RSS
wtorek, 24 maja 2011
Ciąle biegnę

Przez jakiś tydzień biegłem nadal Dymno. Niby byłem tu, a ciągle jednak tam. I nie chodzi nawet o to, że się udało, że przybiegliśmy pierwsi. To, co było po drodze, także trochę przed i trochę po było niezwykłe.

Doznania z trasy były dla mnie bez mała seksualne. Wszystko, co czułem było jakoś tak intensywne. Kolory, świeżo umytego deszczem lasu, zmieniające się zapachy. Widok łosia a później sarny i ptaki, których nie jestem w stanie zidentyfikować. Współdziałanie i nić porozumienia. To wszystko zbiegło się w niezwykle intensywne, nienazywalne doznanie. Pamiętam jak jedna z moich koleżanek, nauczycielka biologii została zapytana przez uczennice, co czuje się w czasie orgazmu. Nie potrafiła ubrać tego w słowa. Tu było podobnie, kiedy przeżywa się wspaniałe i intensywne rzeczy tak jest.

Zacząłem znowu ćwiczyć. Trzy serie po pięć pompek, czasem nawet po sześć. Muszę pomyśleć, co zrobić z mięśniami czworogłowymi, bo jakoś nie pasują do reszty organizmu, najbardziej po nich oberwałem. Skasowałem jedną lekcję, bo schody były za strome i bym nie zlazł. Pomyślę, poszukam, może zwyczajne przysiady (seriami po dziesięć).

Niewiarygodne były dla mnie kolejne osoby podchodzące i gratulujące. I to, że było to na 100% szczere. Po Dymnie mam straszliwie dużo sympatii dla Michała, Maćka i Sabiny. Na początku mieli do nas sporo dystansu, nie dziwię się, sam mam do siebie sporo dystansu. A przy takim wyglądzie trudno spodziewać się czegoś dobrego. Nie są nadętymi gwiazdami a mieliby do tego podstawy. A tę listę można by ciągnąć w nieskończoność. W zasadzie z każdym, z kim zamieniłem tam dwa słowa budził we mnie ciepłe uczucia.

Znalazłem też dzienniczek treningowy i chyba znowu postaram się systematycznie go prowadzić. Może polecę (tak treningowo) w Skierniewicach i choć w to akurat trochę wątpię w Ożarowie. No i żyje imprezą, którą robi moja żona. Podobnież napędziła mi rywali, co by mi tyłek sklepali. A wszystko pod pretekstem, że ich lubię. Taka żona.

Tak myślę, że chyba jeszcze biegnę to Dymno, tak troszeczkę.



21:37, wojtek_wanat
Link Komentarze (4) »
niedziela, 15 maja 2011
Dymno, czyli zostało w rodzinie

Co tu dużo mówić, Dymno miało być dla mnie najważniejszą impreza w roku. Chciałem powalczyć w punktacji Pucharu, i jeśli to będzie realne wygrać, ale najważniejsze było dla mnie właśnie Dymno. A kiedy okazało się, że startujemy rodzinnie ciężar gatunkowy imprezy wzrósł.

W Dymno atrakcyjne były dla mnie miedzy innymi przepaki, czyli realistycznie rzecz biorąc to, że mogłem lecieć na trasę na lekko, praktycznie bez picia. No i fakt, że trasa jest tu bardzo trudna nawigacyjnie. Sama mocna łyda nie wystarcza. Kiedy okazało się, że tu właśnie będą odbywać się Mistrzostwa Polski w Maratonach na Orientację na moim ulubionym dystansie stało się jasne – nie będzie lekko, bo zawsze znajdzie się kilku chętnych na pierwszy tytuł.

Ostatnie kilka dni to zamawianie camelbagów. Pierwszy raz zdecydowałem się na takie ustrojstwo. Zamówiliśmy w sobotę, miały dojść we wtorek – środę. Kiedy okazało się, że paczka nie przyszła dzwonimy, wysyłamy maile do firmy Certe  i tu niespodzianka – nie traktują nas jak natrętów, w czwartek po monicie w firmie kurierskiej są. I jest to dla mnie jakiś znak – będzie dobrze.

