RSS
niedziela, 20 marca 2011
Zaliczone

Mam to już za sobą. Mam za sobą Rajd Dolnego Sanu i pierwszą porażkę. Po raz pierwszy udało mi się także skończyć pięćdziesiątkę poniżej sześciu godzin. Zaliczyłem komplet.

Jakoś niespecjalnie pasowało mi że na kolejnych imprezach byłem traktowany jako naturalny faworyt. Rzeczywiście wcześniej z zasady łapałem się na miejsca w trójce, ale te kilka godzin walki to jednak kawał drogi.

Do Ulanowa przyjechałem z pewnymi przygodami. To znaczy wydawać by się mogło że drogę miałem usłaną różami, ale jakoś tak to wszystko było nie tak. Coś niedobrego działo się w moich kiszkach, odmawiały przyjmowania pokarmu. Obiad zjadłem symboliczny, jego główną atrakcją było miejsce – barek nieopodal zamku w Lublinie. W nazwie Piotruś Pan. Klimat stałej klienteli, rozmawiającej na intelektualne tematy. Jeśli będę kiedyś w pięknym mieście na L z całą pewnością tam wpadnę.

Na kolację chyba nic nie zjadłem, nad ranem moje kiszki eksplodowały i zaczęło się. Przywieziony zapas Loperamidu okazał się być zbyt szczupły. Śniadanie wcisnąłem zbyt słabe, wody miałem w organizmie symboliczną ilość, wszystko było nie tak.

Poza tym moi rywale zdecydowanie nie potrafili się zachować. Zamiast położyć się i poczekać aż przebiegnę i oddalę się na bezpieczną odległość zaczęli napierać, ścigać się i tyle ich widziałem. A ja nie miałem energii żeby cisnąć. Trochę jakbym czekał, że sami się obsłużą (czytaj pójdą w buraki). A oni nie, ani się nie położą, ani nie zabłądzą, to jak to w końcu jest – jestem faworytem czy nie?

Fakt niewiele miałem, ale i tego nie dałem jak trzeba, nie potrafiłem się porządnie wyjechać i to taka lekcja na następny raz. A w temacie odrzutowych właściwości moich kiszek – jak ktoś nie potrafi zadbać o takie rzeczy nie powinien startować.

Sama impreza nieco inna od oczekiwań. To znaczy nawigacyjnie trudniejsza niż się spodziewałem. Nie żeby były to jakieś straszliwe misterności, ale było na czym się potknąć. Trasa z kilkoma cudnymi obrazkami. Maleńka chatynka w Gliniance, taka jak z bajki – drewniana z maleńka stodółką i furtką na haczyk, kilka obrazków z lasu, znak uwaga na niebezpieczny zakręt na ścieżce pomiędzy krzakami, w miejscu gdzie i rowerem trudno pojechać, dla krów chyba ten znak.

I jedna charakterystyczna rzecz – totalny brak profesjonalizmu. Na przykład, nie ma w bazie rozkładu jazdy. Profesjonalny organizator wywiesza rozkład i mówi (nawet nie mówi, daje do zrozumienia) martw się sam. A tu rozkładu brak. Za to na pytanie o możliwość wydostania się z Ulanowa, zaczyna się wielkie poszukiwanie połączeń, zakończone konkluzją, że Hubert zawiezie mnie na stację w Rozwadowie. Tak nie robi profi. Profi robi dokładnie to, co musi, wychodzenie poza to jest niewskazane, bo swoją drogą ma wiele obowiązków i nie ma jak.

Może to i jest amatorka, więcej, z całą pewnością jest, ale chyba wolę tak. W pełnym profesjonalizmie często gubi się dusza. Z radością pobiegnę za tydzień tydzień Warszawie, bo to jest w mojej opinii najlepiej zorganizowane imprezy w Polsce, pełna profeska i wiem że ludzie chcą zobaczy w nich dziury. I rzeczywiście nie można wygrać w kategoriach suszarki ani wylosować skutera. Ale jest piękna trasa, dokładny pomiar czasu, super oprawa. Organizatorzy nie dopisują nikogo do wyników, kapele grają do końca i dla wszystkich wystarcza napojów. Nie wiem czemu ciągle czepiam się do Poznania. Ale w Ulanowie było coś czego w warszawce tak bardzo nie widać, serce organizatora. W Warszawie jest może tyle samo serca, ale rozkłada się na 4000 a nie na 100 osób.

Na ten czas w duszy mi gra to, ale w maju Dymno i może czas zacząć trenować bardziej konkretnie. Jak nie chcą się kłaść trzeba będzie się ścigać.

 

09:31, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »
środa, 16 marca 2011
Do Ulanowa (przez Radzyń)

Jak co cztery tygodnie, walka ostatnich dni. Bolało, prawie przestało, za wcześnie zacząłem biegać, coś innego boli. Jeden z uczniów zapytał mnie „Co pana boli w tym tygodniu?”. Z drugiej strony może to lepiej, bo bez tego pewnie bym się zajechał, a tak pobiegnę na luzie. Chcę czy nie organizm odpocznie.

Z moim startem na RDSie to była zabawna historia. Nie miałem w planie startów na pięćdziesiątkach przed majem. Ale po pierwsze w zeszłym roku na RDSie była tylko trzydziestka, po drugie….

W listopadzie zadzwoniła do mnie pani z biblioteki w Radzyniu Podlaskim, byłem zaskoczony bo z tego co pamiętałem nie zalegałem tam z oddaniem żadnej książki, ba nigdy tam nie byłem. Pani potwierdziła moje podejrzenia, nie zalegam. Zaprosiła mnie na zajęcia dla młodych ludzi o narkotykach. Czasem jeszcze ciągle to robię (jeśli ktoś sobie o mnie przypomni, bo nie reklamuję się specjalnie). I pomyślałem że czemu nie, tak po drodze na RDS. I tak się umówiliśmy – w piątek Radzyń w sobotę RDS. Pani miała potwierdzić i tyle.

Nie powiem że zapomniałem, ale brak sygnału był dla mnie sygnałem że pani nie dostała na mnie kasy, czy coś takiego, trudno sie zresztą dziwić. Nie dzwoniła żeby dowiedzieć się kiedy ten RDS czy jak to sie nazywa. Pojechałem (wbrew założeniom) na Skorpiona, nie żałuję, ale cenę płacę do dzisiaj (może za swoją głupotę, nie za Skorpiona), no i teraz ten RDS, mimo że pięćdziesiątka a tydzień później Najfajniejszy Półmaraton Świata. Umówiłem się z Jankiem L. (moim potencjalnym pogromcą) na wyjazd i w poniedziałek zadzwoniła pani z Radzynia.

I będzie tak – w piątek, bladym świtem do Radzynia, zajątka (uwielbiam ten teatr jednego aktora, choć drenuje z energii), autobusidłem do Lublina i dalej już z Janem.

Zastanawiam czy nie powinienem zapisać się do teamu Bolimnięnoga, czy raczej do Zbitadupa, ale może jednak będzie dobrze, później będzie czas na lizanie ran i szykowanie się do Dymno i do wakacyjnych pięćdziesiątek.

I na szczęście jak nie miałem specjalnych obaw jeśli chodzi o ten Ulanów, to teraz po problemach z nogą (ciągle to ta sama pechowa prawa) troche się boje. I bardzo dobrze.

I mam cały czas w głowie to

A mój zdebilały słownik, cały czas zamienia mi Radzynia na radzenia, podobnie jak milanowski na limanowski

09:04, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 marca 2011
W rodzinie

Kiedy w domu biegają dwie osoby zaczyna być trudno, szczególnie kiedy są jeszcze dzieci, a babcie nie znajdują się na wyciągnięcie ręki. Normalnie człowiek buduje trening na zasadzie co po czym pasuje i jaki ma być efekt. U nas trzeba uwzględnić jedną rzecz – ile czasu nam to zajmie i o której musimy być po wszystkim. Gdyby zderzały nam się długie treningi byłoby trudno.

Większość biegaczy – amatorów tak zwane długie wybiegania robi w niedzielę, my dłuższe treningi biegamy dwa razy. Teoretycznie powinny to być niedziele i czwartki lub środy ( w zależności jaki akurat realizujemy cykl). No tak, ale jak by nie liczyć to dwa długie wybiegania plus zakładka – trzeba wyjść z domu, pokonać kilka kondygnacji, przed wyjściem zdać dzieci – powiedzieć czy jadły, czy spały, czy coś się nie dzieje – w sumie wychodzi jak by nie patrzeć pięć godzin. A jeśli chcę wyjść do tak zwanej pracy o dziesiątej (pierwszy kogut) i potrzebuję około godziny od pobudki do wyjścia (starość, kiedyś i pół godziny było dość) okazuje się, że trzeba wstać o czwartej. Obowiązuje zasada - kto pierwszy wychodzi po bieganiu, ten pierwszy wychodzi na trening.

To ja już wolę tak jakoś wymyślać trening że jak ja długi to Kasia krótszy i na odwrót. Jasne, najlepiej by było długi do regeneracji i średni do średniego. Już kilka razy stawałem przed podobnymi problemami – na przykład, jak korzystając z instrumentów platońskich (linijka i cyrkiel) zbudować kwadrat o takim samym polu jak dane koło. Generalnie ćwiczymy się we wczesnym wstawaniu i funkcjonowaniu przy braku tego czy owego. Jeden z moich znajomych stwierdził że stara się przespać po cięższym treningu. Ja na to że staram się spać chociaż pięć godzin na dobę. Rano czasem wyglądam jak Joe Giddeon tyle że rozpuszczam witaminę C a nie alkaseltzer, no i nie siekam tabletek deksamfetaminy. Tylko czekać jak stanę przed lustrem i powiem „ t’s show time” (żona zabije mnie za ten tekst).

Moja specjalistka od odnowy i fitness nakazała mi korzystanie z kijka, za dużo do gadania to w tej materii nie mam. Generalnie w domu to ja za dużo do gadania nie mam. Korzystam grzecznie stwierdzam poprawę.

Zostało jeszcze niespełna 9 dni do RDSu i o osiem więcej do Półmaratonu Warszawskiego. Warszawskiego jakkolwiek nie traktuję biegania na asfalcie poważnie to jestem tym drugim faktem niezwykle podniecony. Wczoraj przechodziłem pod oknami za którymi rodziły się moje robale, za te siedemnaście dni pod nimi przebiegnę.

A RDS? Cóż jak to powiedził przed którymś maratonem Emil Zatopek - panowie dzisiaj odrobinkę umrzemy. I mogę udawać że tego nie lubię.

13:15, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 marca 2011
Bardziej wartościowe

Dostałem wczoraj list od Magdy Lusy. Co prawda w postaci oscylujących elektronów, ale jakoś skłonił mnie do refleksji. Napisała że do mojego biegania cała jej grupa się nie umywa.

Zastanawiam się skąd jest taka hierarchia? Owszem, kiedy przyjechaliśmy na Skorpiona usłyszałem – o główny faworyt przyjechał. Nie jest to dla mnie specjalnie przyjemne. Stajemy razem na starcie i razem mierzymy się z trudnościami. Mam poczucie, że mnie to mniej kosztuje. Wiec to co osiągają inni jest bardziej wartościowe, więcej mogą przy okazji przeżyć, wchodzą w coś co Jaspers określił jako sytuacje graniczne.

Ich radość związana z pokonywaniem trasy jest dłuższa. Owszem w ostatecznym rozrachunku ja wcześniej jestem w domu, ale czy to jest aż takie ważne? Jedni mają więcej zdrowia. Lepsze predyspozycje, innym mniej tego jest dane.

Owszem ileś swojego zdrowia wypracowałem, ale biegam nie po to żeby wygrywać. Biegam, bo sprawia mi to radość, jeżdżę na zawody żeby spotykać się z ludźmi i mierzyć się ze swoją słabością, żeby przeżywać chwile ekstremalne. A czy to co robię, co przeżywam jest bardziej wartościowe od tego co dzieje się z ludźmi idącymi tą sama trasę dwa razy dłużej? Wątpię.

07:22, wojtek_wanat
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 07 marca 2011

Zostały dwa tygodnie a ja zamiast trenować dwa dni poświęciłem na lizanie ran. Mógłbym napisać, że misterny plan przygotowań runął, ale po pierwsze nie było żadnego planu i po drugie to wynik mojej głupoty.

W czwartek trochę bolało, ale nieźle kręciła mi się noga, poza tym miałem na piątek plan treningu „użytkowego” – to znaczy biegam, ale przy okazji coś tam załatwiam. To znaczy w tym przypadku zwiedzam z pewną intencją miasto. I zamiast dać sobie spokój, albo jak już poczułem na początku opór, potupać chwilę, dałem sobie spokój po prawie dwóch godzinach (taka głupota – jeszcze tylko tam zajrzę). I w południe już ledwo łaziłem, a w sobotę było niewiele lepiej.

To prosty efekt tego ze jestem sztywny, że nie rozciągam się na bieżąco. Może pomógłby mi też kijek. No i zamiast da sobie troszkę więcej luzu po Skorpionie, zacząłem ciosać cos szybszego. Takie wymuszone wyluzowanie – organizm jak zawsze jest rozsądniejszy ode mnie – jest chyba tym co powinienem zrobić. Teraz delikatnie znaczne biegać (jeśli się powstrzymam) i do przodu.

Do Ulanowa pojadę chyba znowu z Jankiem Lenczowskim, w ten sposób mamy szansę wrócić na noc do domu, co jest nie do pogardzenia w sytuacji, kiedy ma się małe dzieci. I teraz zaczyna się.

Kilka dni temu zastanawiałem się czy nie spróbować pocisnąć na RDSie tak, żeby wreszcie skończyć poniżej sześciu godzin, teraz nie wiem. Wszystko zależy od dyspozycji dnia i tego jak wiele błędów zrobię. Z drugiej strony jest tylko siedem punktów, przy szybszym biegu i jakimś prawdopodobnym wtedy błędzie, idzie się na dobre w buraki. Bo o tym, że coś jest nie tak dowiem się nie po czterech, ale po siedmiu kilometrach ( a pewnie więcej).

Na ten czas wyglądam za okno, patrzę na prognozę pogody i zastanawiam się co zrobić żeby zyskać choć trochę gibkości.

07:37, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 lutego 2011
Z tygodniowego dystansu.

Organizm z wolna zbiera siły i chyba kolejny raz powinien być lepszy. Z dystansu lepiej widać pewne proporcje. To co było dla mnie szczególnie wkurzające jakoś zmalało. Gdzieś ze środka słychać głos – byłem pierwszy, pierwszy, pierwszy. I drugi – no i co z tego?

Kiedy kończyłem Skorpiona było mi wszystko jedno – toczyłem się do mety i jakoś tak zobojętniałem. Wiedziałem ze mam jakieś stowarzyszone, ale nie wiedziałem ile mam przewagi na kolejnymi osobami. Dotoczyłem się i dowiedziałem, że mam ich dwa. Później zimny (dosłownie) prysznic i okazuje się, że wrócił Jan. Wcześniej niż po 50 minutach, a więc to on jest pierwszy. No, ale on też klepnął towarzysza, no to jednak ja jestem pierwszy. Później Dawid i kiedy już po obiedzie zwijaliśmy się do domu wpadł Janek Goleń. Na niego zawsze można liczyć – jest czwarty. Nie pamiętam imprezy, na której zajął inne miejsce. Wpadasz przed Janem G. i wszystko jasne – jesteś w trójce. Nawet jak jest klasyfikacja dla weteranów to też jest w niej czwarty – solidny z niego człowiek.

Wkurzenie związane z licznymi błędami i tym, że noga się nie chce kręcić tez mi jakoś odeszło. Noga nie podaje, bo i nie ma z czego. Turlałem się jak ten traktor to i nie mam dynamiki. To było wiadomo, a ja się dziwię, jak no nie wiem co, nie chcę pisać o dziewicach, bo to zbyt seksualne.

A błędy, te wszystkie kółeczka – mapa stara, teren trudny, druk słaby to i się pokręciłem.

Następnego dnia padłem jak neptek. Nie zadbałem wieczorem w domu i rano i tak zwaną higienę – nie zjadłem, nie wypiłem, nie natarłem i było słabo.

Zacząłem troszeczkę biegać szybciej i nawet mi się to podoba W sobotę to nawet noga podała. Biegałem takie swoje kółeczka na łączce i było coraz szybciej. Dzisiaj troszkę przesadziłem z czasem (i dystansem) ale jestem dobrej myśli jeśli chodzi o to czy zdołam zregenerować choć trochę przed połówką w Warszawie. Na liście startowej już ponad 4000, to będzie wielki bieg a ja przybiegnę na końcu. Albo i nie.

Ale po drodze jeszcze jedna pięćdziesiątka – RDS w Ulanowie. Ale tam jest łatwiej i powinno być szybciej niż w Krasnobrodzie. Ale się nie napalam na bieganie poniżej sześciu godzin.

I przypominam marudnej żonie, że poza Maratonem i Półmaratonem Warszawskim moja stopa nie ma zamiaru tykać obrzydliwego asfaltu (bo już mnie zaczyna molestować).

13:33, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 lutego 2011
Skorpion

Skorpion jest imprezą nad wyraz ekstremalną. Ekstremalne są parametry trasy, często pogoda, trudność techniczna (nawigacyjna). Ekstremalne są także życzliwość organizatorów, ich zaangażowanie.

Etap pierwszy

Na zawody jechałem z Janem Lenczowskim. Nigdy z nim nawet nie rozmawiałem, umówiliśmy się na wspólną jazdę przez forum. Wcześniej zajrzałem na jego stronę i czegoś tam się dowiedziałem. Byłem nastawiony na tak (mimo, że nie lubi Maratonu Warszawskiego). I nie zawiodłem się. Podejrzewam, że gdybyśmy mieli jechać razem na przykład do Mediolanu też nie byłoby problemu z tematami do rozmowy. I co ważne mój towarzysz potrafi także słuchać.

W piątek dojadam kolację, zastanawiam się jak potwornie dużo trzeba zjeść na te ileś tam kilometrów w zaśnieżonym lesie. Zasypiam w kącie, pod głową mam podusię zrobioną przez moją Wisię kiedy była jeszcze zupełnie mała. Na białym tle trzy odbicia malusich rączek, w trójkolorze. Mamy dużo sympatii dla rastamańskich klimatów.

Etap drugi

Budzę się przed budzikiem – tak jak zazwyczaj w domu, trochę przed szóstą. Korzystam że do toalet nie ma kolejek, robię kawę, później śniadanie. Dochodzi siódma, zaczyna się ruch. Mam przekonanie, że jem za wcześnie, że nie powinienem robić tak dużego odstępu przed bieganiem, ale jakoś tak wyszło.

Przebieram się, odprawa, zbieramy się na start. Ludzie przeróżni, niektórzy w wypasionym sprzęcie do biegania, niektórzy w moro. Dostajemy mapy – patrzę i już wiem – nie będzie łatwo.

Wieczorem startowała setka, pierwsze kółko najlepsi biegali pomiędzy sześć a siedem godzin i na mniej więcej tyle liczyłem. Teraz patrząc na mapę zastanawiam się jak oni to zrobili?

Nerwowe dreptanie, strzał – lecimy.

Etap trzeci

Biegnę na pierwszy punkt maksymalnie zachowawczym wariantem i możliwie najwolniej. Choć biegnąc w tłumie trudno mi się hamować. Dorzucam dodatkowe kółeczko, zaliczam punkt jako czterdziesty i wytaczam się na pola.

Pola latoś cudnie zaorane, z niepowtarzalna grudą, istne łaminóżki. Uciekam do lasu i sprawnie znajduję co moje. Lecę dalej.

Po drodze do trójki nie mijam już spacerowiczów z kijkami, matek karmiących. Przodem biegnie para (facet nawiguje, dziewczyna ma bardzo ładne, ten tego, spodnie i nieźle się rusza) Odchodzą, ja się kręcę, trochę w górę, trochę w dół. Po jakimś czasie znajduję się w rejonie, i już, już mam zamiar szukać, kiedy z góry wychodzą Jan Goleń z Andrzejem Krochmalem i jeszcze jednym, nieznanym mi z nazwiska biegaczem. Biorą nas sieroty za rękę i prowadzą na punkt. Ruszam dalej.

Etap czwarty.

Na wariancie mamy rzekę. To jest męski sport, myślę i ruszam w tamtym kierunku. Czuję lekki zawód – zamiast forsowania przeszkody wodnej troszkę lodu, który nawet nie pęka. Po chwili biegniemy razem: Jan Goleń, Bartek Grabowski i ja. Kiedy wbiegamy między zabudowania wyprzedzają mnie. I dobrze, bo zza chałupy wypada spory burek. Kiedy już jesteśmy dalej oglądam się – dobrze że pozostałe trzy były uwiązane.

Kolejne punkty znajdujemy już bez problemu. Czwórka, piątka, zostajemy we dwóch z Bartkiem. Biegniemy razem, ale każdy nawiguje na własny rachunek żadnego wożenia się.

Mimo ze pogoda jest mało efektowna – niskie chmury i jakby zamglone niebo perspektywy są cudne. Bardzo kameralne i klimatyczne. Szkoda tylko, że żeby na nie popatrzeć trzeba by się zatrzymać. Bieganie połączone ze zwiedzaniem jest mocno problematyczne, bo albo jest się w lesie i wtedy mało co widać, albo na polu i tu trzeba patrzeć pod nogi.

Dopadamy do siódemki, pijemy herbatę (podziękowania dla ludzi z biura Quand, którzy organizowali tu wszystko i zadbali o sympatyczny klimat). Dowiaduję się, że jesteśmy na trzecim i czwartym miejscu – przed nami kilka minut Jan i Dawid Studencki. Z okrzykiem t"ak być nie może" ruszam w pościg.

Etap piąty

Z mapy wynika, że skończyła się nawigacja. Gnam drogą w dół, aż trudno nie zacząć trochę żywnej tupać. Widzę ślady rywali. Dobiegam do mostu i tu staję – to nie jest ten most. Kierunki się nie zgadzają. Stopuję, rozglądam się i staram się zrobić co trzeba. Uważnie wchodzę w wąwóz, powoli, bez przekonania drepczę w górę i jest. No i nie ma śladów. Dalej w górę, przez zwalone drzewa, zaorane pole i obok stadka danieli (tak mi się wydaje, nie mam doświadczenia w dziedzinie zwierzyny płowej).

Spotykam jakiegoś brnącego w kierunku mety setkowicza, szukam dziewiątki, znajduję i wypadam dalej (nie wiem, że właśnie stuknąłem pierwszy punkt stowarzyszony).

Dziesiątkę osiągam jakimś cudem. Myślę, że chce żeby to się skończyło. Zjeżdżają mi gacie i zaczynają obcierać (co na to żona?). Pod górę jest coraz bardziej stromo a z góry nieprzyjemnie. Leżące w poprzek gałęzie urastają do rozmiarów gęstwiny konarów, a konary do kłód, rzuconych bez dania racji pod nogi. Daję ile mogę a że niewiele mogę to niewiele daję. Picie w plecaku stało się zimne. Staram się podpijać, ale moje gardło protestuje. Brnę w kierunku jedenastki. A przynajmniej tak mi się wydaje.

Etap szósty

Ni stąd ni z owąd znajduję się na szosie. A miałem być w wąwozie. Patrzę – jest asfalt. Staram się zorientować gdzie jestem, dobiegam do rozwidlenia a później do wioski. Z daleka widzę sporo stojących samochodów, mam nadzieję, że to orszak weselny a nie kondukt. Kiedy dobiegam (dotaczam się) widzę różowe baloniki – raczej nie pogrzeb. Wskakuję do sklepu, zastanawiam się na półlitrowym sokiem, ale w oko wpada mi cola. W ciągu chwili popijam, odgazowuje i wciągam resztę. Staczam się lekko w dół i staram wrócić na właściwy kierunek. Brnę, zaliczam jedenastkę (jak się później okaże także stowarzyszoną) i spadam na dół. I tu uświadamiam sobie – to był punkt stowarzyszony. Jest mi to obojętne – mógłbym wracać na górę i szukać właściwego, ale uznaję że bardziej opłaca mi się biec do mety. Zamiast obiegać dołem, na ostatni dwunasty punkt biegnę znowu leśnymi drogami.

Mapy, z jakich korzystaliśmy powstały w zamierzchłej epoce Gierka. Są nieczułe na przemiany ustrojowe, obca jest im czytelność i rzetelność. Biegnąc drogą lub przecinką można mieć pewność, że zniknie ona, albo choćby zarośnie.

Tak jest i tym razem – wygodna szeroka droga zamienia się w zarośniętą, zasłaną gałęziami przecinkę. Normalnie pewnie bym nie zauważył tych gałęzi, teraz stają się zaporą nie do przebycia. Brnę przez śnieg (z pięć centymetrów) gałęzie (grubości zapałek) i inne równie uciążliwe przeszkody terenowe.

Orientuje się, że to gdzieś tam i po chwili widzę to – z góry dostrzegam dach Kaplicy Świętego Rocha. Nie wiem, o co mogłem się tam pomodlić. Staczając się po chodach modliłem się żeby nie polecieć na gębę. Ostatni punkt i do mety.

Nie wiem, który jestem, nie wiem ile mam stowarzyszonych, dopiero na jedenastce uświadomiłem sobie, że mogłem stuknąć ich kilka. Toczę się do mety.

Etap siódmy

Na mecie niespodzianka – jestem w stanie chodzić. Mimo siedmiu godzin i czterdziestu minut na trasie moje nogi nie odmawiają posłuszeństwa. Zimny prysznic jest ukoronowaniem ekstremalnych wrażeń. Po Nawigatorze padłem na podłogę i zalegałem, teraz w miarę się ruszam, ale na trasie „noga nie podawała” nie miałem siły szarpnąć. Może to opór psychiczny po tamtym wysiłku. No i nawigacyjnie słabo – ileś kółek, dwa punkty stowarzyszone.

Później jeszcze pyszny obiad i wracamy do domu. Do Warszawki docieramy przed 23.00. Właśnie kończy się limit dla pięćdziesiątki. Niby powinniśmy zostać na zakończenie, ale żony i dzieci czekały.

10:32, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »
środa, 16 lutego 2011
Odliczanie

Środa, ostatnie długie wybieganie, później już tylko wielkie żarcie i w piątek w drogę. Liczyłem na bardziej łaskawą pogodę, ale dobrze jest jak jest. Przynajmniej nie będzie po kostki w błocie i podłoże będzie twarde.

To jak postrzegany jest Skorpion najlepiej widać po tym jak wygląda struktura zgłoszeń. Zdecydowanie więcej na pięćdziesiątkę niż na setkę. I o ile na setce jest kilka znanych w środowisku (nawet mnie) nazwisk – Andrzej Buchajewicz, Marcin Krakuski, czy Paweł Antoni – mój pogromca z Nawigatora, to ludzi z pięćdziesiątek nie kojarzę (poza Andrzejem Krochmalem i Tomkiem Radomińskim – organizatorami Dymno i Nawigatora) Janem Lenczowskim i jego imiennikiem Goleniem. I nie wiem z iloma przeciwnikami przegram.

Niby to nieważne – polecę i tyle. Co mam to dam i może nawet wyciągnę wnioski z tego co było w Mińsku.

Wnioski to znaczy z całą pewnością inaczej trzeba jeść. Przed oczami mam Przemka Mossakowskiego powtarzającego – jak potwornie dużo trzeba zjeść na dwie godziny w mokrym lesie. A jak dużo trzeba zjeść na sześć godzin w mroźnym? Z całą pewnością i w Mińsku i w Nieporęcie zaczynałem za szybko. Tu wezmę pasek i zadbam żeby tętno wychodziło na początku na poziomie 130 – 140.

I czuje ten okropny niepokój – wiem ze będzie ciężko, że na końcu będzie bolało, że jest na tyle zimno ze nie da się legnąć na trawie i odsapnąć. I czuję radość, że znowu to zrobię – że będę ścigał się z drzewami, że gdzieś tam będę mierzył się ze swoją słabością. To okropnie ambiwalentne, ale taki już jestem i dobrze mi z tym wiec po co zmieniać.

Czekam, jem, zbieram siły.

07:59, wojtek_wanat
Link Komentarze (3) »
wtorek, 15 lutego 2011
Bieg Wedla i Alleygra

 

Myślami jestm raczej do przodu niż na to co za mną, ale wypada kilka słów napisać o sobocie. W sobotę zachowaliśmy się jak zwyczajne małżeństwo, tyle, że na odwrót. Rano Kasia pojechała na zawody dla ścigantów, po południu jak potuptałem na alleygrę.

Bieg Wedla to dla mnie dowód że z biegami jest jak z knajpami. Mała knajpka z klimatem po jakimś czasie staje się popularna i wtedy klimat znika. Bo przez lata przychodzi się dla barmana, który zagada i pracującej z nim na zmiany dziewczyny, w wolnych chwilach grającej na pianinie i śpiewającej w salce na dole. Ale jak już knajpa jest znana to barman, nalewając siedemsetne piwo staje się opryskliwy a jego koleżanka nie ma kiedy wyjść zza baru.

Mały bieg z klimatem, kiedy przyjeżdża na niego pięćset osób staje się zwyczajną partaniną. Bo organizatorów przerasta liczna uczestników. Po klimacie zostaje wspomnienie, statystycznie co piąty biegnie inny od założonego dystans a szatnie i depozyt to zwyczajna lipa. Ale z Biegiem Wedla jest jak z Maratonem Poznańskim – ma opinie biegu z klimatem dla amatorów. I tak zostanie. A błędy organizatorów? Nieważne, zresztą jakie tam błędy? To że dopuszczają do startu osoby które nie powinny biegać z racji biegu? Niby nic, ale po co pisać regulamin, którego się samemu nie przestrzega.

Tak nawiasem tak wygląda czternastoletnia Dagmara Dominiak, według wyników nieoficjalnych, druga kobieta na trasie o długości 5,43 km.

Ja zamiast na Bieg Wedla pobiegłem do Podkowy na alleygrę. I tu było super. Mało ludzi, większość rodzin z małymi dziećmi, więc niby nie było z kim się ścigać. Była para rajdowców, między innymi Ula Wojciechowski, którą kojarzyłem jedynie z forów, później dowiedziałem się że zwyciężyła w klasyfikacji kobiet w Pucharze Polski w Rowerowych Maratonach na Orientację.

Zabawa była przednia i jakoś tam pojawiło mi się kilka pomysłów na podobne imprezy w Milanówku. Szukanie informacji w dziupli, przepisywanie liter z fragmentów wiersza było świetną zabawą. Na koniec klimatyczne spotkanie w Pałacyku  w parku leśnym w Podkowie.

07:20, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 lutego 2011
Tydzień

Jakoś nie idzie mi to bieganie. Tupię, tupię i tupię. Nie wychodzą mi treningi. W tym tygodniu poniedziałek i wtorek zgodnie z planem. W Środę padaka, taka, że nie wyszedłem z domu a w czwartek lekkie roztuptanie. A za tydzień pakuję się i jadę do Krasnobrodu.

Bo człowiek to głupi jest straszliwie. Przecież ja dobrze wiem jak będę się czuł na mecie, że zrobią ze mnie szmatę. Może to ja zrobię z siebie szmatę, że będę leżał bez sił. I po co?

Fajnie, prawda?

Z tej strony tez niezłe.

O ostatnich treningach mógłbym wiele. O stadach saren jakby zawieszonych w skoku nad polem, o koronach drzew oświetlonych słońcem na tle groźnego ciemnego nieba, ale coś bardziej mnie kręci.

Przy polnej drodze znalazłem opakowanie po szczoteczce do zębów, i pojawił mi się taki obraz:

Oto pierwsza randka, on szesnastolatek, ona lat czternaście, idą za rękę, zaczynaja się do siebie tulić i wtedy on poczuł to, przeprosił ja na chwilę, skoczył w krzaki wyciągnął szczoteczkę, pastę butelkę wody (bez gazu) i szuram burum. Tylko opakowanie zostało.

Później były pierwsze pocałunki i takie to wszystko fantastyczne.

A kilka dni później on zobaczył jak ona za rękę trzyma pryszczatego Stacha. Wracając do domu znalazł to opakowanie po tej szczoteczce. I zabolało go wspomnienie. Wyrzucił, podeptał i teraz leży tam przy drodze w Kadach.

Chciało by się powiedzieć:

A ludzie mówią, i mówią uczenie,
Że to nie łzy są, ale że kamienie,
I - że nikt na nie... nie czeka!

 

Fotografie Oli Sucheckiej, fragment wiersza C.K. Norwida

10:41, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »