zdrowia brak. Dalej już luźniej, więc wolno tylko z jednego powodu. Biegnę równo w okolicach pięciu na kilometr. Na Belwederskiej i na szóstym kilometrze wolniej (na szóstym zaliczam kolejną tojtojkę).

Co wkurza to ludzie, którzy ustawili się w szybszych strefach i teraz biegnąc parami czy trójkami utrudniają bieg. Ale mam wrażenie, że trudno by to było wytłumaczyć. Kiedy numery wyraźnie różniły się kolorami, ktoś z innej strefy była jak papuga wśród srok i bywało, że został pogoniony przez innych zawodników. Teraz raczej nie, ale to kwestia sumienia, szacunku dla innych. A to u nas często artykuł deficytowy.

Trasa bajka. Nowy Świat, Krakowskie, pl. Teatralny, Starówka, szkoda, że nie przez jej serce. Na Moście Gdańskim wiatr, dalej wiatr w plecy. Praga, jak to Praga, przebiegamy przez pl. Hallera, kiedy był jeszcze placem Leńskiego podobno tam właśnie poczęli mnie rodzice. Odrapane budynki na starej Pradze pokazują jak wielkie są różnice w poziomie życia w Warszawie i w Polsce. Później już Stadion Narodowy, Most Świętokrzyski i centrum miasta. Kawałek przez Łazienki, nawrót, Warszawska Masakra ulicą Belwederską i już widać metę. Mam nawet siłę na finisz, to w moim przypadku rzadkość. Najczęściej zaczynam za szybko i na końcu podpieram się nosem.

Generalnie nie lubię imprez, na których biega się w tłoku. Ale dla Maratonu i Półmaratonu Warszawskiego jestem w stanie zmusić się do konkretnego treningu. Jak lecisz połówkę na 1.25 jest raczej luźno. Da się zrobić. Inna sprawa, że gdyby były kategorie wagowe miałbym szanse w kategorii BMI 27 lub więcej. A jeśli noga, jak mawiają wyczynowcy, nie będzie podawać pobiegnę w tłumie.

Cieszę się, że zdecydowałem się pobiec. Miałem sporo wątpliwości. Cieszę się, że dotarłem do mety. Nie było to tak oczywiste. Kilka razy na trasie poryczałem się ze wzruszenia. Warto było polecieć choćby dla tych kilku chwil.

Za dwa tygodnie dycha w Milanówku. Jeśli ktoś chce pobiec na imprezie z duszą, z sercem w fajnym miejscu zapraszam.

A poza tym do zobaczenia we wrześniu i za rok.

 



20:27, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »