RSS
sobota, 10 marca 2018
PATRZAJ W SERCE

Wiosną znowu pojawi się trochę tekstów o tym jak to jest, że biegacze umierają nagłą śmiercią podczas zawodów. Ilu z nas odchodzi w cichości podczas spaceru, posiłku czy snu, ale w związku z bieganiem nie wiemy. Pomyślmy zanim będzie za późno.

Tak w zasadzie byłem przekonany, że jest już za późno na pisanie tego, co zaraz napiszę. Ale zajrzałem do wiadomości i przeczytałem, że nadal jest ponad dwieście tysięcy zachorowań na grypę w tygodniu, więc owszem, mogłem to napisać wcześnie, ale lepiej późno niż wcale.

Co jest najczęstszą przyczyną problemów z sercem u biegaczy? Streszczając do maksimum wynika to z kardiomiopatii a ona z kilku przyczyn. Najważniejszym z nich jest przechodzenie, lub co bardziej groźne przebieganie grypy lub innych infekcji wirusowych. Szacuje się, że jeden przypadek na 1000 zachorowań na grypę powoduje powikłania kończące się śmiercią. W przypadku innych infekcji ta liczba jest mniejsza.

Co w takim razie robić? Dbać o odporność, szczepić się przed sezonem a w przypadku choroby zadbać o siebie. A w przypadku wątpliwości przed sezonem startów a po sezonie grypy zrobić sobie echo serca.

To ważne, decydujące, dosłownie o naszym życiu.



08:18, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 lutego 2018
ZIMNO

Zimno. Jak jest zima to i jest zimno, takie są odwieczne prawa przyrody. Kiedy tak zastanawiałem się nad sensownością wychodzenia na trening przy tak silnych mrozach dotarło do mnie gdzie właściwie jestem.

Zima 1984/85. Obóz treningowy w miejscowości Gołubie. Ostatniego dnia, jeszcze rano przed wyjazdem wychodzimy na trening o świcie. Biegniemy po zamarzniętym jeziorze. Śnieg skrzy się i widać ciemne sosny na brzegach. Kiedy wracamy do Warszawy jest mi cały czas ciepło. Z powodu jakichś anomalii na Kaszubach było sporo zimniej, tu jest tylko minus dwadzieścia.

Przez lata biegnie przy minus dwudziestu czy trzydziestu było normą. I to w czasie, kiedy nie było oddychającej, termo aktywnej bielizny, polarów i goretexu. Na głowie wełniana czapka wydziergana przez mamę, koszulka, dres, ortalion. Koszulka bawełniana, dres na syntetykach, ale przecież zupełnie innej jakości.

Wygodny się zrobiłem, przyzwyczaiłem do ciepełka, komfortu. Nie tylko ja zresztą. Z drugiej strony lubię biegając czuć wiatr, chłód deszcz. Często nie zakładam kurtki żeby poczuć dotknięcie zimna. Przez chwilę, przez jakiś czas.

Dzisiaj miałem wymówkę w postaci przeziębienia, które wieńczyło ostatni tydzień, teraz, kiedy wrócę do tuptania przez jakiś czas zamiast odcinków pocisnę trochę ciągłych, co z punktu widzenia temperatury jest akurat wskazane. Bo organizm zwyczajnie odzwyczaił się od tego, że jak zima to jest zimno, jest mróz. Takie są odwieczne prawa natury. Może raczej były.



12:52, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 stycznia 2018
NOGI NIE URYWA

Taka poranna refleksja. Biegam z mniejszymi i większymi przerwami od 1980 roku, fakt, na początku i intensywność i objętość nie powalały. Ale przez ten czas nie miałem ani jednej poważniejszej kontuzji. Ciekawe.

Popularność biegania spowodowała sporo efektów ubocznych. Poza tym, że powstał ogromny rynek na rożne artykuły i usługi okołobiegowe, skokowy wzrost popularności biegania spowodował, że biegać zaczęło sporo osób oderwanych od biurek, desek do prasowania, zlewów, pralek, zmywarek oraz gameingowych komputerów i kierownic. To siłą rzeczy sprawia, że rośnie ryzyko kontuzji.

Inna kwestia to sposób kształtowania treningu. Ludzie zaczynający przygodę ze sportem oczekują odtworzenia cyklu treningowego typowego dla wyczynowca w odpowiedniej skali. No i oczekują szybkiej progresji wyników, a jeśli nie wyników to formy. Takie nastawienie na postęp, traktowanie biegania, jako narzędzia a właściwie jednego z narzędzi jest drugą przyczyną urazów.

To jedno z ważnych pytań: czy bieganie jest celem samym w sobie czy środkiem do innego bardziej odległego celu? Jasne, zawsze ostatecznym celem jest podnoszenie, jakości życia. Osobnym pytaniem jest czy bieganie, z czasem udział w zawodach ma być samo w sobie czymś podnoszącym jego, jakość. I tu pojawia się kolejna wątpliwość – jak wiele motywów naszych działań jak przez nas, przeze mnie, uświadomiona? To, nad czym nie panuję, czego nie jestem świadomy, panuje nade mną.

Jeśli wiem, że starty i osiąganie coraz lepszych wyników jest mi potrzebne do poprawy samooceny jestem w stanie nad tym zapanować. Jeśli trenuję, wypruwam się, ale nie mam takiej świadomości jest jasne, że wcześniej czy później dopadną mnie problemy zdrowotne.

A jak ma się do tego zestaw różnego rodzaju usług związanych z bieganiem. Warszawski Biegacz sugerował, że zaczynając bieganie nie warto inwestować w sprzęt: ciuchy, buty i inne akcesoria. Warto potupać w tym, co się ma, jakichś starych rzeczach, w których chodziłem kiedyś na WF czy pilić na działce, a jak wystarczy zapału na kilka miesięcy to i ciuchy można kupić.

Wracając, to, czemu mnie nigdy nogi nie urwało? Mimo, że przez lata nie było szans na buty z amortyzacją, oddychające ciuchy czy regularny trening na sali albo innej siłowni. Mam kilka koncepcji. Pierwsza jest taka, że zwyczajnie jestem mocniejszego materiału. Że jak by się miało coś zepsuć, to by się posypało w latach osiemdziesiątych. Drugie to robienie przez lata ogólnorozwojówki przy okazji biegania w terenie. Czy mi się to podobało czy nie trzeba było przeskoczyć, sklecić, ominąć, zareagować, gdy teren był nierówny. Zrobiło swoje. No i zacząłem relatywne wcześnie. Przez lata organizm przyzwyczajał się do kilometrów pokonywanych z mniejszym lub większym rozpędem. I kręgosłup i stawy i cała reszta nie została nagle z dnia na dzień przestawione na tryb aktywny.

No i przy całej świadomości, że sprawia mi radość coraz szybsze pokonywania kilometrów, robienie coraz lepszych wyników to jednak czymś absolutnie najbardziej fantastycznym jest to uczucie, które przychodzi, kiedy lekko, z wysiłkiem, ale nie takim granicznym pokonują mi się kolejne kilometry. Stan, w którym nie tyle ja biegnę, co „się biegnie”, samo się biegnie a ja czuję się wolnym. Marzy mi się takie pobiegnięcie połówki w Warszawie, nie w tym roku, w tym to ja będę za cienki.

I tu jest chyba podstawowy powód. Biegam, bo kiedy poruszam nogami a pode mną przesuwa się teren czuję się szczęśliwy.



09:46, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 stycznia 2018
BEZ TYTUŁU

Tak sobie wczoraj polatałem i pomyślałem, co jest celem, co środkiem w moim bieganiu. Także o tym, jakie są priorytety, hierarchia ważności, bo nie wartości. Jak komuś się nie chce czytać, na końcu streszczenie.

Leciałem wczoraj jak za dawnych czasów, znaczy się interwały bez timera, na zegarek. No i spadł śnieg, taka świetna grząska ponowa. Na trening poleciałem do Lasku Bielańskiego i to otworzyło mnie na kilka kwestii.

Przez lata biegałem pod BnO i jeśli moje główne starty miały miejsce w lesie to jasne, że trening też w lesie. Przez lata w dzienniczku była rubryka droga (nawet mała ścieżka). Teraz w związku z tym gdzie mieszkam mam małe szanse na bieganie terenem, poza ścieżkami, ale to tak na marginesie. Jak w takim razie wyglądało i wygląda nakładanie obciążeń treningowych? Normalny biegacz biega odcinki odmierzone na asfalcie, jakieś dziesięć razy kilometr po ileś tam na kilometr, jeden po pięć, jak szykuje się do połamania 50 minut na dychę, drugi po 2.50, jak mu się spieszy. Ale do tego potrzebny jest asfalt, równa droga i odmierzone odcinki, może też być bieżnia.

Ja kontroluję tętno, mogę latać góra – dół, po błocie, śniegu, trawie. Jak spadnie śnieg to spada mi tępo, ale nie intensywność treningu. No i zamiast długości odcinków kontroluję czas. I po co mi to?

Żeby uniknąć nudy. Jasne to trochę wariactwo, biegnę sobie odcinek, zostało mi jeszcze dwie i pół minuty a tu taka fajna ścieżka, to sobie w nią skręcam i daję. Jak zostaje mi półtorej ścieżka zaczyna zanikać, kiedy mam jeszcze pół minuty lecę przez jeżyny. Ale jest pięknie. No i w domu mam bepanthen to się i przyda.

Nie potrafię wyobrazić sobie siebie konsekwentnie realizującego trening na pięcio czy siedmiokilometrowej pętli. Zwyczajnie bym się zanudził i z czasem stracił ochotę na bieganie. Bieżnia to zupełna abstrakcja. Kiedy biegnę w terenie, choćby i w parku w każdej chwili mogę zrobić z biegiem to, na co mam ochotę: skręcić, zawrócić, znaleźć ciekawą ścieżkę czy wrócić w miejsce, w którym został mi w pamięci ciekawy widok. Przypomina mi się Karol, który stwierdził, że nie lubi Kępy Potockiej (Potocka przeprasza za Kępę), bo kiedyś natłukł tam tyle treningów, że już ma wymioty. W Lesie Sobieskiego nakręciłem między dziesięć a dwadzieścia tysięcy kilometrów, ale las daje tyle możliwości, ścieżek i miejsc poza ścieżkami, że te tysiące to nie problem, to okazja do kontaktowania się ze zmianami, rytmami przyrody.

Ale mój zegarek powiedział, że trening niezły, ale słabszy od poprzednich, bo wolniejszy. Jak dla mnie lepszy, bo na wyższym tętnie.

Lubię biegać szybko, lubię poprawiać wyniki. Teraz to mi będzie łatwiej, bo startuję z poziomu minus trzy i jakoś spokojny jestem, że poprawię zeszłoroczne wyniki i z połówki i z calaczka, mimo, że waga ciągle krzyczy do mnie „Ty grubasie”, bo czuję, że ciut, troszeczkę, odrobinkę mój organizm podnosi się z dna.

I jeszcze jedno. Jedno ze zdjęć ze sprintu na orientację Karol skomentował „dajcie mi kroplówkę”. Tak to wygląda, kiedy lecę czy to na ulicy czy w przełaju jest tylko bieg, moje nogi, płuca, serce i ja. Tyle. W BnO jest jeszcze spory obszar. Jest mapa, którą trzeba czytać, interpretować, korzystać. Jest teren, który trzeba z mapą porównywać, czytać. Widzieć, co jest przede mną, za mną obok. To wszystko wymaga ogromnej koncentracji, stąd ten niepowtarzalny wyraz twarzy na zawodach o gruchę na Chomiczówce.

A jak się ma to do mojego dzisiejszego treningu? Lata klepania startów i treningów pod BnO zostawiły ślad. Kiedy biegnę samoczynnie budzi się we mnie zdolność bardziej intensywnego widzenia otoczenia. I jeszcze jedno, przeświadczenie, że żadne zdjęcie, film nie pokażą tego, co widzę, odczuwam, słyszę. Czy to za sprawą fizjologii czy sama głowa i różne nawyki sprawiają, że obrazy, które zostały mi w głowie, które nieraz tu wspominałem pokazane, jako zdjęcie nijak nie oddają, tego dzieje się podczas treningu. To jeden, choć nie jedyny powód, dla którego telefon zastaje w domu.

Streszczę, bo może być tak, że komuś nie chciało się czytać.

Biegam, żeby odczuwać radość, wyniki są produktem ubocznym. Radość daje mi poczucie wolności, ucieczka z pętelek, możliwość dowolnego, choćby idiotycznego wyboru drogi w każdej chwili. Ale także bycie tu i teraz i chwytanie tych chwil, przeżywanie ich a nie dokumentowanie.

A dzisiaj sieknę sobie LSD i będzie pięknie. Jutro ChWDP.



09:15, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 stycznia 2018
W RYTMIE

Podczas rozmowy dla Biegania od Mariusza Giżyńskiego usłyszałem, że jako trener, kiedy rozpisuje trening amatorowi najpierw pyta go o rytm związany z pracą. Które dni tygodnia ma luźniejsze, w które jest gotowy na większe obciążenia. Niby mamy gotowe szablony cykli treningowych. Ale schemat obciążeń sobie a życie sobie.

Rypnęło mnie pod koniec tego tygodnia. Chciałem napisać zeszłego, bo ten treningowo zamknąłem, więc głowa jest już w następnym. Trochę mi się upiekło, bo gdyby był przytomny jeszcze mocniej dostałbym po tyłku.

W czwartek wyszedłem na trening i już w jego trakcie czułem, że coś jest nie tak. Raz, że noga nie podawała. To znaczy nawet jak na moje aktualne bieganie nie podawała. Odpuśćmy sobie kwestię pit stopu na metrze Centrum Nauki Kopernik i takie tam. Trening ze średnim tętnem poniżej 130 to jakoby nie za bardzo.

Z lekka złachany poszedłem do roboty i tutaj poza wszystkim innym niespodzianka. Zamiast na basen na zastępstwo do świetlicy, czyli z jakiegoś pseudoobiadu nici. Niby złapałem trochę owoców, ale ewidentnie czułem, że to nie to. Kiedy około 19 opuszczałem szkołę ciągnąłem nogi za sobą.

W piątek zupełnie odpuściłem sobie bieganie i to był dobry ruch, w sobotę i niedzielę byłem w stanie normalnie biegać. To, co mnie uratowało, to fakt, że pozajączkowało mi się i byłem przekonany, że lekcje główne mam dopiero od przyszłego tygodnia (dla większości, lekcje główne to dwie godziny pracy gratis, do tego z rana, czyli wstawanie w granicach piątej). Jeden dzień, kiedy mogłem pospać był jak miód, nie wiem jak bym przeżył bez tego.

A jakie wnioski? Biegam teraz w układzie wtorek, środa interwał (tempo żenujące, ale mam nadzieję, że z czasem zmieni się na beznadziejne, co jest sporą poprawą) w czwartek dłuższe bieganie (raczej szuranie). Ale w moim rytmie pracowym lepiej będzie to zmienić na wtorek, długi interwał, środa dłuższe szuranie (tak z 90 minut) czwartek krótki interwał.

No i będę musiał znaleźć jakiś patent na uniezależnienie się żywieniowe.

Ale przede wszystkim jeszcze tydzień cyklu, a później dwa tygodnie ferii, to sobie pobiegam i popiszę. A później jeszcze w sumie ze cztery tygodnie cykli. Ale dzień będzie dłuższy a ja silniejszy.

I proszę o drobne, co łaska.



14:27, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 stycznia 2018
SYLWESTER

Dzisiaj zaczynam nowy rok. Pod wieloma względami nowy, jak napisała Justyna Suchecka mam nadzieję, że gorzej już było. Tak mnie naszło na wspomnienia biegowe, więc lećmy.

Sylwester 1985/86. Jedziemy na obóz treningowy w Brennej. Pierwszy mój wyjazd z AZSem. W pociągu już do Cieszyna pani trener, która w tamtym momencie średnio za mną przepadała, z powodów dość oczywistych patrzy na mnie i stwierdza:

- Też jedziesz w tą samą stronę? Jakie to dziwne.

- Tak i nawet do samego końca.

Znaczy się nikt jej nie powiedział, że jestem zawodnikiem AZSu, nieźle. Z czasem pani trener się do mnie przekonała.

W samego Sylwestra wracam z Warszawy na obóz. Dwie noce w pociągu, dochodząc do domu, w którym mieszkamy mijam ekipę goniącą na autobus, którym przejadą kawałek. Dopytuję się o plany, wskakuję w ciuchy i lecę, spotkamy się w schronisku. To był czas, kiedy jeszcze były spore mrozy i śniegi. Nie było za to polarów, goreteksów i różnych takich wynalazków.

Kiedy dobiegam do schroniska mijam pierwszych, którzy wracają krótszą trasą, mój widok budzi rozbawienie. Kiedy biegłem pod górę nieźle się pociłem, to, co spływało, zamarzało na brodzie. Wydziergana przez mamę czapka puściła kolor i to, co zamarzło miało kolor denaturatu. Wjeżdżam do schroniska, szybka herbatka i wracamy. Na powrocie lekkie kółeczko, gubimy się, jak na sekcję biegów na orientację to nieźle, choć miewałem większe przypały.

W domu jestem dość dokładnie zajechany, obiad, łóżko, kolacja sylwestrowa sybolka i spać. To był moment, w którym pani trener przekonała się do mnie, choć specjalnie święty to ja raczej nie byłem.

Rano w Nowy Rok słońce, biały świeży śnieg i tylko we dwóch z Ćwiarą lecimy na rozbieganko. Jak ja lubię bieganie po ponowie. Mam wtedy wrażenie, że jestem pierwszym człowiekiem w tym miejscu. Wszystko jest takie dziewicze i czyste. Lecimy symboliczną piętnasteczkę, wracamy zadowoleni, jest pięknie.



12:05, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 grudnia 2017
SIĘ ODOBRAZIĆ

Obrażalski jestem, fakt. Jak się już na coś czy kogoś obrażę to trudno jest mi się odobrazić. Tak ma z biegami. Kilka lat temu obraziłem się na jeden bieg i jakoś nie potrafię się odobrazić do dzisiaj. To znaczy nie mam zamiaru w nim startować, choć mam z nim trochę dobrych wspomnień.

Czemu coś mi się podoba, coś lubię, a czegoś nie? Najczęściej przyczyną są wspomnienia, skojarzenia. W takiej sytuacji nadobną sprawę być może powinienem na dobre zawiesić buty na kołku, Ale podobnie jak z innymi obszarami i ten powoli odzyskuję.

Są jednak skojarzenia inne niż te moje do głębi osobiste, sprawiające, że na ten czy inny biega raczej nie pojadę. Jest taki bieg w Warszawie, który omijam szerokim łukiem i raczej tak pozostanie.

Rzecz miała miejsce kilka lat temu, na tyle niedawno, że nie byłem już na tak zwanym topie, to znaczy wyraźnie zaczynał się proces zwijania. Ale na tyle nie dawno, że nie tkwiłem w mule kompletnego dna, w którym byłem jeszcze rok temu a teraz mam wrażenie, że powoli się od niego odbijam. Ergo biegałem słabo, ale nie beznadziejnie.

I podczas tego biegu zdarzył się cud. To znaczy wygrałem tam kategorię masters, czy inna weteranów. Ale, żeby było jasne, byłem na tyle słaby, że kompletnie nie dopuściłem do świadomości, że mogę cokolwiek wygrać, zwinąłem się z imprezy błyskawicznie i dopiero w domu, na zdjęciach zobaczyłem, że puchar za wygraną w masterach odbiera zawodnik, który linię mety przekroczył za mną. Niewiele, ale zawsze.

Napisałem do firmy obsługującej bieg, odnotowali zmianę iw wynikach znalazłem się już, jako ten pierwszy. I nic.

Czego bym oczekiwał? W wariancie ekstra organizator na stronie zamieszcza przeprosiny i zauważa, że w związku z błędem firmy mierzącej czas mylnie nagrodzono zwycięzcę, przysyła lub podrzuca przy okazji jakieś nagrody. Największą atrakcją la mnie w takich sytuacjach wyjście na podium i błysk fleszy (żart, z fleszami).

W wariancie minimum zwyczajny mail – cześć stary, głupio wyszło, przepraszamy, postaramy się na przyszłość nie zawalić sprawy.

I co? I brzeńco. Nikt, pies z kulawą nogą, ani nawet sam pan kierownik biegu (nie Hiu, ten by się zachował przyzwoicie) nie napisał, nie zadzwonił, nie odezwał się. Pozostało mi stwierdzić – walcie się na ryje – i omijać tą imprezę szerokim

09:18, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 grudnia 2017
JAK UKRAŚĆ BIEG

Bieg, to niby coś całkiem sporego. Okazuje się, że jeśli się postarać, to całkiem spokojnie zawinąć bieg. Bo bieg to spora baza uczestników, to renoma, także spore potencjalne zyski. Szczególnie teraz, kiedy biegi w dużych miastach sprzedają się na pniu.

Byli grupą kumpli, razem jeździli na biegi, niby nie osiągali jakichś mega wyników, ale mieli z tego sporo radości. Co logiczne z czasem zaczęli organizować bieg. Na początku wieku biegów było mniej a zgromadzenie na starcie choćby tysiąca uczestników było nie lada wynikiem. Znacznie łatwiej było także zadowolić uczestników. Nikt nie zastanawiał się jak zorganizowany jest start, czy są i jak pilnowane są strefy startowe, jak przepływ uczestników na mecie.

Bieg rozwijał się, bo odbywał się w dużym mieście a samo miasto leżało w centrum rozbieganego jak na tamte czasy regionu. Ale przede wszystkim robili go ludzie z pasją z własnymi doświadczeniami, wiedzą na temat biegów i własnymi pomysłami. I lubili się nawzajem, chętnie ze sobą współpracowali. Idylla jednak nie mogła trwać bez końca.

Z czasem rosła liczba startujących. Przypomnę, kiedy jeszcze w Warszawie był bieg Po ZOO tysiąc pakietów rozchodził się w cztery i pół minuty. Duża liczba uczestników przekłada się na odpowiednio duże zainteresowanie mediów sponsorów i wpływy do kasy.

W pewnym momencie jeden liderów przejął bieg, zaczął go organizować przez własną firmę, później fundację. Przejął markę, znak towarowy, także kilkunastoletnią tradycję. W przyszłym roku bieg po raz drugi odbędzie się pod starym szyldem i nową firmą. Uczestnikom to nijak nie przeszkadza. Kolegom współtworzącym bieg pewnie tak, ale przecież nie pójdą z tym do sądu, bo szkoda czasu i pieniędzy. W sumie to ich rozumiem, też bym wolał polecieć długie wybieganie.

Byli grupą kumpli, razem jeździli na zawody, razem od zera stworzyli świetny bieg z klimatem. Skończyło się, kiedy okazało się, że na biegu można nieźle zarobić.



20:35, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 grudnia 2017
DZWONECZKI

Tego obrazka nie widziałem, słyszałem o tym. W Szwecji po kolacji wigilijnej ludzie mniej więcej o tej samej porze wychodzą biegać. Przy dresie przypięte mają dzwoneczki. Słychać jak zbierają się małe grupki, z czasem całkiem spore grupy. Dla mnie bieganie w Wigilię zawsze było jakimś problemem. Moja mama twierdziła, że chociaż w taki dzień mógłbym sobie odpuścić. Z drugiej strony jaka Wigilia taki później cały rok.

Jutro wyjdę pierwszy raz od września na dłuższe wybieganie. Nacieszę się Laskiem Bielańskim, może dotoczę się nad Wisłę, zobaczymy na ile wystarczy mi to półtorej godziny. Poranne bieganie w Wigilię to był taki maleńki festiwal.

Bieganie jakoś mi się łączy z myśleniem. I w tym szczególnym dniu układa mi się ostatni rok, przyszywa się do poprzednich. Jest czas rachunku sumienia. Tak sobie myślę, że sporo będę mógł sobie zapisać na plus.

Tak na marginesie – mocno przestawiłem sobie trening. Zszedłem z kilometrów na rzecz szybciej bieganych odcinków. I choć dzienniczek treningowy wygląda u mnie jak za juniora: trener po przejrzeniu stwierdził – tego się spodziewałem dzień piłeś drugi trzeźwiałeś i dwa dni na trening, to czuję postęp. To znaczy po trzech latach wróciłem do odcinków 70/20 (70 sekund odcinka, 20 przerwy) i 4/1 (w minutach). W sumie na schłodzenie i rozgrzewkę wychodzi mi maksimum 15 minut. Ale to tak, żeby się pochwalić.

W Wigilię to był taki maleńki festiwal, duży przychodził w Sylwestra. W Sylwestra wychodziłem przez lata około 20. Tak na dwie godziny ciągłego. To jak zacichało miasto, jak ostatni spóźnieni imprezowicze dojeżdżali na miejsce. I kilka obrazków, młoda kobieta kończąca nakrywanie do stołu widziana przez wielkie kuchenne okno, padający gęsty śnieg, zdziwione oczy kogoś wbiegającego do klatki schodowej.

To przedziwne jak mi się życie przeplata z bieganiem.



13:54, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 grudnia 2017
O PORANKU

Taki obrazek a właściwie to cała ich seria przeleciały mi przed oczami w czwartek. Zresztą na stare obrazki nakładały się aktualne. Taki urok biegania o szarówce po Łazienkach.

W czwartek musiałem wyjść o zbójeckiej porze, bo koleżance zachciało się chorować i ktoś musiał pouczyć jej dzieciaki. Jeśli o 8.15 muszę wejść do klasy to odpowiednio wcześniej wychodzę z domu, to i wcześniej kończę tupanie i tak dalej. No, więc wyszedłem nawet nie o szarówce a właściwie to o pełnym mroku. W Łazienkach latarni brak, a mnie nie chciało się tupać do Arkadii, więc niech już będą te Łazienki.

Lecę, do bramy od strony Gagarina mam cztery minuty, plus to, co muszę odstać na światłach. Wbiegam do parku, pierwsza alejka równoległa do Gagarina, jeszcze wpada trochę światła z ulicy, ja zastanawiam się czy Gagarina też zdekomunizują i powoli przenoszę się w lata dziewięćdziesiąte. Byłem wtedy też panem nauczycielem i także nie byłem w stanie usiedzieć na lekcji i w efekcie, jeśli na trening to tylko rano. Na studiach dbałem, żeby nie mieć zajęć przed dziesiątą. A tu nagle wstaję i o piątej – szóstej zaczynałem trening. Prawie pięć minut po oświetlonym, później wchodziłem do lasu. Biegałem na czterokilometrowej pętli leśnymi drogami. Bez czołówki, ale wzrok spokojnie przyzwyczajał się do widzenia. Później z czasem powoli podnosił się brzask, las nasycał się kolorami. Budziły się ptaki. Z miesiącami ranek przychodził coraz wcześniej i wychodziłem już o świtaniu.

Łazienki nasycały się kolorami, po alejkach snuły się kaczki, pawie spały. Pora roku taka, że wszystko szare, ale w sumie lubię ten czas. Ma swój urok. Któregoś roku o tej porze już wychodziłem na dwa treningi i jakoś tak zorientowałem się, że bagno pachnie inaczej o brzasku i o zmierzchu.

Tupię te swoje odcinki, przypomina mi się jeden z moich trenerów powtarzający, że jak się biegnie to się biegnie a jak się truchta to można i iść. No to i biegnę, i truchtam. Cieszę się, że mogę wychodzić o szóstej, ale gdzieś jest myśl, że z czasem będzie coraz wcześniej, bo treningi coraz dłuższe.

Poranek na Brzózkach, lubię to wspomnienie, nie lubię miejsca. Ranek w marcu, w nocy padało i był mróz, nadal jest. Przebiegając pod szpalerem brzóz słyszę dźwięki buddyjskich dzwonków. Staję, cofam się. Gałęzie oblane lodem uderzają o siebie. Parzę na lewo, nad zasuszonymi nawłociami wstaje słońce. Chce mi się krzyczeć z radości i krzyczę.

W Łazienkach to sobie nie pokrzyczę, co jakiś czas mijam strażnika, Ale z drugiej strony bywały takie dni, że z powodu dmuchaw do przewiewania liści i podnoszenia pyłów na ulicy było ciszej niż w parku, więc może sobie pozwolić? Jest sporo biegaczy, ludzie przychodzą do pracy. Powoli nasycają się odcienie szarości i burości wielorakiej.

A przed oczami (i uszami) wielkanocny poranek koło Głoskowa, gdzie słyszałem śpiewane przez ludzi wędrujących do kościoła religijne pieśni, wschód słońca w Owczarni i bieganie po kwitnących konwaliach.

Czas kończyć w weekend polatam w Lasku Bielańskim, już się cieszę, przebiegam przez skrzyżowanie. Czas do pracy.



06:21, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14