RSS
czwartek, 28 lipca 2011
Nawigator

Za tydzień i dwa dni biegnę w Nawigatorze. I choć na liście nie ma jeszcze Michała Jędroszkowiaka  nie jestem specjalnie pewny siebie. Ale na szczęście moja stara uparła się mnie dopilnować, także na trasie. Nie będzie lekko.

O ile kilka miesięcy temu miałem tak zwany gaz, teraz jakoś to ze mnie opadło. Nie mam jakiś specjalnej energii na bieganie. Pustka, kompletnie nie czuję ochoty na szybsze bieganie – interwał odpada. Długie bieganie jeszcze jakoś zmęczę, ale szarpnięcie jest dla mnie jak gwałt na organizmie. Generalnie jest słabo.

Cieszę się, że na Nawigatora przyjedzie i Maciek W i Sabina. W sumie, gdyby był i Michał mielibyśmy komplet. Nie będzie tez Dawida i Bartka Grabowskiego. Szkoda.

Mam niejasne wrażenie, że w tym roku jakoś tak sporo osób nabrało ochoty na ściganie się na pięćdziesiątkach. W zeszłym roku na tym dystansie nie było wyścigów. W tym na większości imprez na krótszym dystansie i więcej chętnych i bardziej wyrównana walka. Nie miałem ani jednej imprezy, o której mogę powiedzieć, że swobodnie ją wygrałem. Inna sprawa że mam taką o której wiem że dostałem okrutny łomot. I to trochę zmieni optykę pięćdziesiątek i mam nadzieję całego tego środowiska. Setki są dla łojantów a pięćdziesiątki dla tych co nie chcą zajechać się do spodu. To fakt. Ale przecież nie wszystkim musi chodzić żeby zajechać się i leżeć przez dwa dni plackiem.

Pięćdziesiątki są luźniejsze i można polecieć sobie pięćdziesiątkę co dwa – trzy tygodnie i nie odbywa się to specjalnym kosztem. Brakuje mi tylko elementu rodzinnego. Moje robale nudzą się na takich imprezach, bo ile można czekać na starych?

I tak jestem skazany na koegzystencję dwóch światów głownie dla mnie pięćdziesiąteczki, głownie dla dzieci i starej tupanie po asfalcie i biegi krasnoludka. Życie.



19:04, wojtek_wanat
Link Komentarze (4) »
środa, 13 lipca 2011
Się dzieje

Jankowi urodził się syn. Ma na imię Krzysztof i jak znam życie za kilka miesięcy, razem ze starszym bratem będą nieźle wymiatać. Janek zapisał się na WSS i podejrzewam że pojedzie tam przegrać z Michałem. Dzieje się.

Ja powoli zaczyna wracać do w miarę regularnego treningu. Inspirujące jest dla mnie top co Kasia wyczytała w blogu Kulawego – że biega odcinki szybko, nawet bardzo szybko. Woli pobiec ich mniej a szybko, niż nabiegać tyle ile wynika z założenia (czyli w starej szkole 1,5 – 2,5 razy docelowy dystans). Może też powinienem zacząć biegać odcinki. Bo jak mawiał mój stary trener – jak biegasz odcinki to biegaj a nie truchtaj. Coś w tym jest. Nawet zaprowadziłem sobie dzienniczek treningowy i jak już wyjedzie moja teściowa to zacznę w nim wpisywać treningi. I może nawet podliczę te wszystkie tygodnie co wpisałem, ale później olałem.

Z dobrych wiadomości – Michał J. nadal pała żądzą rewanżu. Zgłosił się na WSS też na 50 (mimo że jest tam i setka) i jak nic chce zgarnąć dwa puchary. Nie wiem czy ma szanse, może policzę, ale na ten czas to raczej mam pomysł na trening a nie na liczenie. Swoją drogą zabawnie to troszkę brzmi: na stronie organizatora – dla mniej doświadczonych TP 50 i na liście Michał. No może i nie jest specjalnie doświadczony, ja tam się nie znam.

Swoją drogą to dobrze, że poza mną i Jankiem. No i braćmi G oraz Dawidem jest jeszcze ktoś kto się ściga. Zawody stają się ciekawsze, można dostać po tyłku i dobrze. Mam nadzieję że na Nawigatorze też będzie Michał i też na pięćdziesiątce. Na mecie padnę jak nic na ryj. Jak nie przymierzając tu:



19:56, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 lipca 2011
Więcbork

I jak by nie patrzeć miałem rację. Miało być okropnie i było okropnie. Szkoda tylko że aż tak. Zawody w Więcborku okazały się jedna wielką, totalna klapą. Ale po kolei.

Tydzień między zawodami zamiast choćby trochę przetruchtać, spędzam na głębokiej labie. Wychodzę na dwa treningi. I jak mi się wydaje to zdecydowanie za mało. Kolejny raz okazuje się jak bardzo jesteśmy od siebie zależni. Kiedy siedzę w domu sam jest mi znacznie trudniej zebrać się i zrobić cos sensownego. Ten czas uciekła mi przez palce. I przez kilka dni zamiast wyjść jak człowiek rano na trening odkładałem to na później i wychodziło że później było już za późno. Podejrzewam że gdyby Kasia była w domu wyszłoby zdecydowanie lepiej.

Dojeżdżam na ostatnia chwilę. Zamiast jechać jak człowiek w przeddzień zbieram się w sobotę i jestem na miejscu na godzinę przed planowana godziną startu. Po drodze mam kłopoty ze zjedzeniem czegoś ciepłego. Zresztą organizm odmawia wciągania kolejnych kalorii.

Na miejscu nerwówka i po przesunięciu godziny startu na 17.30 zaczynam zastanawiać czy mój plan z powrotem o 1.05 jest możliwy do realizacji. Powoli zaczyna mi się wszystko w głowie sypać. Biorę mapę i zaczyna się.

Widzę dobry wariant trasy i sam nie wiem dlaczego zmieniam go. Dokładam sobie jakieś 6 – 8 kilometrów. Zaczynam relatywnie szybko, ale Michał mija mnie jak tyczkę w slalomie. Sprawnie zaliczam kolejne punkty. Wszystko wydaje się być w porządku. Dla ciekawskich po kolei PK 2 –3 -12 -7 – 6 -4 -5 –8 –9 -10 -11 -1. Pomiędzy piątka i ósemką i później między dziewiątką a dziesiątką monstrualnej długości przebiegi. I na tym drugim wyłącza mi zasilanie. Mięśnie mówią że to już koniec, że nie mają zamiaru cisnąć do spodu i to że ja jestem idiotą, nie oznacza że one dadzą spalić się na piasek. Jest jakieś cztery i pół godziny biegu, a ja zaczynam iść. Żywo, to fakt, tętno mam ciągle powyżej stu, ale idę. Bez kłopotów znajduję dziesiątkę, chwilę kręcę się przy jedenastce. Idę uparcie, nawet nie próbuję podbiegać. Coś we mnie pękło.

Kolejny raz okazało się że gdzieś tam na krzakach zostawiłem jaja. Może zresztą nie na zawsze. A poza tym czy to źle? Gdzieś pod czaszką pojawiła się myśl – i co będziesz się katował głupi? Nie miałem z czego cisnąć. Jasne że gdybym wsadził kołek w zęby i zaczął na zmianę truchtać i iść, czy nawet biec i iść, ze wskazaniem na biec, pewnie skończyłbym w sześć godzin ze sporym groszem, a nie ponad siedem i pół. No i co?

Kiedy szedłem do jedynki najpierw bodaj zacząłem to słyszeć – takie upiorne dźwięki, z czasem i zobaczyłem. Przy drodze stał wiatrak, takie duże śmigło co to prąd daje. Ale widać było tylko jego kolumnę. Samo, oświetlone śmigło było ukryte w chmurach. Strasznie nisko musiały być te chmury. Wrażenie było jak bym znalazł się w przedsionku piekieł.

Końcówkę po asfalcie już truchtam i dobrze, bo dzięki temu jestem trzeci, niewiele ponad dwie godziny przegrywam z Michałem, ponad godzinę z Bartkiem Grabowskim. Generalnie żenada. Nie dlatego że ponad dwie godziny. Dlatego że pękłem, może nie miałem z czego, ale o czymś takim warto wiedzieć wcześniej. Niby mogłem zostać w domu, ale czy warto?

Czy warto było jechać do Więcborka? Nie pytam tu czy to było fajna impreza, dobrze zorganizowana. Robili ją rowerzyści i to widać. Z poziomu (chodzi mi o odległość od gruntu, a nie określenie metaforyczne) pieszego było łatwo. Bieganie po laskach i cięcie przez pola (ten i ów leżał dłuższą chwile w zbożu bo miejscowi latali, już nie z kłonicami a z samochodami ot terenówkami, ot postęp). W cyklu muszą być różne imprezy, takie wymuszające więcej dokładnej nawigacji i takie w których ważniejsza jest stalowa łydka. Tu ważniejsza jest łydka i też dobrze. Nie uważam żeby impreza była słaba. Była na poziomie i widać było że ludziom zależało. Klimat na mecie i super i generalnie bardzo w porządku, ale. Jak już gdzieś napisałem chciałbym wygrać cały cykl i te niespełna 30 punktów jest mi na nic. Tak czy inaczej będę musiał pobiec ósmy raz, poza planem, tak żeby bez obaw czekać na Nocną Masakrę.

Czy w tym kontekście warto było? Tu powraca Karl Jaspers i doświadczenie graniczne. Jak wiele się o sobie nauczyłem? Nie tylko o tym że nieco inaczej trzeba traktować to całe bieganie, bo jeśli będę tak na luzie wybierał się na zawody to będzie tak jak teraz, czyli do niczego. Także o tym że jak jest kiepsko, zamiast walczyć do zajechania puszczam. I może to dobrze, bo zamiast zajechać się w sytuacji, kiedy było to trochę bez sensu mogę dziś czy jutro spokojnie zacząć truchtać pod następne starty. I to może jest w tym wszystkim najcenniejsze – świadomość że nic nie muszę, że nie muszę zawszy być najlepszy i pokazywać jakim to nie jestem charakternikiem. Tak jak czasem trzeba pocisnąć (i tego akurat nie potrafię) to czasem trzeba odpuścić. I nie mieć z tego powodu wyrzutów.



07:49, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 lipca 2011
Boję się

Od trzech czy czterech godzin zbieram się na ostanie rozbiegano. I cały czas czuję to samo, to co często czuję przed startem na szosie, co zawsze czuje kiedy zbliża się godzina startu na jakiejś pięćdziesiątce. Zwyczajnie boję się.

Kiedy spojrzałem na pulsometr w czasie odprawy przed Skorpionem miałem tętno w granicach setki. A przecież nie biegłem. Zwyczajnie stałem w grupie ludzi i słuchałem wyjaśnień. Z grubsza nie było tam nic nowego, wiedziałem na co się decyduję. Ale adrenalina robiła swoje.

Po Grassorze Paweł Kotlarz zapytał mnie czemu nie biegam setek? Nie chcę, pięćdziesiątka jest jakby skrojona na moje tu i teraz. Muszę cisnąć, ale nie aż tak jak na maratonie. I kiedy zbliża się szczęśliwe zakończenie walczę o każdy krok, każdy metr trasy. Stając na starcie wiem że będzie mi straszliwie ciężko, że na końcu będę przeklinał po raz kolejny swoje idiotyczne pomysły i powtarzał że to już ostatni raz.

Sprawdzam listę rzeczy na wyjazd, no i prognozę pogody. Jak się ubrać? Czy wystarczy krótki rękawek jak w Szwecji? Może postawić na jakąś lekką kurtkę? Muszę pamiętać o czołówce, no i kupić baterie. I tak jak boję się tego biegu, tak i to wyjście na rozbieganie odsuwam. Umyłem nawet kosz na śmieci, jeszcze raz wyszedłem z psem, trochę sprzątam. Żeby tylko nie wychodzić.

W Szwecji Ula Wojciechowska patrzyła na mnie z przekonaniem że się koncentruję. A ja zwyczajnie walczyłem z różnymi uczuciami. A właściwie patrzyłem jak sprzeczne uczucia mieszają się we mnie i jak ze sobą walczą. Jak lęk jest powoli wypychany przez radość z tego że za chwilę znowu będę to robił, z tego bliskiego kontaktu z lasem, z otoczeniem. Nie jest to aż takie intensywne jak w klasycznym BnO. Tu jest jeszcze miejsce na myślenie o innych rzeczach. Trzeba tylko wyczuć, kiedy mogę pozwolić na kilka minut „odjazdu” a kiedy trzeba uważać. Mam wrażenie że takie krótkie odejście od biegu, dekoncentracji jest momentami niezbędne. Sześć godzin pełnej napinki to ponad siły. Przynajmniej ponad moje siły.

Ale za każdym razem boję się porażki. Nie tego że ktoś ze mną wygra, tego że przegram z własna słabością, że moje granice okażą się być zdecydowanie bliżej niż bym sobie tego życzył. I tak jest i tym razem. Ale za chwilę pozmywam, pozamiatam i nie mając innego wyjścia przebiorę  się w ciuchy do biegania i potruchtam. Spakuję się i pojadę.

I poza lękiem mam nadzieję że będę krzyczał z radości na trasie. Cichutko i do pewnego momentu. Później będę krzyczał z radości że to już koniec.



12:54, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »