RSS
niedziela, 20 sierpnia 2017
OSTATNIE SZEŚĆ KILOMETRÓW

Rzadko pisuję o startach, bo i rzadko startuję. O treningu też jakoś nie mam weny, ale dzisiaj pomyślałem, że warto. Myślałem w czasie treningu i z tego myślenia pojawiły się te zdania.

Zostało jeszcze sześć kilometrów. To znaczy z założenia byłoby pięć, ale jakoś tak mi się pomyślało, że zrobię jeden więcej i będzie pupcio. Lecę, nogi mam już mocno skłodowane, ale przemieszczają mnie całkiem elegancko. Myśli mi się o Wielce Wybitnej Pedagożce, co to nie wierzy w przełamywanie się, bo to niczemu nie służy i po co to przesuwać swoje granice, po co wspierać młody w tych granic, ich własnych granic przesuwaniu. Biegnę tak i myślę, że mógłbym spokojnie skończyć za kilometr, do domu mi zostanie parę kroków. Nawet nie kilometr, nawet nie pól, bo jak tak sobie myślę to już prawie ten kilometr przebiegłem. Teraz ostrożniutko, bo tutaj półtora tygodnia temu wywinąłem fantastycznego orła, bo brzuch mi asfalt zasłonił. Kolano się jeszcze nie zagoiło, więc patrzę pod nogi, brzuch wciągam, innych rzeczy już dawno nie wciągam.

Pięć zostało wszystkiego, tego przełamywania. Jak mi ciut sił brakuje to sobie myślę o czymś wkurzającym, jak o tej pani. Bo to skaranie mieć taką nauczycielkę. Jak to trzeba nie wierzyć w swoich uczniów czy podopiecznych żeby nie widzieć, że mogą pokonywać swoje słabości. Jak mało trzeba wiedzieć o edukacji, żeby nie widzieć, że jest to proces, w którym cały czas przesuwa się własne granice, robi się rzeczy jeszcze niedawno nieosiągalne. I we mnie jeszcze kilka miesięcy temu mało, kto wierzył. Ja sam nie wierzyłem. Dopiero teraz ta wiara w siebie wraca. I może stąd tempo na treningach robi się niewiarygodne i jestem w stanie walczyć ze swoimi kłodami i tym, że tak łatwo by było zwyczajnie zawrócić i skończyć, przecież te naście kilometrów to i tak jak na mnie teraz nieźle. I jak na to, co kiedyś kompletna żenada.

Zostało cztery, ten kilometr jest płaski i przyjemny, nawet w tym stanie z lewej kanałek, cały czas jest z lewej. To chyba starorzecze. Biegnę sobie i myślę jak to takie treningi, kiedy już nie mam siły przekładają się na ostatnie kilometry maratonów (do Maratonu Warszawskiego pięć tygodni). Przebiegam pod mirabelką mijam psa i pstryk, zostało już tylko trzy.

Na początku tego kilometra myślę o początku treningu. Trasa był generowana przez siłę wyższą, może niższą w każdym razie tylną. Ale teraz jest już nieźle, nie czuję żadnego bólu, podbiegam. Teraz ostrożnie, bo ten kawałek asfaltu straszliwie nierówny. Ciekawe, co by na taką jezdnię powiedzieli kierowcy. Mijam uśmiechającą się panią po trawce, tam równiej i zostało już dwa do końca.

Ten kilometr płaski i mam czas na myślenie o tym jak ważne jest widzenie siebie w pełni obiektywnie. To dzięki temu zaczynam mieć postęp. Bo widzę o ile poszedłem do przodu a nie jak wiele mi brakuje do siebie sprzed pięciu lat. Jest mi z tym świetnie, czuję radość i to, że już prawie nie szuram, że to prawie bieganie, że odrywam się od ziemi, mimo, że już prawie nie mam sił.

Jeszcze jeden. Chciałbym napisać, że przyspieszam, ale nie, teraz jest kilka małych hopków, ciut w górę, i jeszcze raz i jeszcze. Niby nic, ale jak nogi sztywne to czuję. Nie mam za bardzo siły, ale biegnę, rzeczywiście biegnę. Już nie myślę, już tylko czuję. Czuję zmęczenie, sztywność mięśni, radość, że jestem tu, biegnę, przesuwam własne granice. Co mi tam, że to niczemu nie służy.

 

Sponsorem treningu jest Dzielnica Żoliborz M. ST Warszawy. Dzięki za czysty kibel i obfitość papieru.



20:19, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »