RSS
poniedziałek, 29 maja 2017
POKORA

Wczoraj dotarło do mnie, że wreszcie mam jakiś postęp. Jasne, jak sobie porównam to, co i jak teraz szuram z niegdysiejszym bieganiem to jest słabo. Ale po tym jak przez półtora roku czy więcej szarpałem się i nic, teraz nagle poczułem poprawę. Dorzucę też szpileczkę organizatorom z Poznania, niech wiedzą, że ich lubię.

Rafał Wójcik, niegdysiejszy czołowy rodzimy maratończyk powiedział kiedyś „asfalt uczy pokory”. Nic dodać nic ująć. Kiedy wracałem do biegania w Głoskowie było mi w miarę łatwo: miałem motywację, wiarę w to, co przede mną i relatywnie szybko doszedłem do czasów na poziomie 3.20. Miałem także jeden atut – jakieś 10 kilo mniej.

Teraz jest inaczej, jest czy raczej było. Przez miesiące miałem krótki progres a później tydzień czy dwa walczyłem, żeby wygrzebać się na trening. Robiły się trzy, cztery siedem dni przerwy i rodziła się frustracja. Nijak nie potrafiłem uwierzyć, że jakoś to będzie, nie miałem poprawy. Właściwie dopiero na połówce okazało się, że nie poleciałem w dół. Lepszy rok do roku wynik w maratonie był wynikiem tego, że rok wcześniej pobiegłem jak ostatni debil.

I nagle, sam nie wiem jak przeszło. Nie martwię się już uhodowanym na antydepresantach brzuch, ważę te swoje 85 – 86 i liczę po cichu, że powoli z czasem zjadę, a zostanie nadmiar siły, jak nie uda mi się wyjść dzisiaj to wychodzę jutro, spokojnie nizam paciorki kilometrów i nie wyję z żalu, że zamiast 30 km biegam 15 a tempo już nie 4.45 tylko 5.45. Bo teraz to jest już 5.45, bo dwa miesiące temu było wolniej o jakieś 15 sekund na kilometrze.

I nie mm zamiaru biegać jakiegoś ultra, bo jestem na to zwyczajnie (metaforycznie) za cienki i sam nie wiem czy mam ochotę wracać do ultra, jak już będę trochę w gazie to pomyślę. Nauczyłem się, że do wszystkiego trzeba dochodzić powoli, krok po kroku i nie ma, co się spieszyć. No i że nie warto myśleć tylko jak to kiedyś było dobrze. Poza wszystkim jestem już 50+ a peseloza to choroba o różnych objawach. Nabrałem pokory.

A panowie z Poznania? Znalazłem w końcu informację, że Karolina Nadolska jest omc Rekordzistką Polski. Trochę także na własne życzenie, bo nie miała ważnej licencji. Pozostaje pytanie czy państwo organizatorstwo dojdą do swojego rozumu i w październiku będą sędziowie czy też znowu jak padnie rekord to będzie tylko omc, bo ich to, no dobra, napiszę, wali?



08:50, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 maja 2017
DWÓJKOŁAMACZE

Tak na marginesie wczorajszej imprezy na torze Monza pojawia mi się pytanie czy nieuznanie rekordu to efekt niedbałości czy uczciwości.

Przy okazji całego zamieszania pojawiło się sporo głosów, że wszystko to ma mało wspólnego ze sportem. Trafny komentarz na stronie Bieganie.pl na pytanie o zdanie ekspertów stwierdził, że ekspertami są tu właściciele i księgowa Nike’a. Coś w tym jest.

Po pierwsze jasne, że w porównaniu z klasycznym maratonem bohater poranka miał łatwiej. Czy jednak tłumaczy to poprawę wyniku o prawie trzy minuty? Swoje zrobiło zapewne precyzyjne przygotowanie i przekonanie, że muszą być tego pozytywne skutki.

Czy można była całość zorganizować tak, żeby rekord był do uznania? Jasne, po pierwsze samochód niższy i nieco dalej, po drugie napoje na stołach. To by było do zorganizowania praktycznie bez straty czasu zawodników. Wreszcie pacemakerzy, którzy pierwsze kółko lecą wszyscy a później zwyczajnie „są dublowani” i kolejne kółka biegną z Kipchoge. Pytanie czy było to niedopatrzenie czy przejaw uczciwości? Zawody w kalendarzu, trasa z atestem, nawet buty z atestem, badania na doping, więc wydaje się, że wszystko pod kontrolą.

Jest jeszcze trzecia możliwość – w takiej sytuacji Nike jest bezpieczne, gdyby rekord został uznany jakaś część środowiska biegaczy stwierdziłaby, że to już przegięcie i straty były by większe niż zysk. Straty marketingowe rzecz jasna.

I pojawia się pytanie o zorganizowanie podobnego wyścigu dla wielu stajni. Sama ścisła czołówka, zające od startu a później dublowani, tak, żeby rekord był do uznania. Wiem, że nie jest to klasyczny maraton, ale cóż, może to jest droga?

Na koniec, kolejny raz przeszukałem ponad 15 km, kolejny dwucyfrowy trening. A waga na to – ty grubasie. Trzeba być cierpliwym.



15:26, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »