RSS
czwartek, 06 października 2016
JAK ODŁOŻYĆ TRENING

Odłożenie w czasie wyjścia na trening nie jest łatwe, proste i przyjemne. Często wymaga ogromnego nakładu pracy, wysiłku i niemałych umiejętności. Takie odkładanie to coś, w czym mam już niemałe doświadczenie i umiejętności. Podzielę się nimi teraz.

Zadzwonił dzwonek budzika, wróciłem z pracy i powinienem wyjść na trening, ale jakoś tak brakuje mi motywacji, co teraz? Trzeba kilku ruchów, żeby odwlec newralgiczny, trudny, bolesny moment, w którym wyjdziesz na deszcz, wiatr, mróz, upał. Generalnie każda pogoda jest niesprzyjająca, stwarza warunki utrudniające bieganie.

Krok pierwszy – najpierw zastanawiam się czy to wyjście na trening to dobry pomysł. Analizuję – może mam jakąś niegroźną kontuzję, która w wyniku biegania może się pogłębić. Jakieś małe stłuczenie, skręcenie, choćby złamany paznokieć. Niezłym powodem do rezygnacji jest złe samopoczucie – problemy żołądkowe, jelitowe, choćby w zalążku. Dobrym pretekstem do rezygnacji jest też zbyt krótki czas na regenerację przed kolejnym treningiem, zawodami, wyjściem na zakupy czy okazją do uprawiania seksu. Może jednak okazać się, że powodów takich nie ma, ale w końcu chodziło przede wszystkim o to, żeby jakiś czas stracić, czy raczej zyskać na autodiagnozę. Porządnie przeprowadzona refleksja zajmuje mi nawet 20 – 30 minut.

Dalej wyglądam za okno i zbieram ubrania na trening, wybieram buty, spodnie, koszulkę, może bluzę, kurtką, czapkę, buffa, rękawiczki. Wiele osób dziwi się temu, że mam tak wiele ubrań i butów do biegania. To absolutnie niezbędne, dzięki temu wybieranie sprzętu zajmie mi nie pięć czy dziesięć minut a nieraz bez mała pół godziny. Dobrym zwyczajem jest na tym etapie konsekwentne trzymanie się decyzji o konieczności skorzystania z tej konkretnej koszulki, której nie można znaleźć.

Następnie, kiedy już zebraliśmy ubrania sprawdzamy, jaka jest na zewnątrz temperatura, kontrolujemy prognozę pogody, bo w końcu w czasie czterdziestu minut, bo tyle będzie trwał mój trening może nastąpić załamanie pogody. Tu dobrze zastanowić się czy nie lepiej zrezygnować z treningu z powodów zdrowotnych związanych z pogodą. Warto sprawdzić temperaturę i prognozę na kilku stronach, tak dla pewności. Zyskałem w ten sposób kolejne dwadzieścia minut, więcej, mam poważne szanse na kolejne dziesięć minut bonusu w związku z tym, że wybór stroju był nie do końca trafiony.

Popatrzmy to już około 50 minut. Teraz pora na ubieranie się, wkładam kolejne warstwy zastanawiam się czy bielizna, aby na pewno mnie nie obetrze. Ubieranie to rytuał, który ma mnie wprowadzić w stan gotowości do treningu. Ważne jest, więc, żeby ubierać się w skupieniu, bez pośpiechu z refleksją nad tym, co i dlaczego robię. Nawet ubieranie się w lecie, kiedy mam do ubrania spodenki i koszulkę i pozornie można spodziewać się, że nie może to zając zbyt wiele czasu mam szansę na rozciągnięcie do około 10 minut. Jest już pełna godzina.

Teraz mogę poczuć głód. To niepokojący objaw, szczególnie, jeśli niedawno biegałem maraton i regeneruję się po nim, bo wtedy organizm musi być szczególnie dobrze otoczony opieką, trening na głodnego jest wtedy szczególnie groźny. Nieważne, że niedawno, to było trzy lata temu a organizm ma tyle tłuszczu, że spokojnie mógłbym na tym polecieć dwa Biegi Siedmiu Dolin, jem coś lekkostrawnego, dobre jest białe pieczywo z miodem, banan i mamy kolejną godzinę, bo przecież po jedzeniu nikt nie wyjdzie, bo to niezdrowe.

Kiedy zyskałem już dwie godziny warto zastanowić się czy zdążę przed zmrokiem, nie zmieniła się pogoda i czy nie warto skorzystać z toalety. Zawsze to kolejne kilka minut. Mogę jeszcze zając się niezmiernie pilnymi i ważnymi sprawami – popatrzyć czy ktoś nie skomentował jakiegoś postu na facebooka, czy nie ma informacji na mojej ulubionej stronie, zajrzeć na stronę biegu, na który się wybieram niebawem, na przykład za dwa miesiące, może okazać się, że zgłosił się jakiś mój rywal, albo nastąpiła zmiana trasy, co przecież jest kluczowe dla dzisiejszego treningu.

I kiedy już wydaje się, że wszystkie środki zostały wykorzystane i już muszę wyjść dochodzę do wniosku, że warto wrzucić coś na swojego bloga, tak, teraz już wiadomo, w jakim celu założyłem go kilka lat temu. Przy okazji oglądam jakiś film z ulubionego kanału G F Darwin, szukam muzyki, która da mi więcej energii do treningu. Dobrze wybrać jakiś długi utwór, bo wtedy zyskuję więcej czasu, nie warto zabierać sprzętu z muzyką na trening, wtedy nie musisz słuchać w domu.

Wkładam buty, wiążesz je, stop, zdejmujesz buty (dobrze jest je porządnie zawiązać, wtedy więcej czasu zyskasz na ich rozwiązywaniu) teraz przypomniałem sobie, że trzeba jeszcze skorzystać z kijka do automasażu, kilka minut szukamy kijka, który oczywiście leżał na wierzchu w miejscu, w którym położyłem go wczoraj. Jeszcze raz toaleta, buty i już po trzech godzinach i trzydziestu pięciu minutach wychodzę. Pełny sukces. Wychodząc mamroczę pod nosem – ale mi się nie chce.



12:25, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 września 2016
DWA RAZY MARATON

Dojadam kolejny posiłek, czwarty czy piąty dzisiaj. Patrzę na stopy i ciągle mam nadzieję, że liczba paznokci pozostanie bez zmian. Przez chwilę zastanawiałem się, który to był maraton, gdybym się napiął policzyłbym, który warszawski. Tyle, że nie mam zamiaru się napinać. Dostatecznie napiąłem się wczoraj.

Maraton po raz pierwszy

Budzik dzwoni punkt szósta, naciskam drzemka, pociąg mam o 7.25, spokojnie wypiję kawę, zjem śniadanie, wykąpię się i zbiorę sprzęt w 40 minut. Kiedy budzę się jest siódma. W biegu robię szybkie dwie kanapki, wkładam ciuchy na start, sprawdzam czy wziąłem numer i chipa wybiegam. Na stacji mam nawet chwilę żeby postać jedzenie w pociągu, wypijam prawie dwa litry płynów, jest nieźle.

Przed strefą startu jeszcze po drodze korzystam z toitoiki, pozwoli mi to oszczędzić czas, który bym odstał w kolejce. Przebiórka, depozyt i idę na start. Powoli, prawie nikogo znajomego. Staję między grupą na 4.10 a tą na 4.15. Zaliczamy oficjałkę, pani prezydent, w sensie wice przemawia, pada strzał ruszamy. Jeszcze na starcie wyłapał mnie Karol i tupiemy sobie spokojnie. Idzie piątka za piątką po około 30 minut. To maks, na co mnie stać, w sobotę zaliczyłem pierwszy w życiu bieg, na którym zająłem ostatnie miejsce, z drugiej strony załapałem się w dychę. I teraz dycham, ale nie za bardzo.

Po drodze trochę znajomych kibicuje. Pogoda nierówna raz lampa w słońcu, wiem we Wrocławiu asfalt miał 50 stopni a tu nie wiadomo ile, ale jakoś super nie jest. W cieniu i słońcu chłodno. Na kolejnych punktach piję i jak mogę jem kawałki banana. Toczymy się z godnością przez Warszawę, nie jest nawet taka paskudna. Trochę gadamy aż do 27 km, kiedy mnie zaczyna odcinać. Odganiam Karola, zaczynam iść, po kilku minutach zaczyna mnie boleć głowa, przed trzydziestką dostaję coś przeciwbólowego w karetce i po chwili przechodzę w świński trucht, wtaczam się na Most Gdański i dalej już truchtam z przejściem szuram. Później sprawdzę w wynikach, że od trzydziestego kilometra do mety wyprzedziłem prawie 500 osób. No, ale między 25 a 30 mnie wyprzedziło około 400.

Metę osiągam z czasem 4.28.17. Ponad trzy minuty szybciej niż przed rokiem. Ale co tu mówić, regres jest jak się patrzy, nie od poprzedniego roku, od lat. Sama regeneracja nie wystarczy, potrzebny jest jeszcze trening i dbanie o dietę. Z drugiej strony, co tu gadać, pocieszające jest, że raczej gorzej już nie będzie.

Maraton po raz drugi.

Dochodzę do strefy startu. W zasadzie to raczej nie mam ochoty nikogo spotykać, w takim jestem nastroju. Na brzegu spotykam Anię i Elę. Ania narzeka, że maraton to dla niej za dużo, bo ma nadwagę, kiedy pokazuję swoją oponkę ten argument przestaje działać. Przez te kilka minut czuję się świetnie i dziwnie. Później odkrywam, że zaskakujące jest dla mnie, że ktoś traktuje mnie normalnie, jak znajomego jak każdy. Gdzie się znalazłem, że zaskakujące są dla mnie kolejne osoby, które nie traktują mnie jak śmiecia?

 Przebieram się zostawiam rzeczy idę na start. Nikogo znajomego, zaczyna się oficjałka. Odnajduje mnie Karol i wygląda, że polecimy razem. Kiedy słyszę Sen o Warszawie, tradycyjnie lecą mi łzy. Zakrywam oczy, że niby tak się koncentruję, ale chodzi mi o to, że dla wielu osób prawdziwy mężczyzna nie płacze, ale przede wszystkim, moje emocje mają pozostać moje. Boję się tego maratonu, boję się bólu, nie tyle fizycznego bólu mięśni, ten przywitam z radością, on odegna tamten.

Start, wychodzimy przez bramę, później truchtamy. Tempo jest takie, że spokojnie można pogadać. Czasem gadamy, czasem milczymy, co jakiś czas coś się wydarza. Na Ursynowie w strefie kibicowania Parkrunu widzę Mel, zaczyna mnie ściskać. Chwilę dalej na skarpie nad trasą za płotem kilkoro starszych ludzi patrzy na nas w milczeniu. Kiedy Karol im macha słyszymy „brawo młodzież”. Wybuchamy gromkim śmiechem. Dalej jest Wilanów Opatrzność Boża raczej nie ma mnie w swojej opiece, za to wesołe miasteczko obok niej raczej tak.

Świetny dla mnie jest ten czas, kiedy toczymy się spokojnie, trochę gadając, trochę milcząc. Tak bez napinki, bez udawanego kontaktu. Jeszcze Łazienki, Trójka, Warszawa Powiśle, dobrze, że w tylu miejscach na drugiej części trasy jest muzyka. Na drugiej stronie Wisły wymiękam. Uda mam już tak sztywne, że namawiam Karola, żeby pobiegł dalej, ja idę. W założeniu miałem iść od 30 do 35 kilometra, ale jak już to już. Zostaję sam, na szczęście miejsca są takie, które niespecjalnie się z czymkolwiek kojarzą. Chwila, trzydziesty kilometr, podchodzę jeszcze na Most Gdański i zaczynam truchtać. Nie żebym wcześniej biegł szybciej, nic z tych rzeczy, teraz jest nawet ciut wolniej, ale i tak za szybko dla większości biegaczy.

Miałem założenie, że na wiadukt nad Dworcem Gdańskim wejdę, ale był punkt konsumpcyjny i się zagapiłem i dopiero prawie na samej górze podchodzę kawałek, żeby spokojnie dokończyć konsumpcję. Słyszę za sobą – biegniesz dla Rak n Roll to zobowiązuje, dajesz. Ile mogę tyle daję.

Na Gwiaździstej, jak ja lubię tę ulicę czeka R. Przytulam się lekko i szuram. Przejeżdża kolejna karetka. Sił jak by ciut przybyło, ale jak uświadomiłem sobie, że jest jeszcze jeden wiadukt, to od razu ubyło. Końcówka bez historii, Brama Straceń (pod którą padł murzyn, który to był rok?). Po drodze przybijam wszystkie wystawione dziecięce rączki i chce mi się wyć.

Meta, za metą Iwona słyszy, co tam i kiedy mówi – uważaj na siebie, zadbaj i wróć do nas, pękam. Ryczę tak, że pani obsługująca Biegaj Dobrze zaczyna mnie przytulać i upewnia się czy wszystko dobrze. Wyłapuje mnie Karol, przyjmujemy medale, picie wychodzimy ze strefy mety. Ta strefa to jak na Nowy Jork, pewnie po tłoku na połówce uznano, że potrzeba większej przestrzeni. Tyle, że na połówce było dwa razy więcej ludzi i metę przekraczało się w dwa razy krótszym czasie.

Po odebraniu depozytu zaczynamy konwersacje, powoli się przebieramy. Przychodzi R. i przechodzą kolejne osoby. Tekstem dnia uraczyła mnie Sylwia, która zadał pytanie – czy jak już pokazałeś wszystkim tyłek, wracasz ze mną do Milanówka?

Zostajemy z R jeszcze na jakiś czas w okolicach mety, spotykamy Wacka i chwilę z nim gadamy. Odchodzimy, kiedy już ostatni jest na mecie. Jest dla mnie fantastyczne, że sam Dyrektor Maratonu, zakłada medale na szyje ostatnich biegaczy. Pierwszych też, ale to nie takie znowu dziwne. I jedni i drudzy są najważniejsi, jak wszyscy, których nie pokonał królewski dystans.

Mam ogromnie wiele wdzięczności dla Karola. Dzięki temu, że był ze mną w tych trudnych chwilach, kiedy odczułem stratę byłem w stanie przetrwać. To bezcenne mieć obok siebie kogoś w takim momencie. Życie takie już jest, świeże rany bolą, z czasem nie przestają boleć, ale zwyczajnie się do tego przyzwyczajam.



19:30, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 września 2016
PRZYPADKIEM

Mam dwa urocze wspomnienia związane z bieganiem, takie przełomy w jego, jakości. Mam wrażenie, że mój start w Orientiadzie może okazać się kolejnym.

Przez lata miałem kłopoty z szybkim bieganiem w czasie zawodów na orientację. Jakoś tak wychodziło, że mapa mi w tym przeszkadzała. Aż do pierwszego roku biegania w M 19 (aktualnie M20) i imprezy o gruchę. Panowie Zielczyński i Mossakowski zorganizowali dokładną replikę zawodów sprzed lat. Impreza nazywała się Atomkowe zawody na orientację (pewny nie jestem, piszę z pamięci a wspominam rok 1985). Streszczając była to dokładna kopia zawodów z 1975 roku. Takie same były trasy, punkty kontrolne to były płachty na tasiemkach a punkty potwierdzało się pieczątkami. Ale nie to jest tu istotne.

Na pierwszy punkt nieźle się zakręciłem i dogonił mnie rywal, który startował po mnie bodaj cztery minuty. I nie był to nikt z czołówki. I w tym momencie uznałem, że dość, pocisnąłem ile fabryka dała i tak doleciałem do mety. I przekonałem się, że po pierwsze jestem w stanie fizycznie a po drugie nadążam z nawigacją. I tak zaczęło się moje szybsze w lesie bieganie.

Na przełomie wieków miałem kilkuletnią przerwę w bieganiu, po której zacząłem biegać, ale tempo nie było takie, jakiego bym sobie życzył. Choć teraz to bym chętnie pobiegała tak „wolno” jak wtedy. Miesiącami dreptałem, truchtałem szurałem. Aż do dnia, kiedy na początku treningu, tak pod koniec drugiego kilometra potknąłem się. I żeby nie rypnąć ryjem o glebę odruchowo przyspieszyłem. I tak już sobie biegłem praktycznie do końca. Przypadkiem okazało się, że mam swoisty hamulec, ale jest on w głowie. I od tego pamiętnego dnia powoli sobie przyspieszałem.

W ostatnią sobotę pojechałem na Orientriadę. Zgłosiłem się na trasę TP 25 czy piesza o dystansie około 25 km. Taki dystans byłem przekonany, że przelecę i na lekko. Przyjechałem poleciałem. Później dorzucę kilka zdań o imprezie, ale najpierw dojdźmy do końca. Kiedy zegarek pokazał mi 24 km a na oko do mety było jeszcze ponad 10 przeszedłem w marsz. Na mecie wyszło mi 42 km, dodam – spokojnie dorzuciłem sobie trójkę. Ale jedna rzecz okazała się dla mnie jasna. Regulaminowo trasa TP 50 powinna mierzyć między 45 a 55 kilometrów. Czyli gdzieś tam na granicy moich aktualnych (mizernych) możliwości.

A sama Orientiada sprawiła, że poczułem zew drogi. Nansen pisał „To wielka rzecz - być znowu w drodze”. Spacer po mieści, niby łatwy, ale i tak się na początku zakręciłem. Kilkanaście punktów w lesie i na łąkach. Super, coś, czego z niczym nie da się porównać. Drzewa, ptaki, łąki, autochton, który poratował mnie wodą. Coś, czego nie da się powiedzieć. Podejrzewam, że dla wielu osób coś kompletnie nieatrakcyjnego. To nie są te zapierające dech w piersiach perspektywy z połonin czy Kasprowego. Tu wszystko jest kameralne, intymne, ale i intensywne.

Nie pamiętam, kto napisał tekst o BnO „Intymność i intensywność w przyrodzie”. W przypadku pięćdziesiątek intensywność jest mniejsza niż w klasycznym BnO. Tu wszystko dzieje się wolniej. Powoli przewija się droga a ja mam ochotę wrzeszczeć „ile można”. Ale w domu już spokojnie przewijają się obrazy. Ukwieconego nieużytku, bukowego lasu, piaszczystej drogi wijącej się na granicy lasu.

Klimat też zupełnie inny niż na zwyczajnych biegach. Ten idzie, tamten biegnie, po biegu usłyszałem od jednego z rywali „martwiłem się o Ciebie”. Zapaleńcy, jak ci, którzy organizowali Orientiadę poświęcając czas i pewnie pieniądze żeby zrobić coś dla innych. Nie ma takiej, napinki i nie jest to tak komercyjne. To inny świat. I wrócę i na Orientiadę, bo to dobra (choć długa) impreza i może polecę gdzieś na innych, które też lubię.



15:36, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 maja 2016
KLAMKA ZAPADŁA

No dobrze, wyszło mi teraz, że zamiast zwyczajnie biegać, mogę też zrobić coś sensownego dla innych. Innymi słowy pozazdrościłem swojej córce tego, co zrobiła rok temu przy okazji Pierwszej Komunii. Poza wszystkim będę miał w ten sposób większą motywację do treningu. No i do zrzucania brzucha.

Zapraszam do czytania o moich kolejnych porażkach na treningach, do banku (i ty możesz wesprzeć walkę z rakiem).

I dziękuję pewnej wyjątkowej kobiecie, która zasugerowała to rozwiązanie.



12:09, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 kwietnia 2016
JAK ZMARTWYCHWSTANIE

Ile razy można? Ile razy można przebiec maraton, Półmaraton. Ile razy można wiązać się z nową osobą, ile razy można zmartwychwstawać? Najprawdopodobniej tyle, ile razy, ile otarłem się, tak fizycznie, o śmierć. Choć słyszałem, że każde przebudzenie jest jak zmartwychwstanie.

Jesienią uświadomiłem sobie jak daleko jestem od czasów końca ubiegłego już wieku. W niedzielę, kończąc bez napinki połówkę w Warszawie, znowu czułem się jak bym zmartwychwstał.

Kiedy w 2009 napisałem na stronę Bieganie.pl tekst Pobiegnę w Warszawie, usłyszałem o sobie „ekshibicjonista, ale tekst fajny”. Trudno mi pisać o tym, co przeżywałem w niedzielę, bo było to, mam nadzieję zamknięcie pewnego trudnego, bodaj najczarniejszego czasu w moim życiu.

Przez lata żyłem w przekonaniu, że mi się nie należy, nie zasługuję. Nie zasługuję na dobrą kawę, herbatę, rodzinę, w której żyję, znajomych czy pójście na koncert. Nie zasługuję na to, żeby iść do dentysty i leczyć zęby. Po co zresztą, jeśli nie zasługuję na dłuższe życie i raczej szybciej niż później umrę. To było takie brnięcie w coraz ciemniejszą ciemność.

To było takie uciekanie przed sobą, przed obrazem siebie, jako kogoś nic nie wartego, wybrakowanego, nijakiego. Brnięcie w samotność. Z tych najbardziej bolesnych, bo z fizyczną obecnością pozornie bliskich a bez głębszego z nimi kontaktu. Za to z głębokim obwinianiem się za to, co im robię. Także za to, co robię sobie.

Niedziela w Warszawie była jak symboliczne zamknięcie drzwi. Za którymi jest najgłębsza autodestrukcja. Aż do myśli i prób samobójczych. Czas cierpienia i przekonania, że nie zasługuję. Teraz po latach wybaczyłem sobie tamto emocjonalne okaleczanie siebie przed laty. Biegnąc czułem się szczęśliwy aż do łez. I otwarty na wszystko, co jest przede mną.

 

 



14:26, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 kwietnia 2016
PÓŁMARATON FANTASTYCZNY

Było pięknie, świeciło słońce, trasa na piątkę, dla zwykłych ludzi i dla mnie, bo po miejscach, które są dla mnie osobiście ważne. A że brak mi teraz zdrowia to zupełnie inna sprawa. Zobaczyłem wyraźnie jak przez lata, nawet nie te, od 1980, kiedy przebiegłem pierwszy maraton, ale nawet, od 2004, kiedy zacząłem widzieć świat trzeźwym okiem, zmieniło się bieganie.

Do miasteczka maratońskiego docieram od tyłu unikając tłumu ludzi. To, co zwróciło moją uwagę to barwność strojów. Jakoś inaczej wyglądało to te dziesięć lat temu. No i ludzi jakieś (około) dziesięć razy więcej. Bez kolejki oddaję depozyt, odstaję chwilę przy tojtojce i lżejszy na duchu i nie tylko idę na start. Tu drobna wtopa – ciasno, jeszcze dodatkowo dostawione tojtojki sprawiają, że drepcemy a nie idziemy. Nie wiem, może innym to nie przeszkadzało, mnie trochę tak.

Start, mam dziesięć minut, spotykam trochę znajomych, ale w związku z tym, że jestem na biegach rzadkim gościem niewielu. Słyszę kolejne osoby mówiące kilka zdań i Marka, Troninę, który biegnie tym razem. Pamiętam czasy, kiedy było to nie do pomyślenia, teraz maszyna działa sprawnie. Choć jak znam życie trochę będzie myślał o tym, co dzieje się na imprezie.

A dalej jest jak zwykle – Sen o Warszawie, ja reaguję jak zawsze (kto wie, to wie, a jak nie to trudno, ciut to dla mnie zbyt osobiste). Ruszamy, już po niespełna pięciu minutach mijam linię startu, pierwszy kilometr wolno, bo i ciasno i zdrowia brak. Dalej już luźniej, więc wolno tylko z jednego powodu. Biegnę równo w okolicach pięciu na kilometr. Na Belwederskiej i na szóstym kilometrze wolniej (na szóstym zaliczam kolejną tojtojkę).

Co wkurza to ludzie, którzy ustawili się w szybszych strefach i teraz biegnąc parami czy trójkami utrudniają bieg. Ale mam wrażenie, że trudno by to było wytłumaczyć. Kiedy numery wyraźnie różniły się kolorami, ktoś z innej strefy była jak papuga wśród srok i bywało, że został pogoniony przez innych zawodników. Teraz raczej nie, ale to kwestia sumienia, szacunku dla innych. A to u nas często artykuł deficytowy.

Trasa bajka. Nowy Świat, Krakowskie, pl. Teatralny, Starówka, szkoda, że nie przez jej serce. Na Moście Gdańskim wiatr, dalej wiatr w plecy. Praga, jak to Praga, przebiegamy przez pl. Hallera, kiedy był jeszcze placem Leńskiego podobno tam właśnie poczęli mnie rodzice. Odrapane budynki na starej Pradze pokazują jak wielkie są różnice w poziomie życia w Warszawie i w Polsce. Później już Stadion Narodowy, Most Świętokrzyski i centrum miasta. Kawałek przez Łazienki, nawrót, Warszawska Masakra ulicą Belwederską i już widać metę. Mam nawet siłę na finisz, to w moim przypadku rzadkość. Najczęściej zaczynam za szybko i na końcu podpieram się nosem.

Generalnie nie lubię imprez, na których biega się w tłoku. Ale dla Maratonu i Półmaratonu Warszawskiego jestem w stanie zmusić się do konkretnego treningu. Jak lecisz połówkę na 1.25 jest raczej luźno. Da się zrobić. Inna sprawa, że gdyby były kategorie wagowe miałbym szanse w kategorii BMI 27 lub więcej. A jeśli noga, jak mawiają wyczynowcy, nie będzie podawać pobiegnę w tłumie.

Cieszę się, że zdecydowałem się pobiec. Miałem sporo wątpliwości. Cieszę się, że dotarłem do mety. Nie było to tak oczywiste. Kilka razy na trasie poryczałem się ze wzruszenia. Warto było polecieć choćby dla tych kilku chwil.

Za dwa tygodnie dycha w Milanówku. Jeśli ktoś chce pobiec na imprezie z duszą, z sercem w fajnym miejscu zapraszam.

A poza tym do zobaczenia we wrześniu i za rok.

 



20:27, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 marca 2016
WIOSENNA NUTA

Wczoraj, kiedy biegałem po głowie cały czas tłukła mi się Nuta z Ponidzia. Później przypomniałem sobie jak latami uczyłem się przeganiać wszelką muzykę, wszelkie myśli w czasie treningu. W orientacji, takiej typowo sportowej bardzo ważne jest oczyszczenie głowy z wszystkich niezwiązanych z biegiem myśli. To, że coś tłucze się po głowie jest zawsze przyczyną porażki.

Teraz biegając sporo myślę, ale także, czego nauczyłem się w orientacji widzę to, co obok mnie. Jakoś nie wyobrażam sobie biegania na bieżni mechanicznej, czy słuchania w czasie biegu motywującej muzyki. Szkoda tego, co obok mnie. Świat jest piękny a kiedy biegnę widzę to pełniej. Wczoraj pod koniec do biegu dopingował mnie skowronek.



09:29, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 marca 2016
TEORIA WZGLĘDNOŚCI

Kilka lat temu na pytanie - po co właściwie biegniesz Półmaraton Warszawski, odpowiedziałem - bo wreszcie chcę pobiec coś szybkiego.

Teraz na podobne pytanie odpowiem - bo chcę pobiec coś długiego. Jak to wszystko się zmienia.

Trudno jest wrócić do regularnego biegania, szybkiego i intensywnego, bo ciągle mam wrażenie, że takie treningi biegałem mając dwanaście lat. TYle, że nie jest to żadna sztuka zrobić coś, co jest łatwe.

Wpis o długości przeciętnego treningu. Mam nadzieję, że wszystko będzie mi się wydłużać i nabierać treści.

19:21, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 lutego 2016
WARUNKI GRANICZNE

Chętnie pojadę na RDS, choćby dlatego, że robi go Sam Pan Kierownik. Jest kilka "ale"

Jaki jest sens jechania na imprezę, na której przy superdobrych wiatrach dotoczę się do mety? I co w związku z tym w kontekście najbliższych trzech tygodni?

Pojadę do Nowej Sarzyny jeżeli:

- Na wadze pojawi mi się siódemka z przodu.

- W tygodniu kończącym się 13 marca przebiegnę minimum 100 km.

I to chyba na tyle.

08:14, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 listopada 2015
POWOLI

Powoli, powoli wszystko zaczyna się porządkować. Przynajmniej w kwestii biegania. Za koleją, kolejny tydzień przebiegłem ciut ponad pięćdziesiąt kilometrów. Powiedzmy szczerze, przez pierwsze pięć dni wszystkiego 24. W czwartek i piątek nie wyczołgałem się na trening. Wykańczają mnie dojazdy, mam nadzieję, że najbliższy, to będzie już ostatni taki tydzień.

Z plusów dzisiaj przetupałem siedemnastkę po wydmach. Pogoda do bieganie wymarzona. Artur Lydiard twierdził, że prawdziwy trening można zacząć, kiedy zawodnik spokojnie wytrzymuje dwie godziny treningu i jest w stanie pokonać 200 m w czasie 30 s. Na to drugie raczej już nie liczę, ale dwie godziny to kwestia trzech tygodni i przeprowadzki.

Nauczyłem się cieszyć takim postępem, powracającą regularnością, dokładanymi kolejnymi minutami treningu. Nie jest to jedynie pozorny postęp.

Moje nowe miejsce do mieszkania będzie trochę gorsze do biegania i liczę, że dzięki temu nabiję więcej kilometrów, wiem, że to pozornie nielogiczne, ale tak jest.

Boję się nagłego spadku wagi, pogodziłem się z myślą, że stracę kilogramy po jakimś czasie, kiedy już złapię trochę siły.

No i nabrałem chęci do pisania, jeszcze nie aż tak, żeby wrócić do odłożonej książki, ale, znowu, to kwestia tygodni i będzie dobrze.



15:12, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11