RSS
piątek, 23 września 2011
Cel jest niczym

„Cel jest niczym, ruch jest wszystkim” tak uważał Bernstein. Nie jest ważne dokąd docieramy, ważne jest co dzieje się po drodze. Być może nie dobiegłem do mety, za całą pewnością osiągnąłem pewien kres.

Był wrzesień 1997, od bez mała roku brałem już heroinę, ale starałem się udawać że wszystko jest w porządku. Biegłem w Maratonie Warszawskim i czy to za sprawą pogody, czy zwyczajnie organizm nie miał już z czego podawać stwierdziłem że mam już dość. Około trzydziestego kilometra przebiegało się wtedy obok mety. Zszedłem na chodnik, odpiąłem numer. Ze spuszczoną głową poszedłem do depozytu i przebrałem się. Zabolało. Wcześniej schodziłem z trasy na zawodach w lesie, ale pierwszy raz zdarzyło mi się zejść na szosie.

Tak właściwie całe to myślenie zaczęło się od rozmowy z sąsiadką. Kolejny raz wychodziłem na trening około piątej, zagadnęła mnie o to jak fantastycznie jest zaczynać dzień tak wcześnie.
 Ile czasu można orać w taki sposób? Wstawanie koło czwartej, trening, praca, dzieciaki ileś rzeczy w domu. Kiedy czas na spanie? Powoli obrastam w grubą warstwę depresji. Po co to wszystko? Żeby udowodnić sobie że nie jestem coraz starszy? Przecież co rano budzę się z jakimś nowym, albo i starym bólem. I zamiast uśmiechu jest skrzywienie twarzy i coraz to nowe złości. Kiedyś trzeba powiedzieć dość.

W lipcu czy sierpniu Hubert pisał że jestem wielkim faworytem pięćdziesiątek. Teraz już wiem – nie wystartuję już w tym roku. Nie warto, nie ma z czego, odbywa się to zbyt wielkim kosztem. Wyrzuciłem dzienniczki treningowe, zbieram ciuchy do biegania i zrzucam do piwnicy. Warto otrzeźwieć.

Może kiedyś znowu wyjdę potruchtać. W Bilardzie o Wpół do Dziesiątej bohater jada na śniadanie twarożek z papryką nie dlatego że ma na to ochotę, ale po to żeby utrzymać swój obraz w oczach innych. Zastanawiam się na ile to moje bieganie czemuś takiemu służy. Na ile biegam bo inni w ten sposób mnie właśnie określają? Zobaczę wreszcie jak to jest nie biegać.

To takie swoiste pożegnanie. Jak pisać o bieganiu nie biegając?

Dziękuję wszystkim którzy tu zaglądali.



12:22, wojtek_wanat
Link Komentarze (8) »
piątek, 09 września 2011
Koniec Wakacji

Zacznijmy od końca. W poniedziałek rano waga pokazał 76,5. Ta sama waga, co to raczej zaniża niż zawyża. Nic tylko polubiły mnie te komórki tłuszczowe. Tupię sobie spokojnie te swoje rozbieganka i zaczynam czuć jak wchodzi mi to w tyłek. Skończyły się wakacje.

Pierwszy tydzień był w jakiś sposób wzorcowy. Nie żebym nabiegał to co chciałem, Az tak nie. Ale regularnie po treningu rozciągałem się i ćwiczyłem mięśnie brzucha i okoli. I co? I nagle kostka przestała boleć, i nie czułem kręgosłupa i było pięknie. Było.

W poniedziałek jeszcze luz, ale we wtorek skończyły się wakacje. Na ósmą z Młodą do zerówki, wcześniej trening, czyli wstałem o czwartej. Jak jz wróciłem to ruszyła się Stara a później po dziecko, do tyrki, z tyrki i tyle było mojego. Zjadłem coś. To jak na mnie sukces. W środę Stara wychodziła przed szkołą, wczoraj było luźno – nie szliśmy do klubu, żadne z nas nie musiało tyrać treningu z rana. Za to jutro polecimy o brzasku oboje – o 7.00 musimy być już po wszystkim. Życie.

Jestem zgłoszony na Trudy (Jesienne) i wygląda to już dość zabawnie. W piątek mam zajęcia dla nauczycieli w Garwolinie, jak się wyrobie to albo pojadę z Jankiem (no chyba że mnie nie weźmie) albo pociągiem. Nie wiem jak dotoczyć się z Chociwela do Kamiennego Mostu. Dobre wiatry będą mi sprzyjać. Albo i nie.

Na Tułacza chętnie bym potoczył się ze Starą. Można tam w większych zespołach. Pomyśleliśmy że może by poszedł z nami Janek, albo Michał Jędroszkowiak. To by był niezły żarcik. Tyle że jeśli w piątek popracuję w sobotę polecę pięćdziesiątkę a w niedzielę maratonik, to mogę wylądować raczej na reanimacji niż na kolejnej imprezie.



10:46, wojtek_wanat
Link Komentarze (3) »