W piątek rano przeglądam komunikat techniczny i jeszcze raz rzut oka na listę startową. I jeszcze raz na listę startową. Patrzę uważnie, nie mylę się, rzeczywiście jest na niej Paweł Moszkowicz. Ostatni raz wygrałem z nim bodaj w 1986. O ile w wyścigu z Michałem Jędroszkowiakiem mogę mieć jakieś szanse, to z Pawłem raczej się nie pościgam. Ale przynajmniej przegram w dobrym stylu. Chyba zbyt nerwowo na to reaguję, bo wstając od komputera czuję ból pleców. No ładnie, ale przynamniej mam pretekst do porażki.

Pakujemy się spokojnie. Jeszcze tylko Kasia robi mi na głowie smoka, pies zostaje, dzieci jadą. Pociąg, z Warszawy autobus, na przystanku spotykamy Stasia Kaczmarka. Rozmawialiśmy chwilę (tak ze 40 sekund) na Skorpionie, teraz mamy prawie dwie godziny. Na miejscu jesteśmy, jako jedni z pierwszych. Lokujemy się na sali (Stasia nie odstraszyły nasze dzieci, rozkłada się obok nas). Odbieramy numery startowe, oglądamy miejscowe muzeum, usiłujemy iść spać. Trochę przeszkadza w tym fakt, że dzieciaki już w piątek postanowiły zrobić sobie ekstremalną imprezę biegową – najmłodszy, Wit padł tak około północy.

Rano szybka kawka, śniadanie. Staram się dużo pić, ale mam poczucie, że jestem odwodniony. Przebieramy się i ruszamy na start. Gdybym był sam, raczej bym sobie odpuścił bieganie. Czuje się słaby i bolą mnie plecy, nie ma co się szarpać. Ale nie wystawię przecież Kasi. Grzecznie przy nodze wędruję na start.

Oglądamy mapy ustalamy kolejność na pierwszym scorelaufie, Kasia zaznacza na mapie, kątem oka widzę Pawła, odliczanie ostatnich sekund, ruszamy. Początek maksymalnie asekuracyjnie, niby można zyskać jakieś 500 metrów, ale może to kosztować kilka minut błądzenia. Po starcie mija nas Paweł, chwile rozmawiamy, później wyprzedzają mnie Janek Lenczowski i Dawid Studencki, którzy równo zlali mnie na RDSie. Idziemy swoje, nic nas nie obchodzą inni. Pierwszy, drugi, trzeci punkt jak po sznurku. Wychodząc z trzeciego zapominam, że mój kompas pokazuje południe a nie północ, może jakis fizyk mi to wyjaśni? Chwilę biegniemy w przeciwnym kierunku i dobrze, bo dzięki temu widzimy łosia. I nabieramy pokory. Z czasem widzimy coraz mniej osób. Jeszcze na przedostatnim punkcie na mapie do BnO zaliczamy kąpiel w bagnie i już jesteśmy przy torach. Skończyły się żarty.

Zaczęły się schody. Na Dymno odcinki na mapach topograficznych zawsze sprawiały mi dużo trudności. Około 30 km, tylko 9 punktów kontrolnych i mapa starsza od mojej żony. Do tego ciekawe ukształtowanie powierzchni i drogi, których nie dość, że dużo to jeszcze straszliwie są nieregularne.

Od razu na pierwszym punkcie na nowej mapie (to znaczy kalendarzowo na starej) tracimy kilka minut. Kiedy Kasia radośnie krzyczy jest schodzi ze mnie spore napięcie. Na kolejny punkt idziemy już bardziej asekuracyjnie, ale przegapiamy kilka ważnych elementów i nadrabiamy dwieście, może trzysta metrów. Ale punkt znajdujemy bez problemów. Na kolejnym jest podobnie, tyle, że dokładamy sobie głupie kilkaset metrów po krzakach. Na przebiegu na czwarty zdejmujemy bluzy, jest już za ciepło na długi rękaw. Na punkcie spotykamy kilku rowerzystów i ekstremalistów, ktoś pyta nas o hak do przerzutki, ale akurat nie mamy go ze sobą.

Na piąty lecimy z lekkim odchyleniem, ale zamierzonym, tak żeby wejść na punkt od wydm, nie tracimy na punkcie nawet minuty, kolejny to punkt żywieniowy, powinno być łatwo, bo przecież będzie obsługa. Na trasie siada mi koncentracja, na szczęście Kasia nad wszystkim panuje, kiedy zaczynam znowu nawigować za wcześnie wchodzimy na punkt, zaliczamy pas krzaków, docieramy na miejsce. I tu spora niespodzianka.

Okazuje się, że jesteśmy pierwsi. Michała minęliśmy na końcówce scorelaufu, ale gdzie jest Paweł? Wyprzedził nas na początku i widać było ze ma moc, nawigacyjnie przerasta mnie i siedem głów. Czyżby coś się stało?

Biegniemy tak żeby czegoś nie zepsuć. Po drodze na siódemkę mijamy bardzo przyjacielskiego psa, na ósemkę już właściwie się doczołguję, Kasia wymiata. Teraz już ostatni punkt na starej mapie i zacznę krzyczeć hosanna. Moczymy buty na łące nie jesteśmy pewni gdzie jesteśmy, trochę pomaga nam wychodzący z punktu rowerzysta (poznajemy to po kasku, gdzie był rower nie wiem). Teraz już ostrożnie żeby nie zepsuć. Maksymalnie uważnie zmieniamy mapę, i spokojnie zaliczamy kolejne punkty. Pod koniec Kasia mnie pogania, ale ja nie mam siły wbiegać na kolejną górkę. Zaliczamy zadanie specjalne na ortofotomapie (przyznam się ćwiczyliśmy w domu na czymś takim) i w tym momencie nas podkusiło – zaczęliśmy kombinować. Kosztowało nas to kilka minut, ale odnajdujemy się i ruszamy, zostały ostatnie dwa punkty, na ostatni biegniemy szosą, po co ryzykować?

Na mecie pocałunek roku – czujemy się szczęśliwi. Kasia pierwszy raz jest na takiej imprezie, razem jeździliśmy na zwyczajne, klasycznie biegi na orientację, ale tam jest trochę inaczej. Chwilę po nas przybiega Michał, kilka po nim chwil Paweł. Kasia wyprzedziła wszystkich facetów. Taka mała dziewczynka.

Piknikujemy z dzieciarnia na boisku, idziemy na spacer, mamy świetny rodzinny czas. Andrzej zaopiekował się naszą czeredą i przyjaciółką – także Kasią – która serwisowała nasze i swoje dzieci (swoje miała jedno).

To wspólne bieganie było dla mnie czymś niepowtarzalnym, niewiarygodnym, to jak wspieraliśmy się, jak razem chłonęliśmy ten fantastyczny krajobraz. Te wszystkie łąki, pasy przeróżnych lasów.

Niepowtarzalna była też ilość ciepła, jaką zebraliśmy od ludzi. Od organizatorów, ale i od wszystkich, którzy cierpliwie, ba z uśmiechem, znosili szaleństwa naszych dzieci.

Dziękujemy

Zdjęcia Piotra Silniewicza



21:21, wojtek_wanat
Link Komentarze (5) »
wtorek, 10 maja 2011
Kwestia motywacji

W swoim starym blogu Michał Smalec napisał, że przed zawodami przestaje myśleć po buddyjsku, zaczyna po chrześcijańsku. Buddyzm jest zbyt miękki, sprawia, że jest  się za słabo nastawionym na walkę. Może niezły jest w tej dziedzinie także Koran, ale jak raz nie mam tego w domu.

Przed Dymnem byłem nędznie zmotywowany. Moja powtarzała jak mantrę – przecież tyle wybiegałeś. Ale to akurat miało się nijak do faktu, że porażka z kimś takim jak Michał Jędroszkowiak, czy Jan L, nie mówiąc już o Dawidzie wydaje się być czysta przyjemnością. I tak trwało i trwało i trwało. Ja sobie spokojnie tuptałem, kompletnie bez woli walki, nastawienia na wsadzanie (w razie potrzeby) kołka w zęby i walki do końca.

Aż wreszcie zobaczyłem na liście startowej jedno nazwisko. Jedno i z nieco innej bajki. Z tym panem nigdy nie miałem przyjemności kontaktować się, choć rzeczywiście, miałem okazję do wzmiankowanego kontaktu. W jego wyniku okazał się niezwykle chamowatym, nadętym wałem. I o ile mogę spokojnie przegrać z Janem, czy Michałem, co tam nawet z Natalią i Sabiną (jeśli pobiegnie), to z tym panem z całą pewnością nie. Jak będzie trzeba wsadzę kołek w zęby, przeciągnę rzepa przez bagno po pas i wyczeszę w jeżynach. I na koniec wpuszczę w plantację buraków.

Jakie to wszystko okazuje się być proste – niby nic a jak wiele zmienia. Idę na jakieś pobudzające rozbieganie, postawię żonie kilka punktów, niech ma, niech se pobiega. I zbiore nieco negatywnej energii. Tego mi teraz potrzeba.



08:02, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »
środa, 04 maja 2011
Ikra

Każdego to chyba dopada. Nie wiem tylko, dlaczego akurat teraz. Nie chce mi się. To znaczy, owszem, wyjdę potruchtać, ale kompletnie nie chce mi się szybko biegać. A to jakaś głęboka patologia. W sobotę na Biegu Rycerza Okunia, dwa kółka w drugim zakresie, dwa w trzecim. Ale ten trzeci zakres to był taki bez napinki. W niedzielę zamiast wychodzić na długie rozbieganie spokojna godzinka z maleńkim haczykiem.

A przecież teoretycznie rzecz biorąc powinienem teraz właśnie czuć ochotę na bieganie, ściganie się. Moja krzyczy – przecież włożyłeś tyle wysiłku, tyle nabieganych kilometrów, tyle rzeczy, z których zrezygnowałeś. W zasadzie ma to gdzieś. Gdybym dzisiaj miał biegać na Dymno i na końcówce widziałbym rywala za sobą – spokojnie poczekałbym i puścił przodem. Jemu zależy, mnie jest wszystko jedno czy będę piąty czy siódmy. Psycholog powiedziałby – kryzys motywacji. Średnio mnie interesuje, co powie psycholog. Lepiej niech się zajmie swoimi problemami. Może i mi przejdzie, może wrócę na falę, może nabiorę ochoty na cos więcej. Na dziś jestem facetem z ikrą.

Obejrzałem filmik na stronie PZOS, taka reklamówka biegów na orientację. I dwie rzeczy mnie ruszyły – strasznie to wszystko hermetyczne. Dla kogoś, kto nie biega(ł) zawodów w lesie sporo rzeczy jest niezrozumiałych. I brakuje mi takiej filozofii.

Bieganie w lesie jest zwyczajnie jak życie. Każdy musi wybrać odpowiednia dla siebie drogę i później ją odnaleźć. Jak w życiu błądzimy, popełniamy błędy i jak w życiu musimy brnąć naprzód. Tu także sukces odnosi nie ktoś najmądrzejszy, czy najsilniejszy, ale ktoś, kto potrafi wytrwale robić swoje, ktoś, kto jest najbardziej konsekwentny.

W kontekście Dymna – cieszę się, że zgłosił się Michał Jędroszkowiak i Sabina Giełzak. Jeśli przegramy nie będzie się czego wstydzić, jeśli wygramy nikt nie będzie mógł powiedzieć, że nie było z kim przegrać. Ale najbardziej cieszę się z Dawida i Jana – będzie można znowu powalczyć ze starymi znajomymi.

A ikra to takie maleńkie jajeczka.



08:26, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »