RSS
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Grassor

Puchar Polski w Szwecji? Pomysł wydaje się być idiotyczny. Tyle że jeśli spojrzeć na to z nieco innej strony sprawa okazuje się być logiczna. W ostatnia sobotę przetoczyłem się przez kolejną pięćdziesiątkę. Tym razem był to odbywający się w Szwecji Grassor.

Po co prowadzę tego bloga? A może powinienem zapytać po co prowadzę ten blog? Sam nie wiem która forma jest poprawna. Wiem natomiast w jakim celu smaruję tutaj te wszystkie tekściki.
Czytając na ten przykład na znakomitej stronie Maratony Polskie teksty wybitnego biegacza o tym, jaki to on jest wspaniały i jak wiele warte są jego wyniki, czuję niesmak. Szczególnie, że chwilę wcześniej na forum w jakiejś dyskusji tenże wybitny biegacz użył sformułowania – siedź cicho, bo nie biegasz maratonu poniżej trzech godzin, jak będziesz dobrze biegał to się będziesz mógł wypowiadać. Takie pisanie z zachwytem o sobie na stronie z założenia informacyjnej wydaje mi się niesmaczne. Co innego blog – tu spokojnie mogę pisać, że jestem fantastyczny, jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny. I po to mi ten blog.

Do Szwecji jedziemy w doborowym towarzystwie: z Ulą Wojciechowską i Jankiem Lenczowskim. Nie wiem czy stopień poufałości jest wystarczający żebym mógł zdrabniać ich imiona, ale zaryzykuję. Ani ja ani Janek nigdy nie byliśmy na imprezach Wigora, Ula opowiada nam o przeróżnych atrakcjach czekających na nas na trasie. Są więc zawodnicy gryzący z bezradności korę drzew, po trzech godzinach szukania punktu, nawigacyjne trudności w skali giga, przerażające punkty gotowe bez mała połknąć niczego nie spodziewającego się uczestnika. Są gwałtowne załamania pogody i przerażając upały w których w ciągu kwadransa można wypocić dwa litry wody. Pojawia się więc pytanie: czy mamy szansę to przeżyć?

Na miejscu, w Szwecji przekonujemy się czemu Wigor stosuje taką politykę. Taką to znaczy mającą zniechęcić potencjalnych uczestników – na liście startowej jest około 80 osób, sala gimnastyczna (w budynku, który wcześniej był kościołem) nie pomieści tak wielkiej liczby, dobrze że sporo osób dojeżdża rano, a formuła imprezy zakłada swoistą zmianowość spania. Wieczorem położą się uczestnicy krótszych tras, a kiedy zaczną wstawać, na ich miejsce padać będą osoby wracające z tras dłuższych.

Wieczorem padam szybko, rano wstaję kiedy większość ludzi pogrążona jest w głębokim śnie. Jedno, drugie, trzecie śniadania. Wiadomo – nie wiadomo ile czasu spędzę w lesie. Staram się jak najwięcej pić. Nieubłagalnie zbliża się południe. Momentami bywa zabawnie – Marcin Krasuski zapomniał spodni. Poleci w tych w których przyjechał. Czy ma drugie na powrót? Nie wiem.

Odbieram mapę, opisy punktów i decyduję się – zaczynam od szóstki. Tu jeszcze ciasno – przede mną wpada tam Janek i bracia, jak się później okaże Zawiszowie. Kiedy wychodzę z punktu (chwilę zajęło w półmroku sprawdzenie gdzie dokładnie są kolejne PK) mijam Fryderyka lat trzynaście. Szybki to ja nie jestem. Dalej jest już ciut lepiej. Na dziewiątce jestem chwilę przed Jankiem i tu rozdzielamy się: ja wracam na wschodni brzeg rzeczki, on wybiera zachodni. Orientuję się że nie do końca jestem pewny gdzie jest kolejny punkt (PK 5), ale napieram.
Na miejscu sytuacja jest patowa – PK narysowany jest na skarpie a opisany jako cypel. Dzielnie szuram w pokrzywach, krzakach i tatarakach nad brzegiem rzeki, słyszę najpierw chrumkanie, i tupot, później kwik i tupot a na koniec – spierdalaj pedale. Próbuję namierzyć się z drugiej strony rzeki (część szukania odbywało się z poziomu wody, bo nurtem było łatwiej iść) i wychodząc na drogę znajduję punkt. Stał dokładnie tam gdzie był narysowany, tyle że na górze skarpy sporo nad powierzchnią wody. Jak nic mamy zupełnie inne wyobrażenia na temat cypla. Szuwary to obok tego cypla nie szumią romantycznie. Nie to co na dole gdzie przeszkadzałem zakochanej parze.

Dalej jest już coraz lepiej – kolejne PK przechodzą bez historii. Nie daję nabrać się ani na róg lasu, który był narysowany na rogu pola, ani na wejście w kiepską kolejność znajdowania punktów. Jęczę, rzężę, trzeszczę. Daje ile fabryka dała, a dała niewiele. Jeszcze na końcu na przebiegu z ostatniego, trzeciego PK na metę, jak frajer pakuję się w krzaki. Zyskuję ze 200 m tracę jakieś 5 minut. Dalej już tylko trucht do mety. Na drodze jakaś podeszwa, mam nadzieję że nie Janka. Wpadam na metę – nareszcie.

Osiem minut po mnie melduje się Janek, trochę później Maciej Sochan, jego trzecie miejsce w debiucie to niewątpliwy sukces. Na mecie dowiaduję się że na drugim punkcie Janek zgubił mapę. Skończył dlatego że swoją oddał mu Irek Kociołek.
Z kronikarskiego obowiązku – wśród kobiet na trasie TP 50 wygrała Ula Wojciechowska, na TP 100 Anna Trykosko i Marcin Krasuski. Może warto zastanowić się nad opcją biegania w cywilnych spodniach?

Dalej było już tylko coraz bardziej miło. Organizator częstował nas ciepłą pizzą, dla wszystkich było pyszne spaghetti, później pogaduchy i niewiele po północy spać.

Pomysł z odsłanianiem kolejnych punktów interesujący, choć nieco irytowało mnie że dobiegając do punktu nie mogę mieć gotowego wariantu na szybkie odejście i „wystawiam” rywalom punkt. Do końca nie byłem pewny co będzie dalej. Dopiero potwierdzając siódmy punkt, znałem położenie wszystkich.
Trochę zawiodłem się stopniem trudności. Czy to za sprawą mapy (była bardzo dokładna jak na standardy pięćdziesiątek) czy dlatego że miałem szczęście nie miałem problemów nawigacyjnych. Żadnego gryzienia kory, złorzeczenia czy kopania w kołek. Było miło.
Teren śliczny jak z obrazka, szkoda tylko że tak mało osób mogło się tym cieszyć.

I jeszcze – nieoficjalnie policzyłem że aktualnym liderem klasyfikacji pucharowej w pięćdziesiątkach jest Irek Kociołek.



15:02, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 czerwca 2011
Z poniedziałku

Po wekendzie, jak to po wekendzie. Jest lizanie ran, zastanawianie nad tym dlaczego jestem taki słaby i planowanie co teraz. Niby jak zawsze, ale nieustannie jestem niezwykle szczęśliwy. Bo żonę mam niezwykłą i dzieciaki. No i okazało się że nie jesteśmy jedynymi wariatami w okolicy.

Preludium były przełaje w Grodzisku. Dobrze zorganizowane, ale z jedna wadą – bardzo mało dorosłych. W kategorii Open wystartowała jedna kobieta i czterech mężczyzn, w tym dwóch, na moje oko, licealistów, szkoda. Widać, że informacje rozeszły się poprzez szkoły i nauczyciele nagonili uczniów. Organizatorzy byli zaskoczeni, że przyjechaliśmy całą rodziną ale, co dobrze o nich świadczy, zaczęli się zastanawiać. Było fajnie, dyplom za drugie miejsce w kategorii open chłopców bezcenny.

Dzień wariacki, na koniec zakupy i około 20.00 zjeżdżamy się w domu. Jeszcze gotowanie tego i owego. Po chwili przyjeżdża Janek z rodziną i znajomym - Sylviem. Dzieciaki szaleją, jest ich w sumie czwórka (i piąte już zaczyna się pchać na świat). Po 23.00 dociera Paweł Pakuła, przed północą ekipa Sherpasów. Od 21 wędrują już Magda z Marcinem i Tomkiem – organizatorzy WayipoinRace. Magda bardzo nam pomogła przy organizacji imprezy, wielkie dzięki. O północy wędrujemy na dół, Kasi w organizacji startu pomagają chłopaki – Adaś i Wit (lat odpowiednio 2,5 i 2), ruszamy.

I dalej było sporo biegania i kilka niezapomnianych widoków. Mgła nad łąkami miedzy Grudowem a Brwinowem. Szukanie punktu na stacji w Podkowie Leśnej. Jest około 3.30 i po peronach przemieszcza się siedem osób, w większości z czołówkami. Nie wiem czy widział to ktoś z boku, ale jeśli tak, to musiał mieć dziwne odczucia. Punkt w końcu znalazłem, a jakże, w koszu na śmieci (wygrzebałem spod butelek). Nasycające się o brzasku kolory. Niezapomniane wrażenie po wejściu w trawy po pas, pokryte rosą. No i widok śpiącej czwórki dzieci (taki dziecięcy splątaniec – przekładaniec) kiedy wróciłem z trasy.

Trochę się przespaliśmy, rano dzieciaki z mapą ruszyły na poszukiwanie skarbów a później na festyn, czy piknik rodzinny.

Szkoda, że nie dało się zrobić tego tak, że wieczorem jesteśmy ciut dłużej razem, i rano więcej nas zostaje. Jak by nie patrzeć to bieganie było pretekstem do bycia razem, a nie odwrotnie. I mam takie wrażenie, że z osobami które widziałem wcześniej kilka razy sporo nas łączy, w sensie patrzenia na świat i takie imprezy. I nie jest to udowadnianie sobie, pokonywanie i przesuwanie granic własnych możliwości i takie tam. I wiedziałem o tym już wcześniej. Jak napisał Michał Smalec są to ludzie z tego samego lasu. Zapytają raczej jak ci się biegało niż jak ci poszło.

Chciałoby się powiedzieć – do zobaczenia za rok. Szkoda tylko że jestem już taki stary – trzydziestka byłaby w sam raz. Może się odmłodzę? Było, jak dla mnie fantastycznie, nie wiem czy nie szkoda czekać aż tak długo.



07:54, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 czerwca 2011
Urodziny

Dzisiaj są moje urodziny, tak śpiewał Sted. Warto czasem wspomnieć starszego pana, jak by nie patrzeć, w jakiś sposób, ojca chrzestnego tego blogu. Jak urodziny i to okrągłe to, czy mam na to ochotę czy nie, zaczyna się rozliczanie z przeszłością. Co robiłem kończąc 40, 35, 30 lat? Gdzie wtedy byłem? Gdzie jestem, teraz?

Czterdzieste urodziny miałem w miarę normalne, przynajmniej w granicach naszych norm. Jechaliśmy na jakieś warsztaty w Kotlinie Kłodzkiej, dokładnie w miejscowości Żelazno. Wisia miała trzy miesiące, jechaliśmy z psem i setkami bagaży. Pamiętam wanienkę zapakowaną w worek i pełną rzeczy młodej. Przesiadka we Wrocławiu i spotkanie z teściami. Teściów mam fantastycznych.

Trzydzieste piąte? Nie pamiętam, jak znam życie byłem naćpany.

Trzydzieste – impreza w Blues Barze. Nie wiem czy ta knajpa jeszcze istnieje. Dawny szalet miejski niedaleko Placu na Rozdrożu. Spotkali się różni moi znajomi. Koledzy z pracy, byli uczniowie (i uczennice). Impreza kończyła się w Parku Ujazdowskim wspólnym rozpijaniem jakieś beczułki piwa. Podobno później ekipa poszła jeszcze do Okrąglaka (tej knajpy już nie ma). Szkoda miała klimat, przychodzili pociągowi kieszonkowcy, panny z pigalaka, różni tacy nocni wędrowcy.

Przez lata był w tym dniu organizowany bieg – z Belwederu na Rynek Starego Miasta. Później szliśmy po knajpach. Na Starówce nie było jeszcze aż tak ekskluzywnie. I tak drogo, knajpy wzywały, było super.

A teraz? Jutro sobie pobiegam, rano na jakichś przełajach, na trasie o nieznanej długości, o północy na czterdziestce piątce organizowanej przez Kasię. Będzie Janek Lenczowski (przegrałem z nim na RDSie) i Paweł Pakuła (z nim przegrałem na Nawigartorze) Ula Wojciechowska, Magda Lusa, która bardzo Kasi pomaga. I mam nadzieję wpadnie jeszcze kilka osób. O świcie wpadniemy na łąki, żeby patrzeć jak płożą się mgły. Pamiętam takie przedświty z treningów jeszcze w Głoskowie.
Kasia znalazła dla mnie kilka fantastycznych rzeczy, dzieciaki wymalowały kubek i talerzyk, Kasia je wypaliła, jutrzejsza kawa będzie w nich smakować niezwykle. Nie mogę powiedzieć że jestem spełniony. Jest jeszcze ogromnie dużo rzeczy których muszę się nauczyć, nauczyć o sobie. Takich które muszę w sobie w swoim życiu zmienić, poprawić. To pewne, ale z cała pewnością mogę powiedzieć że czuje się szczęśliwy. Nie kompulsywną, imprezową radością. Czuję się radosny, spokojny i szczęśliwy.

Na bieganie.pl znalazłem link do podobnego filmiku i pomyślałem, że jeśli chce się być sensownym rodzicem to dobrze jest robiąc wiele rzeczy myśleć o dzieciach. O tym że chciałyby być dumne ze swoich rodziców. I starać się być szczęśliwym. Bo tylko tak mogę sprawić żeby kiedyś i one były szczęśliwe. Coraz bardziej przekonuje się że w dużym stopniu zawdzięczam życie swoim dzieciakom, szczególniej tej starszej, bardziej przemądrzałej, ale to inna historia na innego bloga. Teraz myślę już o jutrzejszej, porannej kawce. Bo tak naprawdę urodziny to mam jutro (wtedy też była sobota). I chyba zadzwonię do mamusi. Nieźle musiała się namęczyć ze mną. I to nie tylko przy okazji porodu.

 

22:39, wojtek_wanat
Link Komentarze (1) »