RSS
niedziela, 20 lutego 2011
Skorpion

Skorpion jest imprezą nad wyraz ekstremalną. Ekstremalne są parametry trasy, często pogoda, trudność techniczna (nawigacyjna). Ekstremalne są także życzliwość organizatorów, ich zaangażowanie.

Etap pierwszy

Na zawody jechałem z Janem Lenczowskim. Nigdy z nim nawet nie rozmawiałem, umówiliśmy się na wspólną jazdę przez forum. Wcześniej zajrzałem na jego stronę i czegoś tam się dowiedziałem. Byłem nastawiony na tak (mimo, że nie lubi Maratonu Warszawskiego). I nie zawiodłem się. Podejrzewam, że gdybyśmy mieli jechać razem na przykład do Mediolanu też nie byłoby problemu z tematami do rozmowy. I co ważne mój towarzysz potrafi także słuchać.

W piątek dojadam kolację, zastanawiam się jak potwornie dużo trzeba zjeść na te ileś tam kilometrów w zaśnieżonym lesie. Zasypiam w kącie, pod głową mam podusię zrobioną przez moją Wisię kiedy była jeszcze zupełnie mała. Na białym tle trzy odbicia malusich rączek, w trójkolorze. Mamy dużo sympatii dla rastamańskich klimatów.

Etap drugi

Budzę się przed budzikiem – tak jak zazwyczaj w domu, trochę przed szóstą. Korzystam że do toalet nie ma kolejek, robię kawę, później śniadanie. Dochodzi siódma, zaczyna się ruch. Mam przekonanie, że jem za wcześnie, że nie powinienem robić tak dużego odstępu przed bieganiem, ale jakoś tak wyszło.

Przebieram się, odprawa, zbieramy się na start. Ludzie przeróżni, niektórzy w wypasionym sprzęcie do biegania, niektórzy w moro. Dostajemy mapy – patrzę i już wiem – nie będzie łatwo.

Wieczorem startowała setka, pierwsze kółko najlepsi biegali pomiędzy sześć a siedem godzin i na mniej więcej tyle liczyłem. Teraz patrząc na mapę zastanawiam się jak oni to zrobili?

Nerwowe dreptanie, strzał – lecimy.

Etap trzeci

Biegnę na pierwszy punkt maksymalnie zachowawczym wariantem i możliwie najwolniej. Choć biegnąc w tłumie trudno mi się hamować. Dorzucam dodatkowe kółeczko, zaliczam punkt jako czterdziesty i wytaczam się na pola.

Pola latoś cudnie zaorane, z niepowtarzalna grudą, istne łaminóżki. Uciekam do lasu i sprawnie znajduję co moje. Lecę dalej.

Po drodze do trójki nie mijam już spacerowiczów z kijkami, matek karmiących. Przodem biegnie para (facet nawiguje, dziewczyna ma bardzo ładne, ten tego, spodnie i nieźle się rusza) Odchodzą, ja się kręcę, trochę w górę, trochę w dół. Po jakimś czasie znajduję się w rejonie, i już, już mam zamiar szukać, kiedy z góry wychodzą Jan Goleń z Andrzejem Krochmalem i jeszcze jednym, nieznanym mi z nazwiska biegaczem. Biorą nas sieroty za rękę i prowadzą na punkt. Ruszam dalej.

Etap czwarty.

Na wariancie mamy rzekę. To jest męski sport, myślę i ruszam w tamtym kierunku. Czuję lekki zawód – zamiast forsowania przeszkody wodnej troszkę lodu, który nawet nie pęka. Po chwili biegniemy razem: Jan Goleń, Bartek Grabowski i ja. Kiedy wbiegamy między zabudowania wyprzedzają mnie. I dobrze, bo zza chałupy wypada spory burek. Kiedy już jesteśmy dalej oglądam się – dobrze że pozostałe trzy były uwiązane.

Kolejne punkty znajdujemy już bez problemu. Czwórka, piątka, zostajemy we dwóch z Bartkiem. Biegniemy razem, ale każdy nawiguje na własny rachunek żadnego wożenia się.

Mimo ze pogoda jest mało efektowna – niskie chmury i jakby zamglone niebo perspektywy są cudne. Bardzo kameralne i klimatyczne. Szkoda tylko, że żeby na nie popatrzeć trzeba by się zatrzymać. Bieganie połączone ze zwiedzaniem jest mocno problematyczne, bo albo jest się w lesie i wtedy mało co widać, albo na polu i tu trzeba patrzeć pod nogi.

Dopadamy do siódemki, pijemy herbatę (podziękowania dla ludzi z biura Quand, którzy organizowali tu wszystko i zadbali o sympatyczny klimat). Dowiaduję się, że jesteśmy na trzecim i czwartym miejscu – przed nami kilka minut Jan i Dawid Studencki. Z okrzykiem t"ak być nie może" ruszam w pościg.

Etap piąty

Z mapy wynika, że skończyła się nawigacja. Gnam drogą w dół, aż trudno nie zacząć trochę żywnej tupać. Widzę ślady rywali. Dobiegam do mostu i tu staję – to nie jest ten most. Kierunki się nie zgadzają. Stopuję, rozglądam się i staram się zrobić co trzeba. Uważnie wchodzę w wąwóz, powoli, bez przekonania drepczę w górę i jest. No i nie ma śladów. Dalej w górę, przez zwalone drzewa, zaorane pole i obok stadka danieli (tak mi się wydaje, nie mam doświadczenia w dziedzinie zwierzyny płowej).

Spotykam jakiegoś brnącego w kierunku mety setkowicza, szukam dziewiątki, znajduję i wypadam dalej (nie wiem, że właśnie stuknąłem pierwszy punkt stowarzyszony).

Dziesiątkę osiągam jakimś cudem. Myślę, że chce żeby to się skończyło. Zjeżdżają mi gacie i zaczynają obcierać (co na to żona?). Pod górę jest coraz bardziej stromo a z góry nieprzyjemnie. Leżące w poprzek gałęzie urastają do rozmiarów gęstwiny konarów, a konary do kłód, rzuconych bez dania racji pod nogi. Daję ile mogę a że niewiele mogę to niewiele daję. Picie w plecaku stało się zimne. Staram się podpijać, ale moje gardło protestuje. Brnę w kierunku jedenastki. A przynajmniej tak mi się wydaje.

Etap szósty

Ni stąd ni z owąd znajduję się na szosie. A miałem być w wąwozie. Patrzę – jest asfalt. Staram się zorientować gdzie jestem, dobiegam do rozwidlenia a później do wioski. Z daleka widzę sporo stojących samochodów, mam nadzieję, że to orszak weselny a nie kondukt. Kiedy dobiegam (dotaczam się) widzę różowe baloniki – raczej nie pogrzeb. Wskakuję do sklepu, zastanawiam się na półlitrowym sokiem, ale w oko wpada mi cola. W ciągu chwili popijam, odgazowuje i wciągam resztę. Staczam się lekko w dół i staram wrócić na właściwy kierunek. Brnę, zaliczam jedenastkę (jak się później okaże także stowarzyszoną) i spadam na dół. I tu uświadamiam sobie – to był punkt stowarzyszony. Jest mi to obojętne – mógłbym wracać na górę i szukać właściwego, ale uznaję że bardziej opłaca mi się biec do mety. Zamiast obiegać dołem, na ostatni dwunasty punkt biegnę znowu leśnymi drogami.

Mapy, z jakich korzystaliśmy powstały w zamierzchłej epoce Gierka. Są nieczułe na przemiany ustrojowe, obca jest im czytelność i rzetelność. Biegnąc drogą lub przecinką można mieć pewność, że zniknie ona, albo choćby zarośnie.

Tak jest i tym razem – wygodna szeroka droga zamienia się w zarośniętą, zasłaną gałęziami przecinkę. Normalnie pewnie bym nie zauważył tych gałęzi, teraz stają się zaporą nie do przebycia. Brnę przez śnieg (z pięć centymetrów) gałęzie (grubości zapałek) i inne równie uciążliwe przeszkody terenowe.

Orientuje się, że to gdzieś tam i po chwili widzę to – z góry dostrzegam dach Kaplicy Świętego Rocha. Nie wiem, o co mogłem się tam pomodlić. Staczając się po chodach modliłem się żeby nie polecieć na gębę. Ostatni punkt i do mety.

Nie wiem, który jestem, nie wiem ile mam stowarzyszonych, dopiero na jedenastce uświadomiłem sobie, że mogłem stuknąć ich kilka. Toczę się do mety.

Etap siódmy

Na mecie niespodzianka – jestem w stanie chodzić. Mimo siedmiu godzin i czterdziestu minut na trasie moje nogi nie odmawiają posłuszeństwa. Zimny prysznic jest ukoronowaniem ekstremalnych wrażeń. Po Nawigatorze padłem na podłogę i zalegałem, teraz w miarę się ruszam, ale na trasie „noga nie podawała” nie miałem siły szarpnąć. Może to opór psychiczny po tamtym wysiłku. No i nawigacyjnie słabo – ileś kółek, dwa punkty stowarzyszone.

Później jeszcze pyszny obiad i wracamy do domu. Do Warszawki docieramy przed 23.00. Właśnie kończy się limit dla pięćdziesiątki. Niby powinniśmy zostać na zakończenie, ale żony i dzieci czekały.

10:32, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »
środa, 16 lutego 2011
Odliczanie

Środa, ostatnie długie wybieganie, później już tylko wielkie żarcie i w piątek w drogę. Liczyłem na bardziej łaskawą pogodę, ale dobrze jest jak jest. Przynajmniej nie będzie po kostki w błocie i podłoże będzie twarde.

To jak postrzegany jest Skorpion najlepiej widać po tym jak wygląda struktura zgłoszeń. Zdecydowanie więcej na pięćdziesiątkę niż na setkę. I o ile na setce jest kilka znanych w środowisku (nawet mnie) nazwisk – Andrzej Buchajewicz, Marcin Krakuski, czy Paweł Antoni – mój pogromca z Nawigatora, to ludzi z pięćdziesiątek nie kojarzę (poza Andrzejem Krochmalem i Tomkiem Radomińskim – organizatorami Dymno i Nawigatora) Janem Lenczowskim i jego imiennikiem Goleniem. I nie wiem z iloma przeciwnikami przegram.

Niby to nieważne – polecę i tyle. Co mam to dam i może nawet wyciągnę wnioski z tego co było w Mińsku.

Wnioski to znaczy z całą pewnością inaczej trzeba jeść. Przed oczami mam Przemka Mossakowskiego powtarzającego – jak potwornie dużo trzeba zjeść na dwie godziny w mokrym lesie. A jak dużo trzeba zjeść na sześć godzin w mroźnym? Z całą pewnością i w Mińsku i w Nieporęcie zaczynałem za szybko. Tu wezmę pasek i zadbam żeby tętno wychodziło na początku na poziomie 130 – 140.

I czuje ten okropny niepokój – wiem ze będzie ciężko, że na końcu będzie bolało, że jest na tyle zimno ze nie da się legnąć na trawie i odsapnąć. I czuję radość, że znowu to zrobię – że będę ścigał się z drzewami, że gdzieś tam będę mierzył się ze swoją słabością. To okropnie ambiwalentne, ale taki już jestem i dobrze mi z tym wiec po co zmieniać.

Czekam, jem, zbieram siły.

07:59, wojtek_wanat
Link Komentarze (3) »
wtorek, 15 lutego 2011
Bieg Wedla i Alleygra

 

Myślami jestm raczej do przodu niż na to co za mną, ale wypada kilka słów napisać o sobocie. W sobotę zachowaliśmy się jak zwyczajne małżeństwo, tyle, że na odwrót. Rano Kasia pojechała na zawody dla ścigantów, po południu jak potuptałem na alleygrę.

Bieg Wedla to dla mnie dowód że z biegami jest jak z knajpami. Mała knajpka z klimatem po jakimś czasie staje się popularna i wtedy klimat znika. Bo przez lata przychodzi się dla barmana, który zagada i pracującej z nim na zmiany dziewczyny, w wolnych chwilach grającej na pianinie i śpiewającej w salce na dole. Ale jak już knajpa jest znana to barman, nalewając siedemsetne piwo staje się opryskliwy a jego koleżanka nie ma kiedy wyjść zza baru.

Mały bieg z klimatem, kiedy przyjeżdża na niego pięćset osób staje się zwyczajną partaniną. Bo organizatorów przerasta liczna uczestników. Po klimacie zostaje wspomnienie, statystycznie co piąty biegnie inny od założonego dystans a szatnie i depozyt to zwyczajna lipa. Ale z Biegiem Wedla jest jak z Maratonem Poznańskim – ma opinie biegu z klimatem dla amatorów. I tak zostanie. A błędy organizatorów? Nieważne, zresztą jakie tam błędy? To że dopuszczają do startu osoby które nie powinny biegać z racji biegu? Niby nic, ale po co pisać regulamin, którego się samemu nie przestrzega.

Tak nawiasem tak wygląda czternastoletnia Dagmara Dominiak, według wyników nieoficjalnych, druga kobieta na trasie o długości 5,43 km.

Ja zamiast na Bieg Wedla pobiegłem do Podkowy na alleygrę. I tu było super. Mało ludzi, większość rodzin z małymi dziećmi, więc niby nie było z kim się ścigać. Była para rajdowców, między innymi Ula Wojciechowski, którą kojarzyłem jedynie z forów, później dowiedziałem się że zwyciężyła w klasyfikacji kobiet w Pucharze Polski w Rowerowych Maratonach na Orientację.

Zabawa była przednia i jakoś tam pojawiło mi się kilka pomysłów na podobne imprezy w Milanówku. Szukanie informacji w dziupli, przepisywanie liter z fragmentów wiersza było świetną zabawą. Na koniec klimatyczne spotkanie w Pałacyku  w parku leśnym w Podkowie.

07:20, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 lutego 2011
Tydzień

Jakoś nie idzie mi to bieganie. Tupię, tupię i tupię. Nie wychodzą mi treningi. W tym tygodniu poniedziałek i wtorek zgodnie z planem. W Środę padaka, taka, że nie wyszedłem z domu a w czwartek lekkie roztuptanie. A za tydzień pakuję się i jadę do Krasnobrodu.

Bo człowiek to głupi jest straszliwie. Przecież ja dobrze wiem jak będę się czuł na mecie, że zrobią ze mnie szmatę. Może to ja zrobię z siebie szmatę, że będę leżał bez sił. I po co?

Fajnie, prawda?

Z tej strony tez niezłe.

O ostatnich treningach mógłbym wiele. O stadach saren jakby zawieszonych w skoku nad polem, o koronach drzew oświetlonych słońcem na tle groźnego ciemnego nieba, ale coś bardziej mnie kręci.

Przy polnej drodze znalazłem opakowanie po szczoteczce do zębów, i pojawił mi się taki obraz:

Oto pierwsza randka, on szesnastolatek, ona lat czternaście, idą za rękę, zaczynaja się do siebie tulić i wtedy on poczuł to, przeprosił ja na chwilę, skoczył w krzaki wyciągnął szczoteczkę, pastę butelkę wody (bez gazu) i szuram burum. Tylko opakowanie zostało.

Później były pierwsze pocałunki i takie to wszystko fantastyczne.

A kilka dni później on zobaczył jak ona za rękę trzyma pryszczatego Stacha. Wracając do domu znalazł to opakowanie po tej szczoteczce. I zabolało go wspomnienie. Wyrzucił, podeptał i teraz leży tam przy drodze w Kadach.

Chciało by się powiedzieć:

A ludzie mówią, i mówią uczenie,
Że to nie łzy są, ale że kamienie,
I - że nikt na nie... nie czeka!

 

Fotografie Oli Sucheckiej, fragment wiersza C.K. Norwida

10:41, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 lutego 2011
Rytuały

Wierzę w jakiś sposób w rytuały. Kiedy zaczyna się ostatni szlif przed zawodami staram się coś zrobić. Ale różnie to wychodzi.

Tym razem obciąłem włosy. Za dwa tygodnie akurat będą równe i będą miały odpowiednia długość. Pojawiło się jednak kilka „ale”. Pierwsze najprostsze, Ciachałem się przed bieganiem i trochę tego tałatajstwa dostało mi się tu i ówdzie. I zamiast przepisowego wybiegania na ponad dwie godziny było roztuptanie. Bałem się, że przez tak długi czas zadrapię się na śmierć. Im dłuższy dystans, tym ważniejsze staja się szczegóły. Przed biegiem na dyszkę można prawie sobie to odpuścić, ale przed maratonem trzeba się bardzo starannie podetrzeć. No i okazało się że przy takim wietrze bez włosów w głowę zimno.

Tak czy inaczej już się boję tego Skorpiona. Bo tam będę się woził po krzakach i mogę zabłądzić. Bo zimno, bo do domu daleko i może nawet cos sobie poobcieram.

Dzisiaj poczułem siłę przyrody. Pierwszy raz rozciągając się oparłem się o drzewo – sosnę mającą z pięćdziesiąt, albo więcej lat. I poczułem jak chodzi pod wpływem wiatru. Czułem, że nieźle wieje, ale nie sądziłem, że aż tak. To są chwile w których zdaję sobie sprawę z tego jaki jestem malutki.

21:30, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Trzy tygodnie

W sobotę się zorientowałem – zostało raptem trzy tygodnie. Zorientowałem się też na co się decyduję. Skorpion to podobno jedna z najtrudniejszych imprez w Polsce. Od czegoś trzeba zacząć, później będzie już tylko z górki.

Wydaje się to być głupie. Miałem plan i zamiast trzymać się go konsekwentnie sru i biegamy inaczej. inaczej zamiast łagodnego przejścia szok dla organizmu. Nic dziwnego, że zaczął się buntować. Spokojne długie treningi to zupełnie co innego niż szarpanie tempa. Mięśnie sztywne, kostka boli, nie mam siły na rozciąganie, jest słabo.

No i w tygodniu wszystkiego 88 kilometrów. Fakt, dwa dni właściwie wolne, i żadnego dnia z długim wybieganiem, ale to jakoś tak nie po mojemu.

Może to inne bieganie bardziej mnie zresetuje, może będę miał więcej biegania na poziomie medytacji a nie myślenia? Myślenie ma kolosalną przeszłość, ale przyszłości raczej żadnej. Biegnąc trzy godziny w tempie traktora nie da się nie myśleć. W czasie dobrego treningu interwałowego nie da się myśleć.

Kiedyś bawiły mnie nowinki techniczne, te wszystkie timery, bajery i tak dalej. Jak biegnę na treningu 70 s z przerwą 20 s, korzystając wyłącznie ze stopera bardzo trudno jest utrzymać rytm – odcinek, przerwa, odcinek, przerwa. Wystarczy chwila nieuwagi, myśl o czymś innym i rytm sypie się. Timer zwalnia z obowiązku bycia w koncentracji, oducza tego. Oducza też słuchania siebie.

Zauważyłem że w zależności od tego o czym myślę różne rzeczy dzieją się z moim tętnem i tempem. Są trzy możliwości (dokładnie trzy i kawałeczek). Myślę o tym co robię, tempo jest w porządku. Myślę o czymś przyjemnym lub neutralnym, tempo zaczyna siadać a jeśli zaczynam myśleć o czymś irytującym rośnie. I tu jest kawałek coś co mnie rozaniela i jednocześnie sprawia że zaczynam coraz szybciej przebierać nóżkami. To Maraton i Półmaraton Warszawski. Niewiele mam tak dobrych wspomnień jak to wszystko co się działo podczas tych imprez.

Tak czy inaczej – zostały trzy tygodnie, praktycznie 19 dni. I z jednej strony spodnie mam już trochę pełne a z drugiej jestem spokojny. Paweł zgłosił się na setkę, to i mnie nie złoi. Jak znam życie zrobi to ktoś inny. Jednego nauczyłem się na Nawigatorze – na takich imprezach je się inaczej niż przed maratonem. Co impreza to nowe doświadczenie. Ciekawe jakie (i jak bardzo bolesne) będzie tym razem.

05:51, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 stycznia 2011
Luz

Kolejny raz poczułem taki luz. Nic nie muszę. Miałem wstępny plan jeszcze trzy tygodnie pokatować coraz większą objętość. Ale, po co mi to? Czy to takie ważne, że pobiegnę to 200 kilometrów w tygodniu?

Zaczęło się od Sióstr Urszulanek i Jurka Owsiaka, to dzięki nim trochę dałem sobie na luz. Na aukcji w ramach WOŚP sprzedaliśmy usługę – odśnieżanie. Wylicytował jakowyś sympatyczny człowiek, w nadziei, że nie będzie musiał w domu tyrać (odśnieżanie jest niebezpieczne, najwięcej zawałów właśnie przy odśnieżaniu), no i zrobi coś dobrego dla Orkiestry. Ale jego żona puściła to dalej – przekazała nas Siostrom Urszulankom. Nie wiem czy się siostry nie brzydziły, ale nawet jeśli tak, to nie dały po sobie poznać.

Od WOŚPu do teraz nie padało. Dopiero w poniedziałek Siostry zdecydowały się, że warto skorzystać. I zamiast katować jakieś durne trzy godziny ciągłego wziąłem się za szuflę. Pomagała mi Wisia. Szufla, łopata, grabie, miotła to znakomite przyrządy wspomagające medytację. I tak sobie medytowałem.

Z medytacji wyszło, że to bieganie ciągłych jest super, ale może warto tez się troszeczkę pobudzić, bo nie widzę specjalnej bariery. Biegam 2 – 2,5 godziny i na drugi dzień nic, ani sztywności mięśni ani nic z tych rzeczy. Poza tym taki trening jest straszliwie czasochłonny. No i poszło – teraz to sobie pokatuję rzeczy, które są szybsze.

W ramach przyspieszania we wtorek też prawie nie biegałem, ale czułem luz, bo nie muszę. Fajnie jest pisać o bieganiu jak się nie biega.

07:33, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 stycznia 2011
Dwa obrazki

Takie obrazki z biegania. Wczoraj najpierw dwa lisy śmigające mi prawie spod nóg. W Otrębusach obok domów. Później połowa sporego psa leżąca na torach WKDki, pomiędzy Kazimierówką i Brzózkami. Jak znam życie ktoś wrzucił potraconego psa na tory, żeby nie musie tego sprzątać. Jakoś nie wyobrażam sobie żeby mknąca trzydziestką kolejka była w stanie potrąci psa. Chyba, że sparaliżowany, alby przypięty.

Dzisiaj w lasku opodal Brzózek facet z wykrywaczem metali śmiga po granicy kultur. Najpierw widzę go z pokrowcem. Z daleka wygląda prawie jak dubeltówka, więc mijając patrzę ci to właściwie jest (i czy nie ma przy nim psa). Na drugim kółku zagaduję co tu można właściwie znaleźć. Odpowiada, że nic specjalnego, grosz z okresu Powstania Listopadowego, guzik armii carskiej. Żadnego złota.

Zaczynam zastanawiać się jak mogło tu wyglądać 50, 100 czy 200 lat temu. Czy jeśli znajdują się tu jakieś kulki, to znaczy ze toczyły się tu walki. Jakie walki i kiedy? Las wygląda na młody i podsadzony z jakichś względów kilkadziesiąt lat temu. Ziemia tu licha, więc może w czasie walki z chłopami w pięćdziesiątych, kiedy dorzucano domiar zasadzono tu las żeby uniknąć podatków. Ale jeśli są tu takie starocie, to może są to ostatki lasu z dawnych lat?

Chciałbym pobiegać tu po takim lesie, jakie rosły z tysiąc lat temu – bezkresnym, bezludnym. Co prawda łatwo się zgubić w takim lesie, ale też nie ma dokąd się spieszyć.

Bieganie sprzyja tego rodzaju refleksjom, tyle, że ja mam uczyć się oczyszczać umysł, biegać jak kiedyś, w pełnej koncentracji na biegu i nawigacji. Kiedy się zwyczajnie biegnie to jest jak medytacja. Nawet nie jak medytacja, to jest medytacja.

22:02, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 stycznia 2011
68 dni

Pobiegnę w Warszawie. Półmaraton i Maraton w Warszawie to jedyne biegi na szosie o których wiem że chcę tu biec. Jasne, są fantastycznie zorganizowane – od zgłoszenia, poprzez biuro zawodów, trasę aż po zawieszenie medalu na mecie, wszystko jest bez zarzutu. Ale to tylko jedna, ta mniej istotna strona.

Z jakiegoś powodu zdecydowałem się na ucieczkę z szosy. I sporo z tego przed czym uciekam jest obecne i na tych biegach. Co w takim razie trzyma mnie tutaj?

Trasa jest specyficzna. To dla mnie przede wszystkim ogromna liczba wspomnień. Start spod Kolumny Zygmunta. Kiedy odbywał się pierwszy Półmaraton start był w tym samym miejscu. Moja Wisia miała wtedy niewiele ponad miesiąc. Przebierałem się w Poziomce. W osiemdziesiątych kupowało się tam towar, w dziewięćdziesiątych bywałem tam na kawie. Później była to jedna z niewielu kafejek, które ostały się zachodniemu sznytowi. Teraz pięć lat później Poziomki już nie ma. Na chodnikach leżały jeszcze pryzmy śniegu, startowałem w starej czapeczce, którą zostawiłem po drodze w jakimś koszu na śmieci. Przez cała drogę w uszach miałem dźwięki, które Młoda wydawała w pierwszych dniach swojego życia, w oczach jej rączynki i stópki. Biegłem jakoś dla niej.

Krakowskie Przedmieście, Marszałkowska, Królewska, Plac Teatralny, dalej Miodowa, Bonifraterska i na Most Gdański. Po zbiegnięciu na druga stronę miejsce, które będzie mi się dobrze kojarzyć. Krzaki nad Wisłą, w których sikaliśmy na naszym ślubnym maratonie. Ja to ja, ale Kasia w ślubnej sukni sikająca w krzakach.

Na lewą stronę Wisły mostem Świętokrzyskim i dalej obok szpitala, w którym rodził się nasze dzieciaki i drugiego w którym mieliśmy szkołę rodzenia. Jest tunel, czy będzie tam chór, czy bębny? Jeszcze podbieg i prawie prosto na Plac Zamkowy. Kiedy Półmaraton Warszawski był największy – dwa lata temu, stałem na balkonie Biblioteki Rolniczej i patrzyłam jak czterotysięczny tłum wybiega na trasę. Trzymaliśmy się z Kasią za ręce. W jej brzuszku kręcił się Wit.

Mam dość biegania w tłumie, na asfalcie. Ale biegnąc tam będą znowu przecinał pępowiny młodych, słyszał ich pierwsze słowa, widział kroki. Przeżywał to wszystko, co cenne w moim życiu. Mógłbym olać to, stwierdzić, że to nieważne sentymenty. W świecie, w którym żyjemy to standard. Ale ja nie chcę żyć jak inni, chcę ocalić to, co dla mnie cenne. A niewiele jest rzeczy cenniejszych od chwil, które znowu będę przeżywał.

21:08, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 stycznia 2011
Boję się

Jedynym sposobem na szybkie wyjście na trening jest jakieś ograniczenie czasowe. Wiem, że muszę wrócić o 8.40, więc żeby zrobić swoje wychodzę odpowiednio wcześniej i po krzyku. To jak ze zrywaniem plastra – jedno szarpniecie. Tylko dlaczego czasem tak się to rozciąga?

Kiedyś, pisząc do miesięcznika Bieganie, swój pierwszy zresztą dla nich tekst, rozmawiałem z Dominikiem Wasilewskim. I ten opowiedział cos, co pozwoliło mi zrozumieć pewne swoje działania.

Czasem wyjście na trening zamiast przepisowych 30 – 40 minut wyciąga się do półtorej godziny, albo i więcej. Jeszcze raz rozważam czy dobrałem odpowiednią czapeczkę, czy skarpety są właściwe i czy aby nie dołożyć lub nie zdjąć jednej bluzy, koszulki. Dominik uświadomił mi dlaczego.

Tak jest z zasady przed treningiem, którego się jakoś szczególnie obawiam. Zwyczajnie boję się tego, co będzie. Jak zniosę dwie czy trzy godziny biegu, czy po tym co przebiegłem wczoraj dam radę zrobić interwał. Zwyczajnie boje się bólu, bezradności w zderzeniu z granicą możliwości, jeszcze jednej porażki.

Później często jest w porządku, dociskam do końca, często czuje dzika radość z tego co robię, także ciągnąc za sobą nogi resztką sił. Takie niedźwiedzie mięso.

I tak jest teraz. Z tygodnia na tydzień wydłuża się czas treningów, z tygodnia na tydzień mój organizm będzie domagał się więcej snu, odpoczynku. Bałem się tego jak przetupię dzisiaj, teraz boję się poniedziałku i przyszłego tygodnia. Jestem ciekawy, co będzie się działo, nie tyle nawet czy dam radę, co tego jak to zniosę.

10:31, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »