RSS
wtorek, 12 czerwca 2012
Kiszka Ziemniaczana

Od kilkunastu minut siedzę sam w poczekalni białostockiego dworca. Kasie wzięły dzieciaki i poszły oglądać jakieś lokomotywy. Ja spoglądam znad książki na falujące pod cienkim materiałem wzgórza Podlasia. Piękne tu wszystko, nie tak płaskie jak na Mazowszu, choć ja pozostaję nieodmiennie pod piorunującym wrażeniem fragmentów Dolnego Śląska. Zresztą taki był cały ten wyjazd – pełny pięknych widoków i zaskoczenia.

W środę rozmawiamy jeszcze ze swoją szefową. Na pytanie co robimy  dłuższy wekend odpowiedziałem – jedziemy na kiszkę ziemniaczaną. I taki był plan – zjeść kiszkę, poznać Puszczę Knyszyńską i, jak dla mnie, wreszcie coś wygrać. W zasadzie prawie się udało.

Jedziemy pociągiem,  Kasią i Julką. Tak jest lepiej, w samochodzie byśmy się nie zmieścili, za dużo nas. Przesiadka w Białymstoku. Jemy niestety pizzę, szkoda że nie kiszkę, ale trudno szukać czegoś regionalnego ze stadkiem dzieci i ciężkimi manelami. W miarę wcześnie jesteśmy na miejscu. Spacer po Supraślu i pewne zaskoczenie – wiedziałem wcześniej że właśnie tu ma swoją siedzibę Teatr Wierszalin, ale patrząc na ofertę kulturalną zastanawiamy się czy nie przyjechać tu na dłużej. Miasteczko śliczne jak z obrazka i co chyba cenniejsze ogromnie dużo ciepła, życzliwości od zwykłych przechodniów. Jeszcze oglądanie w knajpie meczu i wracamy do bazy.

W bazie udaje przenosimy się z sali baletowej na korytarz, organizator załatwia nam jeszcze materace i powoli składamy się spać. Poznajemy w realu znanego z Biegania.pl Jurka Kuptela, kolejny raz okazuje się że Internet ma także dobre strony.

Rano śniadanie, odprawa, mapy i do lasu. Ruszamy żwawo, mapa niby stara, ale nieźle gra. Sprawnie dobiegamy na miejsce i zaczyna my szukać płachty z perforatorem. Jedno, drugie, trzecie kółko. Kasia dzwoni do organizatora. Po półgodzinie krążenia odbijam na północ i okazuje się że szukaliśmy w prawie dobrym miejscu ale jednak przy zły jeziorze. Do pierwszego PK docieramy po godzinie i siedmiu minutach. W pamięci mnożę przez 12 i wychodzi mi 13,5 godziny. Chyba w limicie, tyle, że wcześniej gaszą światło. Do dwójki lecimy już bez większych błędów. Pod koniec rozdzielamy się. Kasia leci przodem, ja kompletnie nie mam siły na bieganie – zaczynam mozolny marsz w kierunku mety. Spotykamy się za PK, jeszcze raz wracam na niego. Kasia przekonuje się że dwa razy przechodziła obok niego, ale nie widziała punktu. Rzuca długą uwagę temat takiego sposobu wieszania punktów. Na trzeci idziemy pieszo, na czwarty ciut podbiegamy Sporo idziemy z parą autochtonów – bardzo fajni ludzie, korzystamy też nieco z ich umiejętności nawigacyjnych.

Na piątkę i szóstkę biegniemy, z przerwą na tankowanie, bo picie już mi się skończyło. Na siódemkę znowu spacer a dalej motamy się biegnąc. Tak było całą drogę – szybko i niedokładnie, albo wolno i dokładnie. Dotaczamy się na metę po ponad ośmiu godzinach Ile biegaliśmy nie wiem. Kąpiel w gorącej wodzie, pyszny, regionalny obiad (nie wiem y obowiązując nazwa to kartacze czy cepeliny). Świetnie czujemy się w bazie i w miasteczku. Jak mówi szefowi imprezy Kasia - to bardzo fajna impreza, bo ty jesteś fajnym, ciepłym człowiekiem.

I to jest najlepsza recenzja z Oriento – ogromnie dużo ciepła, serdeczności, piękny teren, wymagająca trasa. Organizatorzy ciągle pytają co można robić lepiej i to źle wróży tej imprezie. Już jest bardzo dobra a będzie coraz lepsza. I z roku na rok coraz więcej ludzi będzie tu starować. Trochę szkoda by było fantastycznej, kameralnej imprezy. Z drugiej strony RDS, Skorpion czy Nawigator bronią się – są znakomitymi imprezami, kameralnymi i pełnymi ciepła dzięki emu jacy ludzie je organizują.

To co zrobiłem na trasie w sensie sportowym było kompletnie bez sensu. Kolejny raz okazało się że nogi nogami, ale zawody przegrywa się głową. Rozniosły mnie pozasportowe emocje, ale tak czy inaczej było warto. Z czasem głowa się uspokoi i wtedy coś tam uda mi się wygrać. Tym razem zwyczajnie Bartek i Bernard byli lepsi.

Tak na wszelki wypadek napiszę – nie ma co przyjeżdżać na Podlasie – jest tu okropnie, ludzie są straszni, impreza fatalna, szkoda czasu. Ja tam pojadę może tym razem uda mi się zjeść kiszkę ziemniaczaną. Bo ja lubię kiszkę a w Warszawie i okolicach o nią trudno. No i piękne są wzgórza Podlasia



07:52, wojtek_wanat
Link Komentarze (4) »