RSS
wtorek, 10 maja 2011
Kwestia motywacji

W swoim starym blogu Michał Smalec napisał, że przed zawodami przestaje myśleć po buddyjsku, zaczyna po chrześcijańsku. Buddyzm jest zbyt miękki, sprawia, że jest  się za słabo nastawionym na walkę. Może niezły jest w tej dziedzinie także Koran, ale jak raz nie mam tego w domu.

Przed Dymnem byłem nędznie zmotywowany. Moja powtarzała jak mantrę – przecież tyle wybiegałeś. Ale to akurat miało się nijak do faktu, że porażka z kimś takim jak Michał Jędroszkowiak, czy Jan L, nie mówiąc już o Dawidzie wydaje się być czysta przyjemnością. I tak trwało i trwało i trwało. Ja sobie spokojnie tuptałem, kompletnie bez woli walki, nastawienia na wsadzanie (w razie potrzeby) kołka w zęby i walki do końca.

Aż wreszcie zobaczyłem na liście startowej jedno nazwisko. Jedno i z nieco innej bajki. Z tym panem nigdy nie miałem przyjemności kontaktować się, choć rzeczywiście, miałem okazję do wzmiankowanego kontaktu. W jego wyniku okazał się niezwykle chamowatym, nadętym wałem. I o ile mogę spokojnie przegrać z Janem, czy Michałem, co tam nawet z Natalią i Sabiną (jeśli pobiegnie), to z tym panem z całą pewnością nie. Jak będzie trzeba wsadzę kołek w zęby, przeciągnę rzepa przez bagno po pas i wyczeszę w jeżynach. I na koniec wpuszczę w plantację buraków.

Jakie to wszystko okazuje się być proste – niby nic a jak wiele zmienia. Idę na jakieś pobudzające rozbieganie, postawię żonie kilka punktów, niech ma, niech se pobiega. I zbiore nieco negatywnej energii. Tego mi teraz potrzeba.



08:02, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »
środa, 04 maja 2011
Ikra

Każdego to chyba dopada. Nie wiem tylko, dlaczego akurat teraz. Nie chce mi się. To znaczy, owszem, wyjdę potruchtać, ale kompletnie nie chce mi się szybko biegać. A to jakaś głęboka patologia. W sobotę na Biegu Rycerza Okunia, dwa kółka w drugim zakresie, dwa w trzecim. Ale ten trzeci zakres to był taki bez napinki. W niedzielę zamiast wychodzić na długie rozbieganie spokojna godzinka z maleńkim haczykiem.

A przecież teoretycznie rzecz biorąc powinienem teraz właśnie czuć ochotę na bieganie, ściganie się. Moja krzyczy – przecież włożyłeś tyle wysiłku, tyle nabieganych kilometrów, tyle rzeczy, z których zrezygnowałeś. W zasadzie ma to gdzieś. Gdybym dzisiaj miał biegać na Dymno i na końcówce widziałbym rywala za sobą – spokojnie poczekałbym i puścił przodem. Jemu zależy, mnie jest wszystko jedno czy będę piąty czy siódmy. Psycholog powiedziałby – kryzys motywacji. Średnio mnie interesuje, co powie psycholog. Lepiej niech się zajmie swoimi problemami. Może i mi przejdzie, może wrócę na falę, może nabiorę ochoty na cos więcej. Na dziś jestem facetem z ikrą.

Obejrzałem filmik na stronie PZOS, taka reklamówka biegów na orientację. I dwie rzeczy mnie ruszyły – strasznie to wszystko hermetyczne. Dla kogoś, kto nie biega(ł) zawodów w lesie sporo rzeczy jest niezrozumiałych. I brakuje mi takiej filozofii.

Bieganie w lesie jest zwyczajnie jak życie. Każdy musi wybrać odpowiednia dla siebie drogę i później ją odnaleźć. Jak w życiu błądzimy, popełniamy błędy i jak w życiu musimy brnąć naprzód. Tu także sukces odnosi nie ktoś najmądrzejszy, czy najsilniejszy, ale ktoś, kto potrafi wytrwale robić swoje, ktoś, kto jest najbardziej konsekwentny.

W kontekście Dymna – cieszę się, że zgłosił się Michał Jędroszkowiak i Sabina Giełzak. Jeśli przegramy nie będzie się czego wstydzić, jeśli wygramy nikt nie będzie mógł powiedzieć, że nie było z kim przegrać. Ale najbardziej cieszę się z Dawida i Jana – będzie można znowu powalczyć ze starymi znajomymi.

A ikra to takie maleńkie jajeczka.



08:26, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 kwietnia 2011
Drobiazgi

 

Im dłuższy dystans tym ważniejsze stają się, pozornie mało istotne drobiazgi. Dychę można spokojnie polecieć w kiepskich butach, albo pożyczonych od męża skarpetach (za dużych o pięć numerów). Ale kiedy biegnie się trzy, cztery, pięć godzin wszystko staje się istotne.

Moja fantastyczna żona (chwaląca się pełnoletnią liczbą maratonów) ze zdziwieniem zauważyła że na długie wybiegania wybieram skarpety. Nie wkładam byle czego, odrzucam dziurawe, generalnie jestem jakiś dziwny.

I wtedy na jej obliczu pojawił się błysk głębokiego zrozumienia – to może dlatego na ostatnim wybieganiu obtarły mnie buty! Przecież miałam dziurawe skarpety. Ale to aż takie ważne?

Kiedy biegnie się te drobne kilka godzin ważne staje się wszystko – to jak dawno skończyłem jeść i to czy wczoraj jadłem pączki (jak jadłem to moja wątroba mi tego nie wybaczy). Może to dziwne, ale o ile spokojnie mogę napchać się smalcu, to panierka już nie wchodzi w grę. Popatrzmy dalej – skarpety które nie pasują do butów. Mam buciki obcierające mnie kiedy wkładam ciut grubsze skarpety i takie które nie tolerują cienkich. Przy maratonie, albo biegu ultra ważne jest nawet to jak dokładnie się podetrę (dokładność, nie kierunek).

Ważne jest i to ze nigdy nie wiadomo do końca jak zareaguje na wysiłek organizm. Nie tylko na wysiłek, także na pogodę, podłoże, na wszystko. To zawsze wielka niewiadoma. Tu wszystko jest nawet nie razy pięć, bo przy dłuższym wysiłku efekty potęgują się znacząco.

No i niezwykle ważna jest głowa – to żeby brnąć do końca bez względu na wszystko.

Moja żona już doszła do tego ze musi na Dymno ubrać całe skarpetki, zobaczymy jak z innymi szczegółami.

W niedzielę na Grze Miejskiej Magda zaproponowała że chętnie przejdzie się z naszą Wisią na trasie dziesiątki w czasie Dymna. I tak zacząłem się zastanawiać co mnie tak goni? Czy to nie ja powinienem iść z młodą na jej pierwszej takiej imprezie? Czy to wszystko jest tyle warte żeby stracić takie wspólne przeżywanie. Z drugiej strony dla Wisi czymś ważnym jest teraz oddzielanie się od rodziców. Aż boje się co będzie, kiedy już zostanie nastolatką.

I jeszcze taki drobiazg

11:36, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Wspomnienie

Czasem warto przypomnieć zdarzenia sprzed lat. Może warto by było poczekać do września, ale wtedy może też zapomnę. Czy pamiętacie jak wyglądał 1981 rok?

W Polsce odbywał się wielki festiwal wolności, Odbyła się premiera filmów Miś i Rydwany Ognia. Trenerem reprezentacji był Antoni Piechniczek a Jacek Karczmarski z Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim śpiewali tak.

Ale nie to było faktem, który ni stąd ni zowąd wypłynął z mojej pamięci. We wrześniu w Czeruchach, koło Ciechanowa odbywały się Mistrzostwa Polski w Biegu na Orientację. W sobotę bieg indywidualny w niedziele sztafety. Wiele osób narzekało, że teren jest za łatwy na imprezę takiej rangi. W sobotę zawodnicy kluby WZTSP nie odnieśli specjalnie spektakularnych sukcesów, liczyli po cichu na to, że zrekompensują to sobie w biegu sztafetowym. W końcu sztafety rządzą się nieco innymi prawami.

Kiedy druga zmianę kończył najmłodszy w z nich Jan Cegiełka byli około dziesiątego miejsca z szansami na awans. Na trasę wyruszył znacznie starszy i bardziej doświadczony zawodnik. Kiedy w połowie trasy wybierał wariant był już by może na wyższej pozycji, może nawet w okolicach pierwszej szóstki. Zdecydował się na bieg mało uczęszczana szosa na skraju mapy. Po kilkudziesięciu metrach biegu zobaczył leżący przy drodze motocykl i ofiarę wypadku leżącą bezwładnie. Nie wahał się nawet chwili, dla niego zawody w zasadzie skończyły się. Ruszył do centrum zawodów żeby stamtąd wzywać pomocy. Tam był najbliższy telefon.

Z tego, co pamiętam skończył później bieg, ale czas, który stracił był nie do odzyskania. Później incydent został zauważony, mimo że BnO było, podobnie jak teraz niszową dyscypliną. Został wybrany Dżentelmenem Sportu, jedną z nagród Fair Play PKOlu. Już nigdy nie znalazł się na tak wysokiej pozycji w Mistrzostwach Polski.

Ale jest nadal w sporcie, spotkałem go ostatnio w czasie Skorpiona, z cała pewnością będzie także na Dymno. Wielu zna jego uśmiech i mocno już posiwiałą czuprynę. Ale mało kto pamięta ciągle tamten 1981 rok.

Dla ścisłości wielu rzeczy nie jestem pewny czy to był motocykl, czy może samochód, czy skończył wtedy bieg, czy zwyczajnie oddał na mecie kartę startową. To przecież prawie trzydzieści lat, pamięć nie ta.

Aha, zapomniałbym, tym zawodnikiem był Andrzej Krochmal.

 

22:06, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 kwietnia 2011
Sen o Warszawie

I co, miał być fantastyczny bieg, a tu minął tydzień i ani słowa. Bieg był fantastyczny i nic nie jest w stanie zastąpić mi tego co przeżyłem w niedzielne przedpołudnie. Abstrahuję od swojego poziomu (wiem, inni by się cieszyli). Rok temu na tej samej trasie byłem o trzy minuty szybszy, w tym roku zabrakło energii znacznie wcześniej.

Nie każdemu po równo – mnie natura poskąpiła talentu. Mimo katorżniczej pracy, starań klapa. Niby tak, ale przecież od początku było to pewne. Praktycznie nie biegałem szybszych treningów, to skąd mogłem mieć energię na szybką dwudziestkę. Dopiero po trzech dniach moje mięśnie przestały narzekać na to, co im zrobiłem.

Ale po kolei – pakiet odebrałem bez kolejki, spokojnie mogłem być o pół godziny później, ale kto to mógł wiedzieć. Depozyt i takie rzeczy jak dla mnie perfekcyjnie. W strefie startu tłok niemiłosierny, Sen o Warszawie i lecimy.

Krakowskie, Świętokrzyska i dalej. Coś we mnie krzyczy z radości. Biegnę na wysokości grupy na 1.25, wyprzedzam ich za mostem. Na 10 mam równo 40 minut, ale po chwili wyłącza mi się zasilanie, siada tempo. Teraz już tylko toczę się żeby dobiec. Po dwudziestym kątem oka widzę tych, którzy kończą i za sobą słyszę pikniecie na macie. Myslę - na lewo są ci, którzy mnie wyprzedzili, za mną ci, którzy dopiero mnie wyprzedzą. Na Krakowskim czuję, że jestem w wielkim sportowym teatrze. Na mecie jeszcze luźno, przy depozycie takoż, te dwa miejsca później okażą się być wąskim gardłem, ale wtedy już będę gdzieś indziej. Lecę do domu.

W pociągu spotykam Piotra Sędeckiego, to taki nasz biegający znajomy ze Skierniewic. Zawsze warto pogadać, szczególnie z kimś takim.

Kilka refleksji z innej nieco bajki. Na RDSie wyniki pokazywały się tak, że Hubert brał flamaster i wpisywał na odpowiednie miejsce na kartce, na Półmaratonie Warszawskim dostałem SMSa. I muszę powiedzieć, że obie te metody są dobre. Na imprezie dla 100 osób wpisywanie wyników na kartce jest super, bo bardziej osobiste, ale na 4700 potrzeba by straszliwej liczby kartek, flamastrów i wolontariuszy. Dla mnie jedno jest jasne – i Hubert i Marek Tronina włożyli w swoje imprezy masę serca. I to jest dla mnie najważniejsze.

Zaczynam katowanie pod Dymno. Będzie ciężko. Ale straszliwie się na to cieszę. Na katowanie i na Dymno.

I jeszcze z rozmowy z Hubertem, w momencie, kiedy odwoził, mnie do pociągu. Hubert stwierdził, że w Czechach jest ogromna ilość pięćdziesiątek a setek, tyle co u nas. Spojrzałem na wyniki imprez z tego roku. Kiedy w zeszłym kończył się sezon mimo dwóch startów byłem w klasyfikacji pięćdziesiątek szósty. W tym roku też dwa razy startowałem, z podobnymi rezultatami i jestem ósmy. I poza wszystkim na pięćdziesiątkach startuje więcej osób. Może warto zastanowić się dlaczego? Czy nie jest tak, że coraz mniej ludzi chce coś sobie udowadniać a coraz więcej zwyczajnie cieszyć się byciem tu i teraz? Może warto, jak Andrzej Krochmal, wzbogacać imprezy o krótsze trasy – 10, 20, 30?

06:53, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 marca 2011
Buty z Lidla

SMSa dostałem w momencie kiedy rozpakowywałem zakupy. Na stole leżały: pieczywo, indyk, warzywa, owoce i makaron, pod stołem pieluchy. Jeszcze leki, bo żona ciut przeziębiona a w sobotę startuje w Sobótce. Pisał do mnie Jan – mój stały, chyba, rywal. Na Skorpionie drugi, na RDSie pierwszy. Pisał:
W Lidlu są buty, właśnie kupiłem dwie pary. Do zobaczenia Janek.
Odpisałem – Ja kupiłem jedną, jak będą dobre kupie drugą.

Lidlowe buty spopularyzował Michał Smalec, znany biegowy nonkonformista, w wywiadzie dla Bieganie.pl stwierdził że to dobre, lekkie buty. Od tego czasu zastanawiałem się jakie też są te legendarne lidlowe adidasy. I kiedy zobaczyłem że dziś w sklepie pojawią się akcesoria do biegania wiedziałem że tam będę.

Żona fachowym okiem wielokrotnego testera butów biegowych stwierdza – dobra guma, będzie dawała przyczepność, lekkie, tylko ta pianka pod piętą trochę sztywna. No tak but dla zawodników z troszkę wyższej kategorii wagowej, ale jeśli pobiegam w nich troszkę to będą w porządku. Nakładam na nogi i słyszę
- Stary weź wynieś śmieci.
Kiedy idę posuwistym krokiem w kierunku śmietnika czuję delikatną miękkość. Tak jeśli chodzi o wyrzucanie śmieci są fantastyczne. Wychodzę na trening.

Pod piętą faktycznie ciut sztywno, ale poza tym super, spokojnie przenoszą ciężar i biegnie się w nich lekko. Wymuszają bieganie raczej ze śródstopia niż z pięty, to takie buciki raczej do szybszego tupania niż wycieczkowe człapaki. Co ważne pełny komfort jeśli chodzi o stabilność. Ani na moment nie zachwiałem się, nie posliznąłem.

Jak nic lecę jutro po druga parę, jak żona poleci dobrze Ślężański, to też jej kupię, a co! Ciepło myślę o Janku i o klimacie pięćdziesiątek. Niby ścigamy się i jesteśmy rywalami na śmierć i życie (raczej życie) ale jest coś ciepłego w tym że pamiętał ten kawałek naszej rozmowy z drogi, bodaj do Krasnobrodu o Michale Smalcu i butach z Lidla. Zreszta takich klimatów jest tu więcej serdeczność i życzliwość Huberta Puki w Ulanowie, Ula Wojciechowska i jakaś taka swoista aura, którą roztacza, Paweł Pakuła chcący pożyczyć mi rękawiczki w Mińsku. Dobrze mi w tym środowisku, może nawet za dobrze….

Dostałem jeszcze jednego SMSa:
Trening już jeden zrobiłem, całkiem dobre, trochę piętę obtarły, ale tak mam z nowymi butami zanim się z tyłu nie dotrą.
Odpisałem
- A ja bez strat, jutro lecę po drugie.

 

niedziela, 20 marca 2011
Zaliczone

Mam to już za sobą. Mam za sobą Rajd Dolnego Sanu i pierwszą porażkę. Po raz pierwszy udało mi się także skończyć pięćdziesiątkę poniżej sześciu godzin. Zaliczyłem komplet.

Jakoś niespecjalnie pasowało mi że na kolejnych imprezach byłem traktowany jako naturalny faworyt. Rzeczywiście wcześniej z zasady łapałem się na miejsca w trójce, ale te kilka godzin walki to jednak kawał drogi.

Do Ulanowa przyjechałem z pewnymi przygodami. To znaczy wydawać by się mogło że drogę miałem usłaną różami, ale jakoś tak to wszystko było nie tak. Coś niedobrego działo się w moich kiszkach, odmawiały przyjmowania pokarmu. Obiad zjadłem symboliczny, jego główną atrakcją było miejsce – barek nieopodal zamku w Lublinie. W nazwie Piotruś Pan. Klimat stałej klienteli, rozmawiającej na intelektualne tematy. Jeśli będę kiedyś w pięknym mieście na L z całą pewnością tam wpadnę.

Na kolację chyba nic nie zjadłem, nad ranem moje kiszki eksplodowały i zaczęło się. Przywieziony zapas Loperamidu okazał się być zbyt szczupły. Śniadanie wcisnąłem zbyt słabe, wody miałem w organizmie symboliczną ilość, wszystko było nie tak.

Poza tym moi rywale zdecydowanie nie potrafili się zachować. Zamiast położyć się i poczekać aż przebiegnę i oddalę się na bezpieczną odległość zaczęli napierać, ścigać się i tyle ich widziałem. A ja nie miałem energii żeby cisnąć. Trochę jakbym czekał, że sami się obsłużą (czytaj pójdą w buraki). A oni nie, ani się nie położą, ani nie zabłądzą, to jak to w końcu jest – jestem faworytem czy nie?

Fakt niewiele miałem, ale i tego nie dałem jak trzeba, nie potrafiłem się porządnie wyjechać i to taka lekcja na następny raz. A w temacie odrzutowych właściwości moich kiszek – jak ktoś nie potrafi zadbać o takie rzeczy nie powinien startować.

Sama impreza nieco inna od oczekiwań. To znaczy nawigacyjnie trudniejsza niż się spodziewałem. Nie żeby były to jakieś straszliwe misterności, ale było na czym się potknąć. Trasa z kilkoma cudnymi obrazkami. Maleńka chatynka w Gliniance, taka jak z bajki – drewniana z maleńka stodółką i furtką na haczyk, kilka obrazków z lasu, znak uwaga na niebezpieczny zakręt na ścieżce pomiędzy krzakami, w miejscu gdzie i rowerem trudno pojechać, dla krów chyba ten znak.

I jedna charakterystyczna rzecz – totalny brak profesjonalizmu. Na przykład, nie ma w bazie rozkładu jazdy. Profesjonalny organizator wywiesza rozkład i mówi (nawet nie mówi, daje do zrozumienia) martw się sam. A tu rozkładu brak. Za to na pytanie o możliwość wydostania się z Ulanowa, zaczyna się wielkie poszukiwanie połączeń, zakończone konkluzją, że Hubert zawiezie mnie na stację w Rozwadowie. Tak nie robi profi. Profi robi dokładnie to, co musi, wychodzenie poza to jest niewskazane, bo swoją drogą ma wiele obowiązków i nie ma jak.

Może to i jest amatorka, więcej, z całą pewnością jest, ale chyba wolę tak. W pełnym profesjonalizmie często gubi się dusza. Z radością pobiegnę za tydzień tydzień Warszawie, bo to jest w mojej opinii najlepiej zorganizowane imprezy w Polsce, pełna profeska i wiem że ludzie chcą zobaczy w nich dziury. I rzeczywiście nie można wygrać w kategoriach suszarki ani wylosować skutera. Ale jest piękna trasa, dokładny pomiar czasu, super oprawa. Organizatorzy nie dopisują nikogo do wyników, kapele grają do końca i dla wszystkich wystarcza napojów. Nie wiem czemu ciągle czepiam się do Poznania. Ale w Ulanowie było coś czego w warszawce tak bardzo nie widać, serce organizatora. W Warszawie jest może tyle samo serca, ale rozkłada się na 4000 a nie na 100 osób.

Na ten czas w duszy mi gra to, ale w maju Dymno i może czas zacząć trenować bardziej konkretnie. Jak nie chcą się kłaść trzeba będzie się ścigać.

 

09:31, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »
środa, 16 marca 2011
Do Ulanowa (przez Radzyń)

Jak co cztery tygodnie, walka ostatnich dni. Bolało, prawie przestało, za wcześnie zacząłem biegać, coś innego boli. Jeden z uczniów zapytał mnie „Co pana boli w tym tygodniu?”. Z drugiej strony może to lepiej, bo bez tego pewnie bym się zajechał, a tak pobiegnę na luzie. Chcę czy nie organizm odpocznie.

Z moim startem na RDSie to była zabawna historia. Nie miałem w planie startów na pięćdziesiątkach przed majem. Ale po pierwsze w zeszłym roku na RDSie była tylko trzydziestka, po drugie….

W listopadzie zadzwoniła do mnie pani z biblioteki w Radzyniu Podlaskim, byłem zaskoczony bo z tego co pamiętałem nie zalegałem tam z oddaniem żadnej książki, ba nigdy tam nie byłem. Pani potwierdziła moje podejrzenia, nie zalegam. Zaprosiła mnie na zajęcia dla młodych ludzi o narkotykach. Czasem jeszcze ciągle to robię (jeśli ktoś sobie o mnie przypomni, bo nie reklamuję się specjalnie). I pomyślałem że czemu nie, tak po drodze na RDS. I tak się umówiliśmy – w piątek Radzyń w sobotę RDS. Pani miała potwierdzić i tyle.

Nie powiem że zapomniałem, ale brak sygnału był dla mnie sygnałem że pani nie dostała na mnie kasy, czy coś takiego, trudno sie zresztą dziwić. Nie dzwoniła żeby dowiedzieć się kiedy ten RDS czy jak to sie nazywa. Pojechałem (wbrew założeniom) na Skorpiona, nie żałuję, ale cenę płacę do dzisiaj (może za swoją głupotę, nie za Skorpiona), no i teraz ten RDS, mimo że pięćdziesiątka a tydzień później Najfajniejszy Półmaraton Świata. Umówiłem się z Jankiem L. (moim potencjalnym pogromcą) na wyjazd i w poniedziałek zadzwoniła pani z Radzynia.

I będzie tak – w piątek, bladym świtem do Radzynia, zajątka (uwielbiam ten teatr jednego aktora, choć drenuje z energii), autobusidłem do Lublina i dalej już z Janem.

Zastanawiam czy nie powinienem zapisać się do teamu Bolimnięnoga, czy raczej do Zbitadupa, ale może jednak będzie dobrze, później będzie czas na lizanie ran i szykowanie się do Dymno i do wakacyjnych pięćdziesiątek.

I na szczęście jak nie miałem specjalnych obaw jeśli chodzi o ten Ulanów, to teraz po problemach z nogą (ciągle to ta sama pechowa prawa) troche się boje. I bardzo dobrze.

I mam cały czas w głowie to

A mój zdebilały słownik, cały czas zamienia mi Radzynia na radzenia, podobnie jak milanowski na limanowski

09:04, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 marca 2011
W rodzinie

Kiedy w domu biegają dwie osoby zaczyna być trudno, szczególnie kiedy są jeszcze dzieci, a babcie nie znajdują się na wyciągnięcie ręki. Normalnie człowiek buduje trening na zasadzie co po czym pasuje i jaki ma być efekt. U nas trzeba uwzględnić jedną rzecz – ile czasu nam to zajmie i o której musimy być po wszystkim. Gdyby zderzały nam się długie treningi byłoby trudno.

Większość biegaczy – amatorów tak zwane długie wybiegania robi w niedzielę, my dłuższe treningi biegamy dwa razy. Teoretycznie powinny to być niedziele i czwartki lub środy ( w zależności jaki akurat realizujemy cykl). No tak, ale jak by nie liczyć to dwa długie wybiegania plus zakładka – trzeba wyjść z domu, pokonać kilka kondygnacji, przed wyjściem zdać dzieci – powiedzieć czy jadły, czy spały, czy coś się nie dzieje – w sumie wychodzi jak by nie patrzeć pięć godzin. A jeśli chcę wyjść do tak zwanej pracy o dziesiątej (pierwszy kogut) i potrzebuję około godziny od pobudki do wyjścia (starość, kiedyś i pół godziny było dość) okazuje się, że trzeba wstać o czwartej. Obowiązuje zasada - kto pierwszy wychodzi po bieganiu, ten pierwszy wychodzi na trening.

To ja już wolę tak jakoś wymyślać trening że jak ja długi to Kasia krótszy i na odwrót. Jasne, najlepiej by było długi do regeneracji i średni do średniego. Już kilka razy stawałem przed podobnymi problemami – na przykład, jak korzystając z instrumentów platońskich (linijka i cyrkiel) zbudować kwadrat o takim samym polu jak dane koło. Generalnie ćwiczymy się we wczesnym wstawaniu i funkcjonowaniu przy braku tego czy owego. Jeden z moich znajomych stwierdził że stara się przespać po cięższym treningu. Ja na to że staram się spać chociaż pięć godzin na dobę. Rano czasem wyglądam jak Joe Giddeon tyle że rozpuszczam witaminę C a nie alkaseltzer, no i nie siekam tabletek deksamfetaminy. Tylko czekać jak stanę przed lustrem i powiem „ t’s show time” (żona zabije mnie za ten tekst).

Moja specjalistka od odnowy i fitness nakazała mi korzystanie z kijka, za dużo do gadania to w tej materii nie mam. Generalnie w domu to ja za dużo do gadania nie mam. Korzystam grzecznie stwierdzam poprawę.

Zostało jeszcze niespełna 9 dni do RDSu i o osiem więcej do Półmaratonu Warszawskiego. Warszawskiego jakkolwiek nie traktuję biegania na asfalcie poważnie to jestem tym drugim faktem niezwykle podniecony. Wczoraj przechodziłem pod oknami za którymi rodziły się moje robale, za te siedemnaście dni pod nimi przebiegnę.

A RDS? Cóż jak to powiedził przed którymś maratonem Emil Zatopek - panowie dzisiaj odrobinkę umrzemy. I mogę udawać że tego nie lubię.

13:15, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 marca 2011
Bardziej wartościowe

Dostałem wczoraj list od Magdy Lusy. Co prawda w postaci oscylujących elektronów, ale jakoś skłonił mnie do refleksji. Napisała że do mojego biegania cała jej grupa się nie umywa.

Zastanawiam się skąd jest taka hierarchia? Owszem, kiedy przyjechaliśmy na Skorpiona usłyszałem – o główny faworyt przyjechał. Nie jest to dla mnie specjalnie przyjemne. Stajemy razem na starcie i razem mierzymy się z trudnościami. Mam poczucie, że mnie to mniej kosztuje. Wiec to co osiągają inni jest bardziej wartościowe, więcej mogą przy okazji przeżyć, wchodzą w coś co Jaspers określił jako sytuacje graniczne.

Ich radość związana z pokonywaniem trasy jest dłuższa. Owszem w ostatecznym rozrachunku ja wcześniej jestem w domu, ale czy to jest aż takie ważne? Jedni mają więcej zdrowia. Lepsze predyspozycje, innym mniej tego jest dane.

Owszem ileś swojego zdrowia wypracowałem, ale biegam nie po to żeby wygrywać. Biegam, bo sprawia mi to radość, jeżdżę na zawody żeby spotykać się z ludźmi i mierzyć się ze swoją słabością, żeby przeżywać chwile ekstremalne. A czy to co robię, co przeżywam jest bardziej wartościowe od tego co dzieje się z ludźmi idącymi tą sama trasę dwa razy dłużej? Wątpię.

07:22, wojtek_wanat
Link Komentarze (6) »