RSS
sobota, 30 września 2017
MARATON

Minął prawie tydzień od Maratonu Warszawskiego, używając olimpijskiej nomenklatury wkroczyliśmy już w czterdziestą maratońską olimpiadę. Dopiero dzisiaj znalazłem czas i siły na napisanie kilku zdań.

W klimat wszedłem w sobotę, na starcie Biegu Waldorfskiego. Kilka razy trzeba przesuwać młodych ludzi za linię startu. W uszach brzmi mi głos Tomasza Hopfera z 1980 roku „Ludzie cofnijcie się za linię startu, ludzie cofnijcie się, bo będzie afera”. I wtedy i teraz start ruszył jak trzeba. Ale dla mnie Maraton Warszawski zaczął się w tym roku na Młocinach.

Na start w tym roku nie na palcach i niby spokojnie podchodzę do znajomych, ale kiedy widzę Beauty, to jakoś nie mam energii na gadanie. Gdzieś w środku mam więcej energii na duchowość, a mniej na gadanie. W końcu ruszamy, spokojnie, żeby przypadkiem nie przeszarżować, ale jakoś tak wyprzedzam kolejne osoby. Trochę złości mnie to ustawianie się zdecydowanie za bardzo z przodu, nawet przez deklarującego, że przybiegnie, jako ostatni zaburzonego biegacza, o którym już lata temu ktoś powiedział, że fajnie, że biega w tej samej koszulce, ale mógłby ją prać, bo na starcie trudno wytrzymać.

Przed piątkom spotykam Karola i przeżycie duchowe zmienia się w towarzyskie. Idziemy szybciej niż przed rokiem, jakieś piętnaście sekund na kilometr. Karol ma założenie na około 4.03, dla mnie wynik satysfakcjonujący to 4.18.52 lub szybciej.

Na KEN wymieniamy uwagi na temat statystyk, przytaczam jeden z moich ulubionych przykładów – podczas Maratonu Londyńskiego stwierdzono, że osoby, które w przeddzień uprawiały seks osiągają lepsze wyniki. Jakaś biegaczka, która usłyszała to rusza nagle szybciej z okrzykiem „co ja tutaj robię”. Łączę się z nią w jej radości.

Na wysokości stadionu jakiejś mało znanej drużyny przy ulicy Łazienkowskiej mijamy grupę dresów.

- O idą prawdziwi patrioci

- Jest różnica między narodowcem, kibolem i zwykłym dresem – odpowiada Karol.

- Z mojego punktu widzenia nie, bo od każdego z nich mogę dostać po ryju.

- Nikt Ci nie kazał być lewakiem.

- Fakt. Fajny stadion, nie. Polonia zdobyła tu Mistrzostwo Polski w 1947.

Toczymy się z godnością, co jakiś czas mijamy kolejne znajome osoby, rozmowa się raczej klei. Za Wisłą, po powrocie na lewą jej stronę wyprzedzamy Andrzeja Szałowskiego, po raz trzydziesty dziewiąty, ciągle w tych samych spodenkach, jednak niezły był ten Polsport.

Przed trzydziestym drugim Karol puszcza mnie przodem, lecę ile fabryka dała, to znaczy z pięć sekund na kilometr szybciej, ale po dwóch kilem trach odcina mnie, do trzydziestego piątego dochodzę. Dogania mnie Karol i spotykam Zenita, który przytula mnie ciepło.

- Powiedziałbyś coś – rzuca Karol

- Nie mam siły

Biegniemy obok siebie mijając się, każdy zamknięty w sobie w swojej walce i cierpieniu. Jeszcze R na Gwiaździstej, jak ja lubię ten kawałek trasy. Po drodze wyprzedza mnie Iwona prowadząca grupę na 4.15.pozostaję w sobie w walce z nogami, które są jak bezwładne kłody.

Wiem to okropne walczę i cierpię każdym przebiegniętym kilometry a są one chyba z dziesięć razy dłuższe niż te na początku. Nogi z trudem mnie przesuwają, trochę biegnę, trochę idę, coraz trudniej przejść z marszu do biegu, ale z czasem zaczynam się zbliżać do mety. Widzę, tunel napowietrzający, nie wiem jak to działa, ale klimat w środku jest jak kiedyś na punkowej imprezie w Ursusie (dziewczyny i chłopaki bawili się w chowanego w klubie zadymionym przez dymarki, takie do robienia dymu na scenie).

Teraz odczucia zmieniają kierunek, jasne boli jak bolało, ale czuję w sobie przedziwną radość. Bolało, ale dałem radę, nie stanąłem, nie odpuściłem, przeszedłem przez to, co było dla mnie takie trudne. To zawsze jest jak wrzód, wspomnienie, tego jak łatwo i szybko było jeszcze kilka lat temu. Pytanie czy może być tak znowu? Pozostaje wierzyć, że z czasem przyjdzie siła i przekładać wiarę na pracę.

09:04, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »