RSS
poniedziałek, 26 września 2016
DWA RAZY MARATON

Dojadam kolejny posiłek, czwarty czy piąty dzisiaj. Patrzę na stopy i ciągle mam nadzieję, że liczba paznokci pozostanie bez zmian. Przez chwilę zastanawiałem się, który to był maraton, gdybym się napiął policzyłbym, który warszawski. Tyle, że nie mam zamiaru się napinać. Dostatecznie napiąłem się wczoraj.

Maraton po raz pierwszy

Budzik dzwoni punkt szósta, naciskam drzemka, pociąg mam o 7.25, spokojnie wypiję kawę, zjem śniadanie, wykąpię się i zbiorę sprzęt w 40 minut. Kiedy budzę się jest siódma. W biegu robię szybkie dwie kanapki, wkładam ciuchy na start, sprawdzam czy wziąłem numer i chipa wybiegam. Na stacji mam nawet chwilę żeby postać jedzenie w pociągu, wypijam prawie dwa litry płynów, jest nieźle.

Przed strefą startu jeszcze po drodze korzystam z toitoiki, pozwoli mi to oszczędzić czas, który bym odstał w kolejce. Przebiórka, depozyt i idę na start. Powoli, prawie nikogo znajomego. Staję między grupą na 4.10 a tą na 4.15. Zaliczamy oficjałkę, pani prezydent, w sensie wice przemawia, pada strzał ruszamy. Jeszcze na starcie wyłapał mnie Karol i tupiemy sobie spokojnie. Idzie piątka za piątką po około 30 minut. To maks, na co mnie stać, w sobotę zaliczyłem pierwszy w życiu bieg, na którym zająłem ostatnie miejsce, z drugiej strony załapałem się w dychę. I teraz dycham, ale nie za bardzo.

Po drodze trochę znajomych kibicuje. Pogoda nierówna raz lampa w słońcu, wiem we Wrocławiu asfalt miał 50 stopni a tu nie wiadomo ile, ale jakoś super nie jest. W cieniu i słońcu chłodno. Na kolejnych punktach piję i jak mogę jem kawałki banana. Toczymy się z godnością przez Warszawę, nie jest nawet taka paskudna. Trochę gadamy aż do 27 km, kiedy mnie zaczyna odcinać. Odganiam Karola, zaczynam iść, po kilku minutach zaczyna mnie boleć głowa, przed trzydziestką dostaję coś przeciwbólowego w karetce i po chwili przechodzę w świński trucht, wtaczam się na Most Gdański i dalej już truchtam z przejściem szuram. Później sprawdzę w wynikach, że od trzydziestego kilometra do mety wyprzedziłem prawie 500 osób. No, ale między 25 a 30 mnie wyprzedziło około 400.

Metę osiągam z czasem 4.28.17. Ponad trzy minuty szybciej niż przed rokiem. Ale co tu mówić, regres jest jak się patrzy, nie od poprzedniego roku, od lat. Sama regeneracja nie wystarczy, potrzebny jest jeszcze trening i dbanie o dietę. Z drugiej strony, co tu gadać, pocieszające jest, że raczej gorzej już nie będzie.

Maraton po raz drugi.

Dochodzę do strefy startu. W zasadzie to raczej nie mam ochoty nikogo spotykać, w takim jestem nastroju. Na brzegu spotykam Anię i Elę. Ania narzeka, że maraton to dla niej za dużo, bo ma nadwagę, kiedy pokazuję swoją oponkę ten argument przestaje działać. Przez te kilka minut czuję się świetnie i dziwnie. Później odkrywam, że zaskakujące jest dla mnie, że ktoś traktuje mnie normalnie, jak znajomego jak każdy. Gdzie się znalazłem, że zaskakujące są dla mnie kolejne osoby, które nie traktują mnie jak śmiecia?

 Przebieram się zostawiam rzeczy idę na start. Nikogo znajomego, zaczyna się oficjałka. Odnajduje mnie Karol i wygląda, że polecimy razem. Kiedy słyszę Sen o Warszawie, tradycyjnie lecą mi łzy. Zakrywam oczy, że niby tak się koncentruję, ale chodzi mi o to, że dla wielu osób prawdziwy mężczyzna nie płacze, ale przede wszystkim, moje emocje mają pozostać moje. Boję się tego maratonu, boję się bólu, nie tyle fizycznego bólu mięśni, ten przywitam z radością, on odegna tamten.

Start, wychodzimy przez bramę, później truchtamy. Tempo jest takie, że spokojnie można pogadać. Czasem gadamy, czasem milczymy, co jakiś czas coś się wydarza. Na Ursynowie w strefie kibicowania Parkrunu widzę Mel, zaczyna mnie ściskać. Chwilę dalej na skarpie nad trasą za płotem kilkoro starszych ludzi patrzy na nas w milczeniu. Kiedy Karol im macha słyszymy „brawo młodzież”. Wybuchamy gromkim śmiechem. Dalej jest Wilanów Opatrzność Boża raczej nie ma mnie w swojej opiece, za to wesołe miasteczko obok niej raczej tak.

Świetny dla mnie jest ten czas, kiedy toczymy się spokojnie, trochę gadając, trochę milcząc. Tak bez napinki, bez udawanego kontaktu. Jeszcze Łazienki, Trójka, Warszawa Powiśle, dobrze, że w tylu miejscach na drugiej części trasy jest muzyka. Na drugiej stronie Wisły wymiękam. Uda mam już tak sztywne, że namawiam Karola, żeby pobiegł dalej, ja idę. W założeniu miałem iść od 30 do 35 kilometra, ale jak już to już. Zostaję sam, na szczęście miejsca są takie, które niespecjalnie się z czymkolwiek kojarzą. Chwila, trzydziesty kilometr, podchodzę jeszcze na Most Gdański i zaczynam truchtać. Nie żebym wcześniej biegł szybciej, nic z tych rzeczy, teraz jest nawet ciut wolniej, ale i tak za szybko dla większości biegaczy.

Miałem założenie, że na wiadukt nad Dworcem Gdańskim wejdę, ale był punkt konsumpcyjny i się zagapiłem i dopiero prawie na samej górze podchodzę kawałek, żeby spokojnie dokończyć konsumpcję. Słyszę za sobą – biegniesz dla Rak n Roll to zobowiązuje, dajesz. Ile mogę tyle daję.

Na Gwiaździstej, jak ja lubię tę ulicę czeka R. Przytulam się lekko i szuram. Przejeżdża kolejna karetka. Sił jak by ciut przybyło, ale jak uświadomiłem sobie, że jest jeszcze jeden wiadukt, to od razu ubyło. Końcówka bez historii, Brama Straceń (pod którą padł murzyn, który to był rok?). Po drodze przybijam wszystkie wystawione dziecięce rączki i chce mi się wyć.

Meta, za metą Iwona słyszy, co tam i kiedy mówi – uważaj na siebie, zadbaj i wróć do nas, pękam. Ryczę tak, że pani obsługująca Biegaj Dobrze zaczyna mnie przytulać i upewnia się czy wszystko dobrze. Wyłapuje mnie Karol, przyjmujemy medale, picie wychodzimy ze strefy mety. Ta strefa to jak na Nowy Jork, pewnie po tłoku na połówce uznano, że potrzeba większej przestrzeni. Tyle, że na połówce było dwa razy więcej ludzi i metę przekraczało się w dwa razy krótszym czasie.

Po odebraniu depozytu zaczynamy konwersacje, powoli się przebieramy. Przychodzi R. i przechodzą kolejne osoby. Tekstem dnia uraczyła mnie Sylwia, która zadał pytanie – czy jak już pokazałeś wszystkim tyłek, wracasz ze mną do Milanówka?

Zostajemy z R jeszcze na jakiś czas w okolicach mety, spotykamy Wacka i chwilę z nim gadamy. Odchodzimy, kiedy już ostatni jest na mecie. Jest dla mnie fantastyczne, że sam Dyrektor Maratonu, zakłada medale na szyje ostatnich biegaczy. Pierwszych też, ale to nie takie znowu dziwne. I jedni i drudzy są najważniejsi, jak wszyscy, których nie pokonał królewski dystans.

Mam ogromnie wiele wdzięczności dla Karola. Dzięki temu, że był ze mną w tych trudnych chwilach, kiedy odczułem stratę byłem w stanie przetrwać. To bezcenne mieć obok siebie kogoś w takim momencie. Życie takie już jest, świeże rany bolą, z czasem nie przestają boleć, ale zwyczajnie się do tego przyzwyczajam.



19:30, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 września 2016
PRZYPADKIEM

Mam dwa urocze wspomnienia związane z bieganiem, takie przełomy w jego, jakości. Mam wrażenie, że mój start w Orientiadzie może okazać się kolejnym.

Przez lata miałem kłopoty z szybkim bieganiem w czasie zawodów na orientację. Jakoś tak wychodziło, że mapa mi w tym przeszkadzała. Aż do pierwszego roku biegania w M 19 (aktualnie M20) i imprezy o gruchę. Panowie Zielczyński i Mossakowski zorganizowali dokładną replikę zawodów sprzed lat. Impreza nazywała się Atomkowe zawody na orientację (pewny nie jestem, piszę z pamięci a wspominam rok 1985). Streszczając była to dokładna kopia zawodów z 1975 roku. Takie same były trasy, punkty kontrolne to były płachty na tasiemkach a punkty potwierdzało się pieczątkami. Ale nie to jest tu istotne.

Na pierwszy punkt nieźle się zakręciłem i dogonił mnie rywal, który startował po mnie bodaj cztery minuty. I nie był to nikt z czołówki. I w tym momencie uznałem, że dość, pocisnąłem ile fabryka dała i tak doleciałem do mety. I przekonałem się, że po pierwsze jestem w stanie fizycznie a po drugie nadążam z nawigacją. I tak zaczęło się moje szybsze w lesie bieganie.

Na przełomie wieków miałem kilkuletnią przerwę w bieganiu, po której zacząłem biegać, ale tempo nie było takie, jakiego bym sobie życzył. Choć teraz to bym chętnie pobiegała tak „wolno” jak wtedy. Miesiącami dreptałem, truchtałem szurałem. Aż do dnia, kiedy na początku treningu, tak pod koniec drugiego kilometra potknąłem się. I żeby nie rypnąć ryjem o glebę odruchowo przyspieszyłem. I tak już sobie biegłem praktycznie do końca. Przypadkiem okazało się, że mam swoisty hamulec, ale jest on w głowie. I od tego pamiętnego dnia powoli sobie przyspieszałem.

W ostatnią sobotę pojechałem na Orientriadę. Zgłosiłem się na trasę TP 25 czy piesza o dystansie około 25 km. Taki dystans byłem przekonany, że przelecę i na lekko. Przyjechałem poleciałem. Później dorzucę kilka zdań o imprezie, ale najpierw dojdźmy do końca. Kiedy zegarek pokazał mi 24 km a na oko do mety było jeszcze ponad 10 przeszedłem w marsz. Na mecie wyszło mi 42 km, dodam – spokojnie dorzuciłem sobie trójkę. Ale jedna rzecz okazała się dla mnie jasna. Regulaminowo trasa TP 50 powinna mierzyć między 45 a 55 kilometrów. Czyli gdzieś tam na granicy moich aktualnych (mizernych) możliwości.

A sama Orientiada sprawiła, że poczułem zew drogi. Nansen pisał „To wielka rzecz - być znowu w drodze”. Spacer po mieści, niby łatwy, ale i tak się na początku zakręciłem. Kilkanaście punktów w lesie i na łąkach. Super, coś, czego z niczym nie da się porównać. Drzewa, ptaki, łąki, autochton, który poratował mnie wodą. Coś, czego nie da się powiedzieć. Podejrzewam, że dla wielu osób coś kompletnie nieatrakcyjnego. To nie są te zapierające dech w piersiach perspektywy z połonin czy Kasprowego. Tu wszystko jest kameralne, intymne, ale i intensywne.

Nie pamiętam, kto napisał tekst o BnO „Intymność i intensywność w przyrodzie”. W przypadku pięćdziesiątek intensywność jest mniejsza niż w klasycznym BnO. Tu wszystko dzieje się wolniej. Powoli przewija się droga a ja mam ochotę wrzeszczeć „ile można”. Ale w domu już spokojnie przewijają się obrazy. Ukwieconego nieużytku, bukowego lasu, piaszczystej drogi wijącej się na granicy lasu.

Klimat też zupełnie inny niż na zwyczajnych biegach. Ten idzie, tamten biegnie, po biegu usłyszałem od jednego z rywali „martwiłem się o Ciebie”. Zapaleńcy, jak ci, którzy organizowali Orientiadę poświęcając czas i pewnie pieniądze żeby zrobić coś dla innych. Nie ma takiej, napinki i nie jest to tak komercyjne. To inny świat. I wrócę i na Orientiadę, bo to dobra (choć długa) impreza i może polecę gdzieś na innych, które też lubię.



15:36, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »