RSS
niedziela, 31 grudnia 2017
SIĘ ODOBRAZIĆ

Obrażalski jestem, fakt. Jak się już na coś czy kogoś obrażę to trudno jest mi się odobrazić. Tak ma z biegami. Kilka lat temu obraziłem się na jeden bieg i jakoś nie potrafię się odobrazić do dzisiaj. To znaczy nie mam zamiaru w nim startować, choć mam z nim trochę dobrych wspomnień.

Czemu coś mi się podoba, coś lubię, a czegoś nie? Najczęściej przyczyną są wspomnienia, skojarzenia. W takiej sytuacji nadobną sprawę być może powinienem na dobre zawiesić buty na kołku, Ale podobnie jak z innymi obszarami i ten powoli odzyskuję.

Są jednak skojarzenia inne niż te moje do głębi osobiste, sprawiające, że na ten czy inny biega raczej nie pojadę. Jest taki bieg w Warszawie, który omijam szerokim łukiem i raczej tak pozostanie.

Rzecz miała miejsce kilka lat temu, na tyle niedawno, że nie byłem już na tak zwanym topie, to znaczy wyraźnie zaczynał się proces zwijania. Ale na tyle nie dawno, że nie tkwiłem w mule kompletnego dna, w którym byłem jeszcze rok temu a teraz mam wrażenie, że powoli się od niego odbijam. Ergo biegałem słabo, ale nie beznadziejnie.

I podczas tego biegu zdarzył się cud. To znaczy wygrałem tam kategorię masters, czy inna weteranów. Ale, żeby było jasne, byłem na tyle słaby, że kompletnie nie dopuściłem do świadomości, że mogę cokolwiek wygrać, zwinąłem się z imprezy błyskawicznie i dopiero w domu, na zdjęciach zobaczyłem, że puchar za wygraną w masterach odbiera zawodnik, który linię mety przekroczył za mną. Niewiele, ale zawsze.

Napisałem do firmy obsługującej bieg, odnotowali zmianę iw wynikach znalazłem się już, jako ten pierwszy. I nic.

Czego bym oczekiwał? W wariancie ekstra organizator na stronie zamieszcza przeprosiny i zauważa, że w związku z błędem firmy mierzącej czas mylnie nagrodzono zwycięzcę, przysyła lub podrzuca przy okazji jakieś nagrody. Największą atrakcją la mnie w takich sytuacjach wyjście na podium i błysk fleszy (żart, z fleszami).

W wariancie minimum zwyczajny mail – cześć stary, głupio wyszło, przepraszamy, postaramy się na przyszłość nie zawalić sprawy.

I co? I brzeńco. Nikt, pies z kulawą nogą, ani nawet sam pan kierownik biegu (nie Hiu, ten by się zachował przyzwoicie) nie napisał, nie zadzwonił, nie odezwał się. Pozostało mi stwierdzić – walcie się na ryje – i omijać tą imprezę szerokim

09:18, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 grudnia 2017
JAK UKRAŚĆ BIEG

Bieg, to niby coś całkiem sporego. Okazuje się, że jeśli się postarać, to całkiem spokojnie zawinąć bieg. Bo bieg to spora baza uczestników, to renoma, także spore potencjalne zyski. Szczególnie teraz, kiedy biegi w dużych miastach sprzedają się na pniu.

Byli grupą kumpli, razem jeździli na biegi, niby nie osiągali jakichś mega wyników, ale mieli z tego sporo radości. Co logiczne z czasem zaczęli organizować bieg. Na początku wieku biegów było mniej a zgromadzenie na starcie choćby tysiąca uczestników było nie lada wynikiem. Znacznie łatwiej było także zadowolić uczestników. Nikt nie zastanawiał się jak zorganizowany jest start, czy są i jak pilnowane są strefy startowe, jak przepływ uczestników na mecie.

Bieg rozwijał się, bo odbywał się w dużym mieście a samo miasto leżało w centrum rozbieganego jak na tamte czasy regionu. Ale przede wszystkim robili go ludzie z pasją z własnymi doświadczeniami, wiedzą na temat biegów i własnymi pomysłami. I lubili się nawzajem, chętnie ze sobą współpracowali. Idylla jednak nie mogła trwać bez końca.

Z czasem rosła liczba startujących. Przypomnę, kiedy jeszcze w Warszawie był bieg Po ZOO tysiąc pakietów rozchodził się w cztery i pół minuty. Duża liczba uczestników przekłada się na odpowiednio duże zainteresowanie mediów sponsorów i wpływy do kasy.

W pewnym momencie jeden liderów przejął bieg, zaczął go organizować przez własną firmę, później fundację. Przejął markę, znak towarowy, także kilkunastoletnią tradycję. W przyszłym roku bieg po raz drugi odbędzie się pod starym szyldem i nową firmą. Uczestnikom to nijak nie przeszkadza. Kolegom współtworzącym bieg pewnie tak, ale przecież nie pójdą z tym do sądu, bo szkoda czasu i pieniędzy. W sumie to ich rozumiem, też bym wolał polecieć długie wybieganie.

Byli grupą kumpli, razem jeździli na zawody, razem od zera stworzyli świetny bieg z klimatem. Skończyło się, kiedy okazało się, że na biegu można nieźle zarobić.



20:35, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 grudnia 2017
DZWONECZKI

Tego obrazka nie widziałem, słyszałem o tym. W Szwecji po kolacji wigilijnej ludzie mniej więcej o tej samej porze wychodzą biegać. Przy dresie przypięte mają dzwoneczki. Słychać jak zbierają się małe grupki, z czasem całkiem spore grupy. Dla mnie bieganie w Wigilię zawsze było jakimś problemem. Moja mama twierdziła, że chociaż w taki dzień mógłbym sobie odpuścić. Z drugiej strony jaka Wigilia taki później cały rok.

Jutro wyjdę pierwszy raz od września na dłuższe wybieganie. Nacieszę się Laskiem Bielańskim, może dotoczę się nad Wisłę, zobaczymy na ile wystarczy mi to półtorej godziny. Poranne bieganie w Wigilię to był taki maleńki festiwal.

Bieganie jakoś mi się łączy z myśleniem. I w tym szczególnym dniu układa mi się ostatni rok, przyszywa się do poprzednich. Jest czas rachunku sumienia. Tak sobie myślę, że sporo będę mógł sobie zapisać na plus.

Tak na marginesie – mocno przestawiłem sobie trening. Zszedłem z kilometrów na rzecz szybciej bieganych odcinków. I choć dzienniczek treningowy wygląda u mnie jak za juniora: trener po przejrzeniu stwierdził – tego się spodziewałem dzień piłeś drugi trzeźwiałeś i dwa dni na trening, to czuję postęp. To znaczy po trzech latach wróciłem do odcinków 70/20 (70 sekund odcinka, 20 przerwy) i 4/1 (w minutach). W sumie na schłodzenie i rozgrzewkę wychodzi mi maksimum 15 minut. Ale to tak, żeby się pochwalić.

W Wigilię to był taki maleńki festiwal, duży przychodził w Sylwestra. W Sylwestra wychodziłem przez lata około 20. Tak na dwie godziny ciągłego. To jak zacichało miasto, jak ostatni spóźnieni imprezowicze dojeżdżali na miejsce. I kilka obrazków, młoda kobieta kończąca nakrywanie do stołu widziana przez wielkie kuchenne okno, padający gęsty śnieg, zdziwione oczy kogoś wbiegającego do klatki schodowej.

To przedziwne jak mi się życie przeplata z bieganiem.



13:54, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 grudnia 2017
O PORANKU

Taki obrazek a właściwie to cała ich seria przeleciały mi przed oczami w czwartek. Zresztą na stare obrazki nakładały się aktualne. Taki urok biegania o szarówce po Łazienkach.

W czwartek musiałem wyjść o zbójeckiej porze, bo koleżance zachciało się chorować i ktoś musiał pouczyć jej dzieciaki. Jeśli o 8.15 muszę wejść do klasy to odpowiednio wcześniej wychodzę z domu, to i wcześniej kończę tupanie i tak dalej. No, więc wyszedłem nawet nie o szarówce a właściwie to o pełnym mroku. W Łazienkach latarni brak, a mnie nie chciało się tupać do Arkadii, więc niech już będą te Łazienki.

Lecę, do bramy od strony Gagarina mam cztery minuty, plus to, co muszę odstać na światłach. Wbiegam do parku, pierwsza alejka równoległa do Gagarina, jeszcze wpada trochę światła z ulicy, ja zastanawiam się czy Gagarina też zdekomunizują i powoli przenoszę się w lata dziewięćdziesiąte. Byłem wtedy też panem nauczycielem i także nie byłem w stanie usiedzieć na lekcji i w efekcie, jeśli na trening to tylko rano. Na studiach dbałem, żeby nie mieć zajęć przed dziesiątą. A tu nagle wstaję i o piątej – szóstej zaczynałem trening. Prawie pięć minut po oświetlonym, później wchodziłem do lasu. Biegałem na czterokilometrowej pętli leśnymi drogami. Bez czołówki, ale wzrok spokojnie przyzwyczajał się do widzenia. Później z czasem powoli podnosił się brzask, las nasycał się kolorami. Budziły się ptaki. Z miesiącami ranek przychodził coraz wcześniej i wychodziłem już o świtaniu.

Łazienki nasycały się kolorami, po alejkach snuły się kaczki, pawie spały. Pora roku taka, że wszystko szare, ale w sumie lubię ten czas. Ma swój urok. Któregoś roku o tej porze już wychodziłem na dwa treningi i jakoś tak zorientowałem się, że bagno pachnie inaczej o brzasku i o zmierzchu.

Tupię te swoje odcinki, przypomina mi się jeden z moich trenerów powtarzający, że jak się biegnie to się biegnie a jak się truchta to można i iść. No to i biegnę, i truchtam. Cieszę się, że mogę wychodzić o szóstej, ale gdzieś jest myśl, że z czasem będzie coraz wcześniej, bo treningi coraz dłuższe.

Poranek na Brzózkach, lubię to wspomnienie, nie lubię miejsca. Ranek w marcu, w nocy padało i był mróz, nadal jest. Przebiegając pod szpalerem brzóz słyszę dźwięki buddyjskich dzwonków. Staję, cofam się. Gałęzie oblane lodem uderzają o siebie. Parzę na lewo, nad zasuszonymi nawłociami wstaje słońce. Chce mi się krzyczeć z radości i krzyczę.

W Łazienkach to sobie nie pokrzyczę, co jakiś czas mijam strażnika, Ale z drugiej strony bywały takie dni, że z powodu dmuchaw do przewiewania liści i podnoszenia pyłów na ulicy było ciszej niż w parku, więc może sobie pozwolić? Jest sporo biegaczy, ludzie przychodzą do pracy. Powoli nasycają się odcienie szarości i burości wielorakiej.

A przed oczami (i uszami) wielkanocny poranek koło Głoskowa, gdzie słyszałem śpiewane przez ludzi wędrujących do kościoła religijne pieśni, wschód słońca w Owczarni i bieganie po kwitnących konwaliach.

Czas kończyć w weekend polatam w Lasku Bielańskim, już się cieszę, przebiegam przez skrzyżowanie. Czas do pracy.



06:21, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 grudnia 2017
KRÓTKI WPIS I NIEBIEGANIU

Wstałem, ubrałem się na trening, usiadłem i napisałem wpis na innego bloga, wykąpałem się i wychodzę.

Tyle, że poza tym mam postęp, nie mam wyrzutów sumienia i wiem, że jutro sobie potupię.

Bo lubię sobie pobiegać, ale i lubię sobie popisać.

09:33, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 października 2017
BIEGAM BO LUBIĘ

Popatrzyłem sobie na własne motywacje związane z bieganiem i trochę, troszeczkę, odrobinkę, ciut zrozumiałem, co się ze mną i we mnie dzieje. Przynajmniej w związku z bieganiem.

Zacznijmy od stwierdzenia, ż kompletnie nie mam predyspozycji do biegania. Nie chodzi mi o to, co jest teraz, o BMI 26,6 i nędzną gibkość. Chodzi o to, że cokolwiek wybiegałem, te wszystkie wyniki w okolicach trzech godzin w maratonie czy 38 minut na dychę było wynikiem ciężkiej orki. Jeśli nie mam predyspozycji, to, czemu służy to całe bieganie?

Co tam, biegam, bo lubię. Przemierzanie dróg, ścieżek, alejek. Wąchanie spadłych liści, słuchanie ptaków. Wschody słońca i widok ludzi odśnieżających ulice o poranku. Lubię myślenie o tym jak minął dzień wczorajszy i jak to będzie dzisiaj. Lubię cieszyć się z tego że jestem zakochany i martwić bo strasznie tęsknię i nijak tego ni potrafię zmienić, i wiem, że tak już będzie, że muszę godzić się z utratą.

Lubię kontakt ze światem, czuć wiatr we włosach, także tych na plecach i moknąć, czuć w ten sposób zmienność pór roku. Marznąć przy minus dwudziestu i gotować się przy plus trzydziestu. I samo bieganie jest dla mnie kwintesencją wolności, biegnąc czuję się wolny a czasem także szczęśliwy. Mimo, że jak mało, co bieganie pokazuje mi moje granice, uczy pokory.

Dlatego mimo pełnej świadomości, że sportowo dużo by mi dały wszystkie treningi ogólnorozwojowe, zajęcia na siłowni i wszystkie takie, grzecznie za to dziękuję. Wyjdę sobie potupać, może z czasem zrobię trochę dynamicznych ćwiczeń siłowych, jakiś drobne wieloskok, czy, kto wie, może nawet skipy. Ale przede wszystkim będę biegał. Powoli odbudowując to, do czego nie mam zupełnie predyspozycji. Ale co z tego, jeśli sprawia mi to radość?



06:17, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 września 2017
MARATON

Minął prawie tydzień od Maratonu Warszawskiego, używając olimpijskiej nomenklatury wkroczyliśmy już w czterdziestą maratońską olimpiadę. Dopiero dzisiaj znalazłem czas i siły na napisanie kilku zdań.

W klimat wszedłem w sobotę, na starcie Biegu Waldorfskiego. Kilka razy trzeba przesuwać młodych ludzi za linię startu. W uszach brzmi mi głos Tomasza Hopfera z 1980 roku „Ludzie cofnijcie się za linię startu, ludzie cofnijcie się, bo będzie afera”. I wtedy i teraz start ruszył jak trzeba. Ale dla mnie Maraton Warszawski zaczął się w tym roku na Młocinach.

Na start w tym roku nie na palcach i niby spokojnie podchodzę do znajomych, ale kiedy widzę Beauty, to jakoś nie mam energii na gadanie. Gdzieś w środku mam więcej energii na duchowość, a mniej na gadanie. W końcu ruszamy, spokojnie, żeby przypadkiem nie przeszarżować, ale jakoś tak wyprzedzam kolejne osoby. Trochę złości mnie to ustawianie się zdecydowanie za bardzo z przodu, nawet przez deklarującego, że przybiegnie, jako ostatni zaburzonego biegacza, o którym już lata temu ktoś powiedział, że fajnie, że biega w tej samej koszulce, ale mógłby ją prać, bo na starcie trudno wytrzymać.

Przed piątkom spotykam Karola i przeżycie duchowe zmienia się w towarzyskie. Idziemy szybciej niż przed rokiem, jakieś piętnaście sekund na kilometr. Karol ma założenie na około 4.03, dla mnie wynik satysfakcjonujący to 4.18.52 lub szybciej.

Na KEN wymieniamy uwagi na temat statystyk, przytaczam jeden z moich ulubionych przykładów – podczas Maratonu Londyńskiego stwierdzono, że osoby, które w przeddzień uprawiały seks osiągają lepsze wyniki. Jakaś biegaczka, która usłyszała to rusza nagle szybciej z okrzykiem „co ja tutaj robię”. Łączę się z nią w jej radości.

Na wysokości stadionu jakiejś mało znanej drużyny przy ulicy Łazienkowskiej mijamy grupę dresów.

- O idą prawdziwi patrioci

- Jest różnica między narodowcem, kibolem i zwykłym dresem – odpowiada Karol.

- Z mojego punktu widzenia nie, bo od każdego z nich mogę dostać po ryju.

- Nikt Ci nie kazał być lewakiem.

- Fakt. Fajny stadion, nie. Polonia zdobyła tu Mistrzostwo Polski w 1947.

Toczymy się z godnością, co jakiś czas mijamy kolejne znajome osoby, rozmowa się raczej klei. Za Wisłą, po powrocie na lewą jej stronę wyprzedzamy Andrzeja Szałowskiego, po raz trzydziesty dziewiąty, ciągle w tych samych spodenkach, jednak niezły był ten Polsport.

Przed trzydziestym drugim Karol puszcza mnie przodem, lecę ile fabryka dała, to znaczy z pięć sekund na kilometr szybciej, ale po dwóch kilem trach odcina mnie, do trzydziestego piątego dochodzę. Dogania mnie Karol i spotykam Zenita, który przytula mnie ciepło.

- Powiedziałbyś coś – rzuca Karol

- Nie mam siły

Biegniemy obok siebie mijając się, każdy zamknięty w sobie w swojej walce i cierpieniu. Jeszcze R na Gwiaździstej, jak ja lubię ten kawałek trasy. Po drodze wyprzedza mnie Iwona prowadząca grupę na 4.15.pozostaję w sobie w walce z nogami, które są jak bezwładne kłody.

Wiem to okropne walczę i cierpię każdym przebiegniętym kilometry a są one chyba z dziesięć razy dłuższe niż te na początku. Nogi z trudem mnie przesuwają, trochę biegnę, trochę idę, coraz trudniej przejść z marszu do biegu, ale z czasem zaczynam się zbliżać do mety. Widzę, tunel napowietrzający, nie wiem jak to działa, ale klimat w środku jest jak kiedyś na punkowej imprezie w Ursusie (dziewczyny i chłopaki bawili się w chowanego w klubie zadymionym przez dymarki, takie do robienia dymu na scenie).

Teraz odczucia zmieniają kierunek, jasne boli jak bolało, ale czuję w sobie przedziwną radość. Bolało, ale dałem radę, nie stanąłem, nie odpuściłem, przeszedłem przez to, co było dla mnie takie trudne. To zawsze jest jak wrzód, wspomnienie, tego jak łatwo i szybko było jeszcze kilka lat temu. Pytanie czy może być tak znowu? Pozostaje wierzyć, że z czasem przyjdzie siła i przekładać wiarę na pracę.

09:04, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 sierpnia 2017
OSTATNIE SZEŚĆ KILOMETRÓW

Rzadko pisuję o startach, bo i rzadko startuję. O treningu też jakoś nie mam weny, ale dzisiaj pomyślałem, że warto. Myślałem w czasie treningu i z tego myślenia pojawiły się te zdania.

Zostało jeszcze sześć kilometrów. To znaczy z założenia byłoby pięć, ale jakoś tak mi się pomyślało, że zrobię jeden więcej i będzie pupcio. Lecę, nogi mam już mocno skłodowane, ale przemieszczają mnie całkiem elegancko. Myśli mi się o Wielce Wybitnej Pedagożce, co to nie wierzy w przełamywanie się, bo to niczemu nie służy i po co to przesuwać swoje granice, po co wspierać młody w tych granic, ich własnych granic przesuwaniu. Biegnę tak i myślę, że mógłbym spokojnie skończyć za kilometr, do domu mi zostanie parę kroków. Nawet nie kilometr, nawet nie pól, bo jak tak sobie myślę to już prawie ten kilometr przebiegłem. Teraz ostrożniutko, bo tutaj półtora tygodnia temu wywinąłem fantastycznego orła, bo brzuch mi asfalt zasłonił. Kolano się jeszcze nie zagoiło, więc patrzę pod nogi, brzuch wciągam, innych rzeczy już dawno nie wciągam.

Pięć zostało wszystkiego, tego przełamywania. Jak mi ciut sił brakuje to sobie myślę o czymś wkurzającym, jak o tej pani. Bo to skaranie mieć taką nauczycielkę. Jak to trzeba nie wierzyć w swoich uczniów czy podopiecznych żeby nie widzieć, że mogą pokonywać swoje słabości. Jak mało trzeba wiedzieć o edukacji, żeby nie widzieć, że jest to proces, w którym cały czas przesuwa się własne granice, robi się rzeczy jeszcze niedawno nieosiągalne. I we mnie jeszcze kilka miesięcy temu mało, kto wierzył. Ja sam nie wierzyłem. Dopiero teraz ta wiara w siebie wraca. I może stąd tempo na treningach robi się niewiarygodne i jestem w stanie walczyć ze swoimi kłodami i tym, że tak łatwo by było zwyczajnie zawrócić i skończyć, przecież te naście kilometrów to i tak jak na mnie teraz nieźle. I jak na to, co kiedyś kompletna żenada.

Zostało cztery, ten kilometr jest płaski i przyjemny, nawet w tym stanie z lewej kanałek, cały czas jest z lewej. To chyba starorzecze. Biegnę sobie i myślę jak to takie treningi, kiedy już nie mam siły przekładają się na ostatnie kilometry maratonów (do Maratonu Warszawskiego pięć tygodni). Przebiegam pod mirabelką mijam psa i pstryk, zostało już tylko trzy.

Na początku tego kilometra myślę o początku treningu. Trasa był generowana przez siłę wyższą, może niższą w każdym razie tylną. Ale teraz jest już nieźle, nie czuję żadnego bólu, podbiegam. Teraz ostrożnie, bo ten kawałek asfaltu straszliwie nierówny. Ciekawe, co by na taką jezdnię powiedzieli kierowcy. Mijam uśmiechającą się panią po trawce, tam równiej i zostało już dwa do końca.

Ten kilometr płaski i mam czas na myślenie o tym jak ważne jest widzenie siebie w pełni obiektywnie. To dzięki temu zaczynam mieć postęp. Bo widzę o ile poszedłem do przodu a nie jak wiele mi brakuje do siebie sprzed pięciu lat. Jest mi z tym świetnie, czuję radość i to, że już prawie nie szuram, że to prawie bieganie, że odrywam się od ziemi, mimo, że już prawie nie mam sił.

Jeszcze jeden. Chciałbym napisać, że przyspieszam, ale nie, teraz jest kilka małych hopków, ciut w górę, i jeszcze raz i jeszcze. Niby nic, ale jak nogi sztywne to czuję. Nie mam za bardzo siły, ale biegnę, rzeczywiście biegnę. Już nie myślę, już tylko czuję. Czuję zmęczenie, sztywność mięśni, radość, że jestem tu, biegnę, przesuwam własne granice. Co mi tam, że to niczemu nie służy.

 

Sponsorem treningu jest Dzielnica Żoliborz M. ST Warszawy. Dzięki za czysty kibel i obfitość papieru.



20:19, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 maja 2017
POKORA

Wczoraj dotarło do mnie, że wreszcie mam jakiś postęp. Jasne, jak sobie porównam to, co i jak teraz szuram z niegdysiejszym bieganiem to jest słabo. Ale po tym jak przez półtora roku czy więcej szarpałem się i nic, teraz nagle poczułem poprawę. Dorzucę też szpileczkę organizatorom z Poznania, niech wiedzą, że ich lubię.

Rafał Wójcik, niegdysiejszy czołowy rodzimy maratończyk powiedział kiedyś „asfalt uczy pokory”. Nic dodać nic ująć. Kiedy wracałem do biegania w Głoskowie było mi w miarę łatwo: miałem motywację, wiarę w to, co przede mną i relatywnie szybko doszedłem do czasów na poziomie 3.20. Miałem także jeden atut – jakieś 10 kilo mniej.

Teraz jest inaczej, jest czy raczej było. Przez miesiące miałem krótki progres a później tydzień czy dwa walczyłem, żeby wygrzebać się na trening. Robiły się trzy, cztery siedem dni przerwy i rodziła się frustracja. Nijak nie potrafiłem uwierzyć, że jakoś to będzie, nie miałem poprawy. Właściwie dopiero na połówce okazało się, że nie poleciałem w dół. Lepszy rok do roku wynik w maratonie był wynikiem tego, że rok wcześniej pobiegłem jak ostatni debil.

I nagle, sam nie wiem jak przeszło. Nie martwię się już uhodowanym na antydepresantach brzuch, ważę te swoje 85 – 86 i liczę po cichu, że powoli z czasem zjadę, a zostanie nadmiar siły, jak nie uda mi się wyjść dzisiaj to wychodzę jutro, spokojnie nizam paciorki kilometrów i nie wyję z żalu, że zamiast 30 km biegam 15 a tempo już nie 4.45 tylko 5.45. Bo teraz to jest już 5.45, bo dwa miesiące temu było wolniej o jakieś 15 sekund na kilometrze.

I nie mm zamiaru biegać jakiegoś ultra, bo jestem na to zwyczajnie (metaforycznie) za cienki i sam nie wiem czy mam ochotę wracać do ultra, jak już będę trochę w gazie to pomyślę. Nauczyłem się, że do wszystkiego trzeba dochodzić powoli, krok po kroku i nie ma, co się spieszyć. No i że nie warto myśleć tylko jak to kiedyś było dobrze. Poza wszystkim jestem już 50+ a peseloza to choroba o różnych objawach. Nabrałem pokory.

A panowie z Poznania? Znalazłem w końcu informację, że Karolina Nadolska jest omc Rekordzistką Polski. Trochę także na własne życzenie, bo nie miała ważnej licencji. Pozostaje pytanie czy państwo organizatorstwo dojdą do swojego rozumu i w październiku będą sędziowie czy też znowu jak padnie rekord to będzie tylko omc, bo ich to, no dobra, napiszę, wali?



08:50, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 maja 2017
DWÓJKOŁAMACZE

Tak na marginesie wczorajszej imprezy na torze Monza pojawia mi się pytanie czy nieuznanie rekordu to efekt niedbałości czy uczciwości.

Przy okazji całego zamieszania pojawiło się sporo głosów, że wszystko to ma mało wspólnego ze sportem. Trafny komentarz na stronie Bieganie.pl na pytanie o zdanie ekspertów stwierdził, że ekspertami są tu właściciele i księgowa Nike’a. Coś w tym jest.

Po pierwsze jasne, że w porównaniu z klasycznym maratonem bohater poranka miał łatwiej. Czy jednak tłumaczy to poprawę wyniku o prawie trzy minuty? Swoje zrobiło zapewne precyzyjne przygotowanie i przekonanie, że muszą być tego pozytywne skutki.

Czy można była całość zorganizować tak, żeby rekord był do uznania? Jasne, po pierwsze samochód niższy i nieco dalej, po drugie napoje na stołach. To by było do zorganizowania praktycznie bez straty czasu zawodników. Wreszcie pacemakerzy, którzy pierwsze kółko lecą wszyscy a później zwyczajnie „są dublowani” i kolejne kółka biegną z Kipchoge. Pytanie czy było to niedopatrzenie czy przejaw uczciwości? Zawody w kalendarzu, trasa z atestem, nawet buty z atestem, badania na doping, więc wydaje się, że wszystko pod kontrolą.

Jest jeszcze trzecia możliwość – w takiej sytuacji Nike jest bezpieczne, gdyby rekord został uznany jakaś część środowiska biegaczy stwierdziłaby, że to już przegięcie i straty były by większe niż zysk. Straty marketingowe rzecz jasna.

I pojawia się pytanie o zorganizowanie podobnego wyścigu dla wielu stajni. Sama ścisła czołówka, zające od startu a później dublowani, tak, żeby rekord był do uznania. Wiem, że nie jest to klasyczny maraton, ale cóż, może to jest droga?

Na koniec, kolejny raz przeszukałem ponad 15 km, kolejny dwucyfrowy trening. A waga na to – ty grubasie. Trzeba być cierpliwym.



15:26, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13