RSS
niedziela, 21 października 2012
DRAMAT BIEGACZA

Czasem, kiedy cisnę trening sytuacja staje się bez mała dramatyczna. Najczęściej myślę wtedy ze współczuciem o kolegach – biegaczach zmuszonych przez los do biegania w mieście. Jasne jest zima i wtedy sytuacja nieco się komplikuje. Ale jeśli zapanować nad przygotowaniami sytuacja jest prosta. Teraz zwyczajnie zapominam, nie myślę o ważnych akcesoriach i jest dramat.

Jak wygląda codzienna codzienność mojego biegania? Ubieram się, wychodzę na łąki i jesteśmy tylko my dwoje – moja bieganie i ja. Ostatnio troje – moja kudłata gadzina się rozbiegała. Jest więc także nadzieja dla żony. Ta moja samotność, oddzielenie od cywilizacji jest niewątpliwie atrakcją. Słuchanie śpiewu ptaków, szczekania psów, ryku krów a latem bzyczenia gzów, widok mgieł snujących się po łąkach, błysk zająca uniesionego w skoku, błyski białych sarnich tyłków. Są jednak także inne, bardziej przyziemne korzyści.

Co może biegacz w mieście kiedy go przydusi pęcherz? Ja z wyższością zwalniam, patrzę w lewo, później w prawo i leję w krzaki. W mieście i krzaków mniej i zawsze jest szansa że ktoś w nich jest. Mniejsza, jeśli rzecz dotyczy pijanych żulków, ale jeśli trafi się na romantyczną parę przeżywającą miłosne uniesienia. Ostatnio o mały włos nie olałem SOKistów czających się w krzakach na ludzi przechodzących nielegalnie przez tory.

Dziś jednak spotkał mnie dramat. W iglastym lesie sparło mnie dramatycznie. W zimie mam ze sobą papier, teraz nie biorę bo i tak się rozmoczy. Z trudem doniosłem do rzadkich i słabo już uliścionych krzaczków. Później było szybkie ogarnianie się, bo zorientowałem się że za plecami mam chałupę.

W domu ze spodni wysypało mi się jeszcze trochę liści. Zima idzie, trzeba będzie pamiętać o papierze, ograniczać w tych kwestiach, bo w tyłek zimno. Bieganie to niebezpieczny, pełny dramatów sport.



10:04, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 października 2012
Echh

Czas zajrzeć tu, coś dorzucić, podzielić się tym co tam słychać.

Jak zauważył Janek w zeszłym roku miałem lekkie wahania nastroju. W tym zresztą także, ale co może dziwne w zeszłym byłem z zdecydowanie obniżonym nastroju, w tym jakoś mi lepiej i trudno mi to pogodzić z bieganiem. To znaczy generalnie ciągle mi się ciągle spieszyło. Co chwilkę pobiegałem to już leciałem sobie gdzieś wystartować. W zasadzie na Trudach fizycznie byłem w relatywnie dobrej formie, ale głowa była w kiepskim stanie. Teraz jakoś tak się uspokoiłem. Nigdzie mi się nie spieszy.

Na Trudach (poza kilkoma kiepskimi pomysłami, jak choćby punkt na pomoście) impreza z fajnym klimatem i trudno się do czegoś doczepić. Ładny i ciekawy teren, sympatyczni ludzie, czego więcej chcieć.

Tydzień później Maraton Warszawski. Dla mnie to zawsze jest Festival. Bieganie w Warszawce to coś super. Było kilka rzeczy, które we mnie pozostały – szpalery ludzi w kilku miejscach na trasie, klimat w tłumie biegaczy, stary znajomy – Jacek, który kilka kilometrów eskortował mnie na rowerze i zabawiał rozmową, wbiegnięcie na Narodowy, jakoś tam przypominające pierwszy maraton. A później tydzień bezruchu.

I znowu biegam, spokojnie tupię sobie, dzień w dzień, po te głupie kilkanaście kilometrów, mam nadzieję że już na dobre wróciłem do biegania, że do końca roku, będę powiększał kilometraż, a później przekształcę to na szybsze bieganie.

To bieganie mnie znowu cieszy. Nie szarpię się żeby coś wybiegać, cieszę się każdym przebiegniętym kilometrem, każdy mój mięsień się cieszy i głowa. Nawet kiedy wychodząc powtarzam – nie lubię, nie chce mi się, nie mam siły ani ochoty. Później wraca siła i ochota i radość. Może nie aż taka że chce mi się krzyczeć, może to nie jest lepsze niż seks. Ale seks to ja mam taki, że dwie godziny takiej przyjemności przypłaciłbym trwałym upośledzeniem i zaburzeniami afektywnymi. A nieraz biegam ponad dwie godziny.



10:41, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »