RSS
sobota, 15 stycznia 2011
Modgiliani

Dociera do mnie powoli różnica. I coraz bardziej utwierdzam się w swojej decyzji. Zamiast tłuc durne kilometry po asfalcie, zamiast urywać ułamki sekund, żyłować wszystko aż do kiszek mam inny klimat.

Jedziemy do Mińska, w pociągu spotykam Pawła. Obaj wiemy dobrze że jeśli ktoś może wygrać to ten drugi. W drodze do bazy, kiedy mówię, że nie mam rękawiczek, Paweł chce mi pożyczy swoje (rezerwowe)

Świadomość że nie bardzo wiem pod co trenuję. Że raz to może być sześć innym razem cztery a jeszcze kiedyś osiem godzin daje taki luz. Spokojnie latam po tych moich łąkach, czuję we włosach wiatr, i coraz częściej krzyczę, śpiewam sobie z radości.

Życie jest darem
od nielicznych dla wielu
od tych, którzy wiedza i mają
dla tych, którzy nie wiedzą
i nie mają.

Pod stopami trzaska lód, czasem dosłownie woda wlewa się do butów. Wiatr bez mała zatrzymywał mnie w sobotę i chyba w poniedziałek. Teraz jest już luzacko – tupię sobie tak i marzę, myślę. Ale przede wszystkim jestem tu i teraz. Słyszę szum wiatru w suchych trawach, wystających ponad śnieg, przecina tropy jakichś zwierząt. I chce żeby tak było znowu i znów.

Twoim prawdziwym obowiązkiem jest
Ocalić własne marzenia.

Cytaty A. Modgiliani

10:30, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
Na kanapie...

Klamka zapadła, wiem już gdzie będę biegał w tym roku a gdzie raczej nie. Podam to głównie dla spokoju żony (i mojego) żeby nie pytała mnie czy nie pojadę tu czy tam.

Na szosie

27 marca Półmaraton Warszawski
Może
Dycha w Garwolinie (jeśli będzie)
Mila Milanowska  (jeśli będzie mi się chciało)
Maraton Warszawski (ostatnia niedziela września) raczej na pewno.

I po błotku
Skorpion (chyba Krasnobród, 19 lutego)
RDS rajd Dolnego Sanu (19 marca w dolinie Sanu)
Dymno 14 maja
Grassor 25 czerwca
Wielkopolska Szybka Setka (gdzieś w Wielkopolsce w lipcu)
Nawigator (5 sierpnia Mińsk)
Izerska Wielka Wyrypa (w Górach Izerskich 19 sierpnia)
Funex Orient 26 listopada gdzieś, ale nie wiem, dokładnie gdzie.
I tyle moich planów startowych, no chyba że jeszcze coś.

A jeśli chodzi o to ważniejsze (cel jest niczym ruch jest wszystkim), w niedzielę dopadł mnie okrutny leń. Zamiast korzystać z ostatnich chwil, kiedy mam czas i dzieciaki nie krzyczą, żona nie narzeka, ja pławiłem się w lenistwie. Owszem mogłem napisać – nie miałem motywacji, albo brakowało mi energii. Ale zdecydowanie zdrowiej było spojrzeć prawdzie prosto w oczy – nie chciało mi się.

To takie dość typowe – pierwszy cykl na pełnych obrotach, rozciąganie, prostowanie kręgosłupa i wszystko cacy, w drugim już zacząłem sobie trochę odpuszczać, w trzecim porażka na Nawigatorze i popłynąłem. W ostatnim okresie jest łatwo o motywację, bo za chwilę zawody, na początku też jestem podjadany – zaczynam kotłowanie pod nowy sezon. Teraz jest taka dziura.

Ten Nawigator był dla mnie lekcją. Pokory, bo w pewnym momencie miałem ochotę polec na puszystym śniegu i prosić o dobicie. Widok Pawła Pakuły, który lekko odbijając się sunął do mety, w momencie, kiedy ja nie miałem za grosz siły. I lekcja fizjologii. To jednak zupełnie inne bieganie, tu trzeba napycha się jeszcze dziesięć minut przed biegiem, lekko przebierać na początku nóżkami (żeby utrzymać posiłek w żołądku). I pewnie coś jeszcze, i niejedno coś, ale tego to ja się dowiem na kolejnych imprezach.

Wczoraj wychodziłem z niechęcią, a po 30 minutach biegania chciało mi się krzyczeć z radości. Czułem taka lekkość, to dla czego warto się katować. Żaden narkotyk nie daje takiego czegoś. Poczucia lekkości, wolności. Taka świadomość bycia tu i teraz i tego, że jest ten jedyny niepowtarzalny raz. Kiedy każdy krok jest tym jedynym i niepowtarzalnym. Inna sprawa, że podobnie jak z dłubaniem w nosie i seksem trudno jest wyjaśnić co takiego w tym jest i z boku wygląda to raczej nieciekawie.

10:28, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
Porażka

Kilka lat temu po takim bieganiu jak przez ostatnie dwa tygodnie miałbym poczucie totalnej porażki. A teraz nic. Czegoś się nauczyłem o sobie o tym jakie rzeczy są możliwe a jakie nie i tyle.

Miałem plan żeby biegać dwa razy dziennie, na początek po godzinie, tak mniej więcej. I okazało się to niemożliwe w układach zawodowo – rodzinnych. Zwyczajnie, doba ma wszystkiego 24 godziny i nijak nie chce się wyciągnąć. Kiedyś trzeba spać, kiedyś zarabiać pieniądze i żeby biegać dwa razy potrzebny jest czas na regenerację w środku dnia. I w momencie kiedy organizm jest gotowy do kolejnego wysiłku trzeba wychodzić tyrać.

Zamiast nie wiadomo jak wielkiej objętości, na koniec tygodnia zaliczyłem zgon, odespałem, wychorowałem się i tyle mojego. Żeby biegać więcej, trzeba mieć czas na spanie, jedzenie, picie i takie tam.

Ale nie czuje się z tym okropnie, nie rozpaczam. Nauczyłem się że są takie chwile w których trzeba zwyczajnie odpuścić, bo inaczej zamiast większego treningu jest ogromna klapa. I jest to absolutnie bezcenna wiedza. Wiedzę to może wcześniej miałem, potrafiłem to zdanie odklepać. I co z tego, jeśli robiłem swoje.

Kolejny raz przekonałem się jak wielki wpływ na to co na treningu ma aura. Kilka dni temu, w grząskim śniegu brnąłem jak przez błoto, przebiegnięcie kilkuset metrów w czymś takim było okrutna orką. A i dawało wiele siły. Teraz po łąkach biegnie się po śniegu. Dosłownie – zmrożona warstwa jest w stanie utrzymać nawet mój ciężar. Ciepło mi się zrobiło kiedy zauważyłem że stoję na płaszczyźnie lodu. Lód zaczyna trzaskać (i pękać) a do brzegu jest jakieś 20 może 30 metrów. Dziwna ta zima, nawet nie da się pobiegać po lodzie.

Teraz kilka tygodni nic szybkiego, duuuużo kilometrów (kilometrorównoważników) i jeśli znowu śnieg zmieni się w śnieg siły. Jeszcze sześć osiem tygodni, a później może zacznę coś szybszego, tak na odmulenie.

10:26, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
Rankiem

To było we wtorek. Wyszedłem na trening o 5.30. Idiotyczna godzina na bieganie, szczególnie o tej porze roku. Ale miewa też swoisty urok. Najpierw był zając, może dziki królik, ale zając brzmi lepiej, więc tego się trzymajmy. Na Kasprowicza, prawie w centrum Milanówka. Poleciał przede mną i dzielnie mi zającował mi jakieś pięćset metrów. Co jakiś czas oglądał się dzielnie czy za nim nadążam. Odpuściłem mu bo wyglądał na nieco zestresowanego.

Później był pies. Jak raz przebiegałem obok komisariatu na Literackiej (u nas jest jeden komisariat i wystarcza). I nagle słyszę szur i obok mnie przeskakuje pies – chyba huskie, ale jakiś jak na tą rasę mały, więc nie mam pewności, zresztą może się z zimna skurczył. Taki luźno, swobodnie biegający hasiorek. Trochę mnie to zawsze deprymuje, szczególnie że jakiś rowerzysta miał do mnie pretensje że on luzem. Też bym pewnie miał, ale nie wiem kto jest jego właścicielem. Później przypomniało mi się jak tłumaczyłem córce dlaczego sypie się ulice solą.

Otóż jest to efekt zmowy pomiędzy kopalniami soli, fabrykami butów, cechem szewców i władzami miast. Dzięki temu że chodniki i ulice są posypane solą szybciej zużywają nam się buty. W związku z tym częściej musimy je naprawiać albo częściej kupujemy nowe buty. Zarabiają na tym więc szewcy, albo producenci butów. W dalszej perspektywie także szkółkarze drzewni (umierające drzewa trzeba czymś zastąpić), mechanicy samochodowi ( sól to korozja) i producenci i sprzedawcy alkoholu (po spacerze w takiej brei trudno się nie upić).

10:25, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
Najnudniejszy trening świata

Sobotnie bieganie. Rano, czyściutkie niebo. Z drogi w kierunku Dutki, co tam w kierunku, z drogi na Dutkę piękna perspektywa, rozległy widok na Kamonkę, Łętów, okoliczne wzgórza. Super, później drogami i przez pola, właściwie łąki. Wschodzące słońce oświetlało czubki drzew i takie wałki śniegu powstające podczas odśnieżania, było cudnie. W uszach słyszałem jak Duduś śpiewa.

Za nami noc

Ktoś na forum napisał – teraz śpiewają z przepony, ale w tamtym, starym śpiewaniu była dusza.

Tłumaczę Kasi jak mam zamiar trenować w przyszłym tygodniu. Dzień w dzień to samo, bez wyjątku, tyle że objętość spora.

-        Ale pod co trenujesz?
-        Pod nic, nie mam żadnych planów startowych, chcę zobaczyć jak to jest biegać taką objętość, czerpać radość z biegania a nie żyłować się na jakimś starcie.
Na początku trochę ją to dziwi. Niby biega dla przyjemności, ale ta przyjemność to ciągłe udowadnianie że robi postęp. Co tu dużo mówić – nie prowadzą nas sztandary, niesiemy z sobą tylko śpiew.
- To może być zabawne, biegać po 200 kilometrów żeby nigdzie nie startować.

Cel jest niczym, ruch jest wszystkim. Przez pierwsze osiem tygodni przebiegłem ponad 1000 kilometrów, (o sześć ponad), poza tym że nos zapchany i kaszelek jest mocny, jest super. I nie czuję się jak ołówek naostrzony po to żeby nie postawić nim choćby kropki. Fantastyczne jest to co dzieje się ze mną po drodze. W dzienniczku treningowym w rubryczce samopoczucie rzadko wpisuję piątkę. Ale często mam ochotę krzyczeć z radości. I wreszcie czuję się wolny I wciąż idziemy żeby żyć i żyć pragniemy by móc iść

10:24, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
Trzy szybkie

Jedna z moich byłych uczennic stwierdziła, że albo ma pieniądze na studia, albo ma na nie czas. Bo żeby mieć pieniądze musi pracować. Ja ma tak z pisaniem o bieganiu – albo mam czas żeby pisać, ale nie mam o czym, bo nie biegam, albo nie mam kiedy pisać, ale mam o czym.

Cudnie jest teraz biegać – co chwila nowa dostawa śniegu i ta niewiarygodna cisza. To że czasem jak już postawię stopę to uświadamiam sobie że lód pod śniegiem cieniutki i w nogi zimno. Ale ze starych czasów zostało mi zamiłowanie do takich klimatów.

Biegając i chodząc zauważa się więcej. Choćby to że jako cywilizacja zabrnęliśmy w ślepą uliczkę – śpieszymy się coraz bardziej, żeby coraz bardziej się spieszyć. Rezygnujemy z zajęć skłaniających do kontemplacji, oszczędzamy czas i w zamian możemy kontemplować w sposób zorganizowany. Zamiast przytulać dziecko budujemy kontakt poprzez masarz shiatsu, szmatsu czy inne dupatsu. Zamiast medytacji przyzmywalnej jest medytacja transcendentalna.

Brecht twierdził ze najlepsze miejsce do rozważania spraw wielki to sracz – jesteśmy pomiędzy niebem a gównem.

10:18, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
Z dystansu

Tak z dystansu lepiej widać to co przeżyłem w sobotę. A było tego sporo. takich obrazków które będą nieraz wracały.

Były więc stada saren, nie jedno czy dwa. regularnie ganialiśmy sie z sarnami na trasie. Woda w dołkach w lesie, przez który przebiegałem między drugim i trzecim punktem. Cieszyłem się że poziom wód gruntowych nie jest o kilka centymetrów wyższy. To by była kompletna masakra. Bobry przy piętnastce. Drzewa przez nie zwalone i żeremie. To z rzeczy przyrodniczo – krajoznawczych.

Fantastyczna lekcja pokory. Kiedy Paweł mijał mnie z lekkością jakiej mogłam tylko pozazdrościć, kiedy brakowało mi już siły żeby odrywa nogi od śniegu i miałem ochotę glebnąć się choćby na chwilę.

To jak mało jeszcze rozumiem swój organizm w trakcie takich ekstremalnych obciążeń. obciążeń ile pracy jeszcze przede mną żeby zacząć rozumieć siebie. I fizyczność i psychikę.

Teraz wyszło mi roztrenowanie, tak z pogody i pracy. I w pierwszej chwili chciałem sobie przerabia plan treningu a teraz wiem – trzeba robić swoje. Na efekty trzeba zaczekać. Cel jest niczym, ruch jest wszystkim. Nieważne czy uda mi się cokolwiek wygrać, ważne co przeżyłem i przeżyje po drodze.

10:17, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
59300

Na Nawigatora jechałem z mieszanymi uczuciami. Chciałem sprawdzić jak zadziałał trening z ostatnich tygodni, takie było założenie z jego początku. Ale o ile pierwsze cztery tygodnie poszły regularnie jak w zegarku, to na początku kolejnego cyklu organizm odmówił posłuszeństwa, a później wtrąciło się życie.

Właściwie pierwszy raz jechałem na imprezę tak bardzo „rajdową” Dymno w którym startowałem w tym i zeszłym roku jest bardziej orientacyjne – więcej punktów i biegania na specjalistycznych mapach do orientacji, tu miał by mój debiut w takim typowo rajdowo – setkowo – pięćdziesiątkowym klimacie.

Od razu w pociągu do Mińska spotykam Pawła Antoniego. Trochę rozmawiamy, dojadam resztkę śniadania. Bez problemu trafiamy do biura i załatwiamy formalności. Od ręki dostajemy mapy trasy i tu mam wątpliwości – czy to aby dobry pomysł? Mapy na starcie premiują osoby sprawniejsze orientacyjnie. Pomijam już fakt ze cwaniak może sobie polecieć szybciej.

Start – pierwsze punkty to scorelauf na mapie Jasna. Siła rzeczy wspominam swój pierwszy bieg tutaj – sztafety ligowe w 1983. Trochę się ten las pozmieniał. Poza tym że bez sensu próbowałem pokona rzekę w miejscu w którym nie było na to szans (w osiemdziesiątym trzecim była tu kładka) i dokładam ze dwie minuty na dobiegniecie do mostku jest w porządku. Miejscami mijam się z ludźmi, pomaga tez ślad zostawiony przez setkowiczów. Ostatni punkt na scorelaufie znajduję po nieco ponad 26 minutach (4075), wybiegam do torów. Kolejność A,C, E, D, B.

Staram się korzysta ze ścieżek i pseudościeżek przy torach, kawałkami muszę biec po samych torach. Buty ciągle suche, PK 2 znajduję bez kłopotu i patrzę na lewo na łąki – jak przebrną przez nie unikając kąpieli? Odchylam się na lewo łapię trochę wiatru w żagle i wody w buty i brnę dalej. Drogami przez las, jedna mała szoska, później na południe od Mikanowa kolejna. Po drodze rzuca się na mnie jakaś wściekła jeżyna, bronie się dzielnie, ale ślad na ręku zostaje. Wchodzę na wzgórze i jestem PK 3 (od startu 1.17 od scorelaufu 7480)

Na czwórkę przez Julianów, Julianów Krzywicę (niezłe te nazwy tu mają) w wioskach cały czas mam wrażenie ze wypadnie na mnie jakiś burek, jak to na wsi. Na punkt wchodzę jak po sznurku – pomaga mi stado saren, trzecie czy czwarte które mnie dziś dopinguje. Ostatni raz widziałem kogoś odchodząc z dwójki, powoli godzę się z samotnością.

Odchodzę po brzegu lasu, dalej drogami po polach i bez wchodzenia w Zglechów znowu w pola. Mam taka refleksję – nieźle się ten Zglechów rozbudował.

Krótki popas – piję, ale sok nie jest gorący, nie jestem w stanie wypić tyle ile powinienem. Bez trudności wchodzę na piątkę i widzę że ktoś tupiąc głośno dogania mnie (później dowiem się że to Paweł Antoni)

PK 5 ( od startu 2.38 od PK 3 9720).

Odbiegam w stronę Siodła, mijając sklep zastanawiam się czy dobrym pomysłem nie było wzięcie nerki i tankowanie w sklepach, przynajmniej by było cieplejsze. Ale jest jak jest. Ścinam rogi, zaliczam punkt, kolegi z PK 5 brak. Odchodzę kolejny raz wymieniając wodę w butach. Brnę tym co na mapie jest drogą, a w terenie różnie.

Mija mnie Paweł Antoni, powiew wiatru spowodowany jego biegiem rzuca mnie w krzaki, cóż tak biegają mocniejsi. Do piętnastki nudy na pudy – traf w drogę i biegnij naprzód. Na samej końcówce niespodzianka – droga po byku, której na mapie brak. Trochę mnie to hamuje, ale dobiegam do punktu, mija jakichś dwóch nieszczęśliwców, wcześniej Pawła, który odbiega. Kasuję patrzę na mapę i zaczynam wracać

PK 15 (od startu 3.20, od PK 5 7870)

Wchodzę na scorelauf. Teraz trzeba ostrożnie, tak żeby nie szukać na mapie do orientacji. Wybieram najbardziej zachowawczy wariant z możliwych. Prawie prostopadle do kierunku, drogą która w praktyce okazuje się bita. Na niej grupa robotników patrząca na mnie jak na idiotę ( nie bez racji). Na pewniaka wchodzę we właściwą przecinkę i lecę. Woda znowu świeża (kiedy ostatni raz tak dokładnie wymoczyłam nogi?), przy punkcie lekki zonk – punkt na ambonie, ale ambona nie w tym miejscu, kosztuje mnie to minutkę, może dwie i lecę. Ostatnie trzy punkty to już zabawa w chodzonego po wodzie. Cienka warstwa lodu trzaska radośnie, moje stopy protestują zdecydowanie. Wchodząc na ostatni punkt widzę rów zamiast ścieżki i decyduję się na końcówkę po rowie – nawet jak będzie woda to przynajmniej nie zakręcę się bez sensu. Kolejność 16B, 16, 16C, 16A, 16D. Tu też biegałem za dawnych dobrych czasów, ale w czasie biegu nie miałem siły już o tym myśleć.

(Koniec scorelaufu: czas od startu 4.44 scorelauf 12932).

Została mi już formalność siedemnastka i do domu. Szurając droga do Chmielowa mijam Pawła. Odrywa się od ziemi, mocarz. Przetaczam się przez wioskę przy milczącej aprobacie panów pijących winko pod sklepem, w Mariance wbijam się w las, przetaczam się na druga stronę i zaczynam czesanie. Zaczyna się szarówka i co tu dużo gada toczenie się po polach to już nie jest taka zabawa jak trzy godziny temu. Po jakimś czasie widzę jak Paweł przemyka, bez przekonania robię kolejne kółko i zaczynam przesuwać się bardziej na zachód. Dotaczam się do punktu. Zostawiam ślad perforatora na karcie i zaczynam peregrynacje w stronę mety.

Bardziej brnę niż toczę się starając się utrzymać kierunek. Kiedy po jakimś czasie widzę mostek znany mi ze scorelaufu słyszę w duszy radosne hosanna. Ale zamiast trzymać się szosy rzeźbię jak głupek w krzakach. Docieram do mety. Paweł coś pisze na laptopiku, uśmiecha się. Oddaję kartę poziomuję się i chwilę zbieram siły (od startu 6.36, od scorelaufu 17220).

Moje serce uderzyło 59300 razy. Nieźle.

Co było nie tak? Jedzenie, przy takim wysiłku trzeba kończyć przed samym biegiem i może na jego początku. Na trasie nie jadłem wcale, tak jakoś.

Mapa – nie miałem doświadczenia z piędziesiatkami, nie chodzi o odległości, a o stpień generalizacji.

No i z Pawłem nie miałem szans, on wziął na trasę wodę i kiełbasę, ja sok i batoniki musli.

Za to jestem zadowolony w butów. Nie lubiłem i nie lubię terenówek – biegłem z szosówkach (Joma Hispalis) dały mi dobre wsparcie, nie zostawiły nawet śladu, śladu. Nie miałem chwili zawahania, utraty równowagi. Było super. Teraz ja muszę dostosować się do ich jakości.

10:09, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
O poranku

Czasem trudno jest utrzymać się w takim równym rytmie - trening, trening, trening. Gdyby to był rzeczywiście trening a nie bieganie to chyba bym nie dał rady. Ale że to jest wyjście na bieganie, w którym często miewam ochotę na to żeby krzyczeć z radości to jakoś daję radę.

W zeszłym tygodniu wyszło 146 km, w tym powinno być 170 w następnym jeszcze więcej. Więcej ostatnią sobotę listopada przymiarka do przyszłorocznych pięćdziesiątek. W sumie to ciekawy jestem jak mój organizm poradzi sobie z tym wszystkim.

Przez lata szedłem rytmem – trzy tygodnie rosnącej objętości, czwarty na regenerację, w pierwszym cyklu po regeneracji możliwości mi siadły. Zamiast działających mięśni miałem sztywne, jak z plastiku zrobione gule. Zobaczę jak będzie, kiedy teraz akumulacje potraktuje bardziej symbolicznie.

A poza wszystkim to jest super – wyjścia o szarówce, albo zupełnym mroku i patrzenie jak powoli wstaje dzień, jak kolory nasycają się. Teraz to raczej nie będą się nasycały, bo zamiast kolorowych liści mamy powszechną szarówkę. Jest super, w sumie uwielbiam te porę roku – wtedy najczęściej miewa się myśli samobójcze, nie chce się wstawać rano i jest generalnie do dupy.

Bagno o poranku ma inny zapach niż wieczorem, taka miałem kiedyś refleksję, teraz będę mógł się o tym dokładniej przekonać.

10:08, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
Rydwany Ognia

Przedwczoraj oglądałem fragmenty Rydwanów Ognia. Wiem straszliwie ograne w środowisku, dramatycznie oklepane tu i ówdzie, ale kiedy patrzy się na takie rzeczy można zobaczyć co tam u mnie słychać.

Pomyślałem o tym jak daleko odszedłem od takiego czystego biegania. Biegania dla samej radości, dla uczucia wolności szumu wyschniętych traw, widoku wschodzącego słońca. Szukałem jak ten idiota potwierdzenia własnej wartości. Tak jak by przebiegniecie maratonu w 3 godziny, czy nawet  2:50 sprawiło albo potwierdziło ze jestem lepszym człowiekiem. I postanowiłem uciec – w przyszłym roku już nie startuję na szosie. Może raz czy dwa na polówce i maratonie w Warszawie, a i tam tylko przyjemnościowo, bez żadnej napinki, tak żeby skończyć w limicie.

Poza tym spokojne długie bieganie i starciki w pieszych maratonach na orientację. Bo tam się biegnie spokojnie, bez pośpiechu, bo ładne są widoki i generalnie inny klimat wśród ludzi. Myślę że ten klimat jest tu decydujący. Taki spokojny luzacki. Mam kilka zdjęć z DYMnO.- piję kawkę, siedzę i konwersuję, lansuję się z szefem imprezy. Podobno tam także biegałem, ale dowodu na to nie ma żadnego. Na zdjęciach ze startu jestem za plecami innych, na mecie nikt mnie nie fotografował. No i bieganie na szosie jest męczące.

W tym tygodniu nabiegałem 88 km, troszeczkę rytmówek i trochę drugiego zakresu. Wiem że człowiek nie samochód i zakresy to przeżytek, teraz są procenty Hr max, ale ja też jestem przeżytek i biegam zakresy.

We wtorek, jeszcze o szarówce wbiegłem do lasu w Podkowie Leśnej i widok by niesamowity w kilku miejscach pełgały światełka na mogiłach partyzantów z AK, niektóre w środku lasu, to było takie mistyczne. Tak jak poniedziałkowe zapalanie znicza na grobie taty i tupanie po lesie w którym jako dziecko z nim spacerowałem. To było jak cicha radosna modlitwa.

Dawno nie miałem z biegania aż takiej radości, teraz znowu czuję się wolny. 27 listopada pierwsza z pięćdziesiątek, ale jakoś się tego nie boję.

10:07, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
1 ... 11