RSS
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
SŁOWO NA PONIEDZIAŁEK

Takie mnie naszły myśli po weekendzie i nie tylko zresztą. Wczoraj w Londynie padł w jakimś stopniu rekord świata kobiet w maratonie, w Warszawie padł mit Orlen Warsaw Marathonu. I jak nie było wiadomo nic o Rekordzie Polski Karoliny Nadolskiej tak i nie wiadomo.

W porządku chronologicznym. Kiedy zacząłem przeglądać kolejny raz informacje o rekordzie z Poznania dotarłem do faktu, że to już było. Dokładnie taka sama sytuacja miała miejsce przy okazji rekordu na 100 km Dominiki Stelmach. Co zaskakuje, to, że oba przypadki miały miejsce w Wielkopolsce a więc w regionie kojarzonym raczej z legalizmem, poważnym podejściem do prawa, ale i zasad. Osobnym problemem jest wątpliwość, czemu w przypadku Nadolskiej pojawiły się wątpliwości i jakiś rozgłos a w przypadku Stelmach jakoś tego nie zaobserwowałem. Może zwyczajnie nie zwróciłem uwagi? Swoją drogą ciekawe, że orgowie z Poznania nabrali wody w usta w kwestii rekordu.

Maraton w Londynie. Wiem nie ma takiego miasta, jest Lądek. Za koleją, najpierw Bekele zapowiedział walkę o rekord świata i poleciał na rekord przez pierwsze pięć kilometrów. Za to Mary Keitany wiele nie gadała, ale poleciała po rekord. Owszem Paula Radcliffe biegała szybciej, ale prowadzona przez mężczyzn. Takie wyniki nie są już uznawane za rekordy. Dyskutującym, czemu tak szybko i kobiety i mężczyźni tak szybko pobiegli pierwszą piątkę proponuję zajrzeć do profilu trasy. Na pierwszej piątce spadek 37 m. Bawi mnie to rozmawianie o tempie biegu beż patrzenia na profil trasy.

Na koniec Warszawa. Kolejny raz Orlenowi spadło i można odnieść wrażenie, że jest to wynik zaniedbań. Rozpoczęta zbyt późno rejestracja dała efekt, jaki dała. Biuro Zawodów pod namiotem wczesną wiosną, brak posiłku po biegu w pakiecie to takie drobiazgi, ale pozostaje lekki niesmak. To, co wyraźnie widać, to swoista atmosfera, podobna nieco do klimatu dookoła Maratonu Poznańskiego. Kiedy ktoś na forum dał lekko negatywny wpis, od razu mu się dostało. Przez wiele lat pierwszym maratonem dla licznego grona biegaczy był właśnie Poznań. W opozycji do „tego chuja, Troniny, co to się chce na biegaczach dorabiać”. W efekcie jakakolwiek negatywna informacja o Poznaniu kończyła się niezła jazdą na forum. Z jednej strony rozumiem mechanizm, najlepiej pamięta się pierwsze miłości, z drugiej sam mam podobnie, dla mnie tym najważniejszym będzie Maraton Warszawski. Z trzeciej widzę też wady tego biegu i jak ktoś o nich mówi jakoś mnie to nie zaburza. Jasne wiele rzeczy na OWM jest super – na ten przykład relacja z trasy i mety on line. Z drugiej poziom prowadzącego ją nieco mnie osłabił. Rozmawia ze zwyciężczynią a nie widzi, że w tym momencie Trzaskalska ogrywa dosłownie na ostatnich metrach dwie Kenijki. Słabo.

08:14, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 kwietnia 2017
WIOSENNE 360

W tym tygodniu siła rzeczy znowu wyjdą mi dwa wpisy. Jeden o sobie, czyli czemu Wiosenne 360 to taki fajny rajd. I generalnie, czemu bieganie po lesie w poszukiwaniu jakichś dziwnych punktów jest super. I drugi, generalnie o kulturze przeprowadzania imprez biegowych, szacunku do zasad, czyli znowu będę się czepiał do Poznania. Ale teraz czas na wiosnę.

Zgłoszony, zapłacony, z lekka wydygany odbieram kartę startową. Wydygany, bo jak ostatnio zgłosiłem się na dwudziestkę piątkę to w praktyce wyszło ponad 40, fakt, trochę na własne życzenie. No i ciepełko jest, takie z dnia na dzień, co mnie zazwyczaj rozbija. Na marginesie, edytor zawzięcie zmienia mi wydygany na wydymany. Ciekawe, swoją drogą więcej mówi to o mnie niż o programie.

Odbieram kartę startową i wracam myślami do swoich początków w BnO. Nie załapałem się na czas pieczątek na PK i nawet swoistą rewolucją za moich początków było umieszczenie perforatorów na lampionie na w miejscu dowolnym opodal. I tak jest na imprezach z cyklu PMnO, to, co mnie urzeka to fakt, że trzeba sobie skopiować opisy, z radością przepisuję, dokładniej rzecz ujmując zmieniam opis słowny na piktogramy na odwrocie karty startowej. Przypominam sobie swój pierwszy start na większej imprezie w Iławie, była wiosna 1982 roku a ja byłem zawodnikiem WZTSP. I pytałem kogoś, co to jest świetlinka (taki był jeden z opisów) ja znałem dwa słowa na opis tego obiektu – polanka lub prześwit.

Na trasę lecę na sucho, mam w kieszeni dychę na jak by mnie kompletnie ścięło i świadomość, że wiem gdzie są sklepy. Po odprawie dostajemy mapy, wybieram wariant. Mapy to taka składanka, na odprawie usłyszeliśmy, że skala to około 1: 11000, na mapie zapis 1;15000. Składam puzzle, co gdzie, bo w sumie to trzy składające się mapy. W ostatniej chwili zauważam, że zapomniałem o jednym PK, zastanawiam się gdzie go wkleić. Jestem gotowy chwilę przed czasem.

Lecimy, po wydmie do góry w dół, przez krzaki, żeby tylko się nie potknąć. Na pierwszy PK bez problemu, to takie zagłębienie w krzakach, więc staram się sprawnie odejść, żeby nikomu nie pokazać i w tym momencie lecę na twarz, uderzam się o jakiś zalegający konar, noga zaczyna boleć, ale lecę. Patrzę, gdzie jak by, co będę mógł zejść, jest kilka opcji.

Kolejne punkty, jak to się mówi wchodzą raczej łatwo, na trzecim zakręcam się minimalnie na odejściu. Wybieram maksymalnie bezpieczne warianty. Dla mniej zorientowanych – staram się jak najwięcej korzystać z dróg i pewnych linii. Poza wszystkim bieganie po twardszym podłożu kosztuje mniej wysiłku. Szosa Lubelska raz, Szosa Lubelska z powrotem, trochę wydm trochę krzaków. Dopiero w okolicach centrum Wesołej kręcę się i tacę kilka minut. Zdrowia brak, ale radzę sobie. Szuram, jak na rasowego, brzuchatego szuracza przystało.

Końcówka to jakieś dwa kilometry, najpierw przez las, ale z półtora przez miasto. Szuram zawzięcie docieram do mety piąty (jako czwarty mężczyzna). Wyszło mi 22, 3 km, znaczy było dobrze, tym bardziej, że korzystałem z dróg. Z jednej strony to szkoda, szuram prawie trzy godziny a do trzeciego miejsca zabrakło mi dwóch minut, z drugiej zwyczajnie nie należało się.

Jeszcze chwila rozmowy z Piotrem i Andrzejem, posiłek, buta nie zdejmuję, bo boję się, co tam znajdę. W niedzielę widzę, że nieźle opuchła, ale dziś (jest poniedziałek) jest lepiej, ciut lepiej.

Kilka refleksji:

Wiosna jest super, drące dzioby ptaki, pączki liści na drzewach. Nawet zapachy niezwykłe.

Wszędzie można znaleźć coś ciekawego. W tym wypadku była to scena, z lekka zadaszona, położona w lesie, niedaleko domów, ale na dziko. Na scenie trzy Konga, czy inne bębenki.

Słaby jestem, ale to może się zmienić.

09:02, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »