RSS
piątek, 05 września 2014
Biegam i czytam

Biegam. Trochę, i powoli gubię oponkę. Za tydzień pobiegnę powoli po Woli. W wolnych chwilach zaglądam na różne portale i widzę, że jeden w zupełności wystarcza.

Nie wiem jak to jest, że ten san tekst, często podobnie albo i tak samo oprawiony mogę przeczytać na kilku portalach. Bo że reklamówka dwóch półmaratonów jest taka sama:

Bieganie

Maratony Polskie

To jeszcze rozumiem. Ale jak zaczynają pojawiać się te same teksty o UTMB, czy jakiś czas temu o Biegu Rzeźnika to jakoś tak jest dla mnie niesmaczne.

Panowie redaktorowie, zadbacie o unikalność swojego portalu. To już wolę chyba jak Krzysztof Bartkiewicz wylicza kto ile zarobił na jakim biegu, bo to takie Maratonopolskie, jak czytam kolejny motywujący tekst o człowieku - kuli co to stracił w ciągu roku 127 kilogramów i przebiegł maraton tyłem i na bosaka bo w ciemno wiem, że czytam Bieganie.pl. I chyba bym wolał krótką notkę z odsyłaczem do tekstu na innym portalu i informacją, że akurat UTMB jest dla nas mało podniecające. Tak by było uczciwiej.

I to by było na tyle.

10:34, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 lipca 2014
SŁONINA

Kilka lat temu w papierowym Bieganiu był mój tekst Silni Słoniną. O tym, że można budować siłę w taki sposób, że najpierw nabieramy nieco, nie za dużo wagi a później po kilku miesiącach bieganie zrzucamy nadmiar kilogramów i po zrzuceniu "plecaczka" mamy nadmiar siły.

Teraz jestem na podobnej ścieżce (BMI momentami ponad 26), siła może i przyrosła, tyle, że moje komórki tłuszczowe chyba mnie polubiły....

10:42, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 lipca 2014
KIEDY NIE BIEGAM

Ostatnio, pod wpływem rozmowy z jednym z kolegów zacząłem zastanawiać się ile właściwie biegam, kiedy nie biegam?

Wracanie do biegania jest trudne. Choćby dlatego, że lata lecą i co kiedyś mogłem, teraz już nie zawsze może być realne. Może to raczej kwestia brzucha, niż lat, ale tę kwestię zostawmy na boku.

To moje wracanie do biegania, takie w rytmie disco - dwa do przodu, jeden do tyłu - trwa i trwa. W zasadzie trudno powiedzieć, żeby wrócił, co poganiam ze dwa tygodnie, to później jakoś tak wychodzi, że nie ma jak, kiedy i w sumie buty wracają na chwilę do szafki, siedzą tam grzecznie z tydzień i znowu.

Na pytanie ile biegam teraz, zgodnie z przekonaniem odpowiedziałem, że właściwie to nie biegam. Ale po chwili refleksji dotarło do mnie. Jak nie biegam, to biegam po jakieś 50 - 60 km w tygodniu. Jasne, bez jakichś intensywnych form, bez siły i generalnie tak sanitarnie. Ale coś się ruszam.

To czemu mam takie przekonanie że nic nie robię? Ano najprawdopodobniej dlatego, że widzę jak daleko jestem od tego co robiłem dwa - trzy lata temu. Niby mogę wcisnąć kołek w usta i robić swoje. Świetny pomysł.

Ale chyba najpierw się wyśpię.

11:18, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 lipca 2014
PROFESJONALIZM KONTRA DOBRE CHĘCI

Co jest ważniejsze w organizacji biegu – głęboki profesjonalizm, czy może zapała dobre chęci. Byłem ostatnio na dwóch biegach, jeden organizował super hiper, mega profesjonalny klub Triathlon Rawa, drugi Koło Gospodyń Wiejskich z Lesznowoli (koło Grójca). Popatrzmy, kto górą.

Do Rawy decydowaliśmy się pojechać w ostatniej chwili. Okazało się, że w dniu, w którym odbywa się Podkowiańska Dycha pracujemy, z wielu biegów wybraliśmy ten, bo lubimy klimat biegów w małych miejscowościach. Wysłałem maila z kilkoma pytaniami, na który nie dostałem odpowiedzi i pojechaliśmy. Bieg był zorganizowany. I tyle dobrego można o nim napisać. Organizator nie spełnił podstawowych wymogów prawnych. Nie było oświadczeń o stanie zdrowia, które ma obowiązek zbierać (był za to przypadek zasłabnięcia). Nie było też zgody na zbieranie danych osobowych (organizator nie wiedział, że to, co robił było gromadzeniem danych), dzieciaki biegały bez pisemnej zgody rodziców (ona też jest ustawowym wymogiem). Trasa biegów dziecięcych nie była zabezpieczona, organizator nie wiedział ilu jest uczestników tych biegów, a biorąc pod uwagę, że większość trasy była niewidoczna dziwne, że nic się nie wydarzyło. Albo nic o tym nie wiadomo.

Bieg dla dorosłych odbywał się na trasie w stylu dwa razy tam i z powrotem, po wąskim chodniku. Do przypadku zasłabnięcia karetka dojechała po jakimś czasie, biegacze musieli uciekać z trasy, żeby umożliwić jej dotarcie. Cała trasę zabezpieczało dwoje wolontariuszy. Na koniec organizator odpuścił sobie nagradzanie kobiet na dystansie około 5 km, oraz publikowanie wyników na 10 km, wychodząc najwyraźniej z założenia, że nie obowiązują go zasady, które sam ustalił i wpisał w regulamin. Pewnie żadna z koleżanek się nie załapała. Wyszedł także z założenia, że jak ktoś chce znać swój wynik to sam sobie może zmierzyć a porównywać siebie warto ze sobą, a nie z innymi. Za to wyniki na 5 km, jak bardziej są, być może nie wszystkich zawodników na tym dystansie stać na zegarek? Dla wolniejszych biegaczy zabrało też na mecie wody, ale w końcu nikt im nie kazał tak się wlec.

Kiedy usiłowałem coś do Pana Organizatora powiedzieć, oddając puchar za miejsce klasyfikacji wiekowej, ten odwrócił się do mnie tyłkiem (dość zresztą paskudnym) i poszedł. Skwitowałem to grubszym słowem. Na maila z krytycznymi uwagami dostałem ironiczną odpowiedź, potwierdzającą zresztą, że Panowie Profesjonaliści nie znają prawa dotyczącego organizacji imprez sportowych.

A gospodynie wiejskie? Kiedy na dwa dni przed imprezą napisałem maila, odpowiedź dostałem po ośmiu godzinach z przeprosinami, że tak późno. A później, wszystko dopięte i zgodne z prawem, trasa ładna i świetnie zabezpieczona, wszystko jak w zegarku. Wyniki praktycznie od ręki w Internecie. I jeszcze piękny festyn, bo jak raz wieś obchodziła sześćsetlecie. Kiedy chwilę rozmawiałem z organizatorem, ten chętnie posłuchał, co nam się nie podobało (medale mogłyby być inne, zrobione ręcznie przez gospodynie)

Jakie to dziwne, kiedy impreza jest super nie bardzo jest, o czym pisać. Gdybym jeszcze miał, chociaż tyle zdrowia, co w Rawie, a tak poległem. Mam nadzieję, że za rok będę mógł się znowu zmierzyć z trasą w Lesznowoli. Nawet, jeśli nie będzie pokazu zumby w wykonaniu gospodyń.

Dwie refleksje. Jak napisał Szanowny Pan Organizator biegu w Rawie, nikt nie musi tam przyjeżdżać, co wezmę sobie do serca i innym to radzę. Po drugie, jak by się taka gospodyni wiejska odwróciła do mnie tyłem, to by było, na co popatrzeć, ale one mają tyle serca, że zagoniły swoich chłopów do roboty i nie wyobrażam sobie, żeby tam ktoś mnie tak potraktował.

Jest też coś pozytywnego, co mam po biegu w Rawie - nie sądzę, żebym trafił kiedyś na gorszy bieg. Bo błędy mogą się zdarzać, błędy muszą się pojawiać. Ale aż takiej pogardy dla ludzi nigdzie nie spotkam.

środa, 07 maja 2014
POWROTY

Trudno jest wracać, niby brzuch ciągnie do przodu, ale nie pomaga to w szybkim biegu. Wybierając się na cztery dni świąt wziąłem ze sobą dwie pary butów do biegania i trzy komplety strojów, żeby spokojnie kombinować. Wyszedłem dokładnie raz, przebiegłem około 9 km. Tyle w temacie treningu.

Teraz jest lepiej, pomyślałem, że zacznę z mniejszego c, od dyszek. W Milanówku nabiegałem 44.33, tydzień później na Woli już 43.20, jeśli utrzymam taki postęp za kilka miesięcy pobiję rekord świata. Na ZaDyMnO pewnie polecę 25, później znowu dychy. A w lecie zobaczymy...

12:21, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 marca 2014
Psychologia biegania cz. 4

Kiedy zaczynałem swoją przygodę ze studiami na Wydziale Chemii UW okryłem jedną ze swoich wielkich pasji – grę w brydża? Wtedy właśnie, siedząc kolejną godzinę w bufecie (co tam zajęcia) usłyszałem pytanie:
- Lubisz grać w brydża?
- Jasne!
- To, dlaczego się nie nauczysz?
Do tego pytania wrócę na końcu tekstu, tak jak powoli wracam do biegania.

 

Warto chwilę zatrzymać się przy teorii rozwoju psychoseksualnego w ujęciu psychodynamicznym. Psychodynamicznym, to znaczy proponowanym przez twórczych następców Freuda. Wbrew pozorom od najmłodszych lat płeć dziecka wpływa na to jak postrzegamy, jak traktujemy dziecko. Jeśli płeć nie jest ważna to, czemu tak niewielu chłopców ubieramy w różowe kaftaniki?

W koncepcji Freuda rozwój człowieka przebiega w kilku fazach

  • Oralnej –trwającej o około pół roku to dwóch lat. W tej fazie dzieją się dwie rzeczy. Człowiek uczy się osiągać przyjemność i poznaje świat przede wszystkim poprzez zmysł smaku. To zauważalna dla wszystkich tendencja – co rączce, to do buzi. Faza oralna jest, więc silnie związana z odczuwaniem przyjemności. Dziecko przekonuje się także, że on i reszta świata to osobne części. Zaczyna zauważać, że ono, jako ono istnieje.
  • Analnej- trwającej od dwóch lat do lat czterech. To czas, kiedy dziecko zaczyna panować nad zwieraczami (stąd nazwa fazy) i czerpie z tego satysfakcję. To także czas, w którym zaczynamy odczuwać i badać swoją sprawczość. Dwulatek, który niszczy samochodzik (żeby sprawdzić jak jest silny) albo rzuca się na ziemię w sklepie, żeby udowodnić sobie swoją sprawczość (zmusi w ten sposób rodzica do kpienia batonika) to objawy tej fazy. W fazie analnej budowane jest, więc poczucie sprawczości.
  • Edypalnej- trwającej od czwartego do szóstego roku życia i charakteryzuje się uświadomieniem sobie własnej płci i wszystkich tego konsekwencji. Rodzic płci przeciwnej staje się ideałem partnera na resztę życia, a tej samej płci staje się w jakimś stopniu niewygodny. Moja córka kiedyś stwierdziła, dokładniej oświadczyła to Kasi:

- Jak dorosnę to będę żoną taty i będziemy mieli dzieci.
- A kim ja wtedy będę? Zapytała Kasia.
- No jak to? Babcią naszych dzieci!

W tej fazie pojawia się wiele trudności związanych z płciowością. Budują się wzorce męskości i kobiecości.

  • Latentnej - od szóstego do, no właśnie tu już zdarzają się różne rozbieżności, dziesiątego – dwunastego roku życia. Płciowość schodzi na dalszy plan, pojawia się inny dramat – szkoła.
  • Genitalnej – człowiek zaczyna dojrzewać i objawiają się zachowania seksualne w całej pełni. Na początek jest to prezentowanie, podkreślanie swojej płci, poprzez uranie, zachowanie. Dopiero z czasem tworzenie związków, relacji, w których płciowość jest jednym z elementów.

 

Uwaga pierwsza – czas trwania faz bywa zmienny i jest kwestią indywidualnych cech człowieka i środowiska, w którym żyje. A więc u jednej osoby faza analna zacznie się w wieku 24 miesięcy, u kogoś innego w wieku 18 a bywa, że i 28 miesięcy.

Uwaga druga objawy kolejnych faz (na przykład bunt dwulatka) świadczą o prawidłowości rozwoju. Ja bym się martwił, gdyby moje dzieciaki nie miały tego rodzaju objawów. Inna spawa jak na nie reagować.

Uwaga trzecia – przechodząc do kolejne fazy nie można już wrócić i przerobić czegoś z fazy, którą właśnie się kończy. Nieprzerobione z jakichś powodów elementy w rozwoju są powodem fiksacji.

To ważne określenie fiksacja. Jeśli rodzice surowo karzą dziecko za objawy buntu, zatrzymują budowanie jego sprawczości. Tego rodzaju fiksacja może mieć dwojakie skutki. Albo pozbawi człowieka w momencie, kiedy już będzie dorosłym sprawczości (człowiek taki stanie się bierny, lub bierno-zależny), albo wręcz przeciwnie będzie ze wszystkich ił starał się potwierdzać swoją sprawczość.

A jak się to ma do, na przykład, biegania? Można zastanawiać się, jakie cechy sprzyjają sukcesom sportowym i z jakiego rodzaju fiksacjami są związane. Taki temat na pracę doktorską – rodzaje fiksacji korzystnie wpływające na sukcesy w biegach długodystansowych. Nie sądzę, żeby komuś chciało się to badać, ale możemy zastanowić się, jakie cechy sprzyjają sukcesom.

- Upór

- Gotowość do wyrzeczeń.

- Konsekwencja.

I sporo innych, pomijając predyspozycje fizjologiczne, (których ja akurat nie mam).

Jaka byłaby w takim razie „fiksacja mistrza”? Podejrzewam, że najprawdopodobniej fiksacje w fazie oralnej i analnej. Bo one wpływają najsilniej na potrzebę odczuwania przyjemności i upór w udowadnianiu własnej sprawczości. Gdyby to przyjąć wiele osób z dumą powtarzałoby „mam fiksacje z fazy analnej, to fiksacje mistrza”. Niestety wielu osobom określenie fiksacja z fazy analnej kojarzy się jedynie z homoseksualizmem, Freud z seksem a generalnie wszystko z dupą.

 

Do napisania tych kilku słów skłoniło mnie (poza różnymi fiksacjami z wielu faz w tym oczywiście także analnej) wspomnienie dyskusji związanej z tekstem jeszcze w Maratonach Polskich, w którym autor w głowy biegających trzydziestolatek włożył swoje rojenia, które nie zmieniły się od momentu, kiedy miał lat czternaście. Na uwagę, że jego tekst jest pełny błędów merytorycznych stwierdził, że psychologia to taka dziedzina, która nie wymaga wiedzy. Kiedy zasugerowałem mu właśnie fiksację (tego rodzaju zagranie w brydżu określane jest, jako wpustka) zareagował w sposób pokazujący, że nie rozumie tego rodzaju określeń?

 

Teraz Pan Sympatyczny został Redaktorem Naczelnym Bardzo Mondrego Portalu o Bieganiu. Teksty na nim są anonimowe (osobiście też bym się wstydził podpisać pod czymś takim). Pan Redaktor i zapewne autor tekstów na wiadome tematy podkreśla własne zainteresowanie psychologią.

Przez lata pracowałem nad swoimi umiejętnościami brydżowymi. Czytałem książki, trenowałem, jak powiedział kilka lat temu prof. Marcin Pałys, jeśli ktoś chciał mnie znaleźć na uczelni szedł do bufetu gdzie grałem w karty.

Panie Redaktorze – jeśli tak pan lubi psychologię, to może by się pan jej trochę pouczył. Sama fiksacja z fazy analnej to za mało żeby pisać sensowne teksty.



10:02, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »
niedziela, 24 listopada 2013
Nasz klub ChruChrup

Zaczęło się kiedy do naszego klubu ChrupChrup przeszedł nowy kolega. Do tej pory organizowaliśmy zwyczajną ligę szóstek piłkarskich. Każdy mógł się zgłosić, pod warunkiem, że grał w piłkę nożną, i że grał z nami na miejscowym Orliku. Może nie była to jakaś rewelacja, ale przychodziło na niektóre turnieje po trzysta osób i chcieliśmy grać w piłkę.

Kiedy w klubie pojawił się Zielony i powiedział, że zorganizuje w ramach naszej ligi trzy turnieje wydawało się że wszystko jest jasne. Gramy w piłkę, są dwie bramki, w Szóstkach nie ma spalonego, poza tym wszystkie zasady są takie same jak w zwyczajnym futbolu.

Zielony zrobił pierwszy turniej, podczas drugiego meczu w ramach specjalnych innowacji wrzucił jeszcze jedną piłkę i zszedł z boiska, bo stwierdził że w ten sposób sport okaże się bardziej męski. Kiedy ktoś mu zwrócił uwagę, że z dwoma piłkami to już nie całkiem są piłkarskie szóstki wzruszył ramionami.

Na drugim turnieju nie było bramek, to znaczy były ale wyobrażone i jak ktoś uważał, że trafił, krzyczał głośno i jeśli było ponad osiemdziesiąt cztery decybele bramka została uznawana. Na pytanie o zasady Zielony stwierdził, że stara piłka jest dobra dla zramolałego betonu ze Związku.

Na trzecim turnieju Zielonego zrezygnowano z piłki. Poza tym wszystko było jak w zwyczajnych meczach, tyle że każda z drużyn musiała poświęcić jednego zawodnika, który pełnił rolę piłki i pozwalał wtaczać się jako piłka do bramki przeciwnika. W przypadku poważniejszych obrażeń można było wziąć zmiennika spośród osób przechodzących ulicą. Co zapobiegliwsze drużyny zatrzymywały potencjalnych zmienników zawczasu a wygrała ta, która na początku zadzwoniła po znajomego rugbistę i poprosiła go żeby przeszedł się w odpowiednim momencie ulicą.

Kiedy po sezonie organizowano ligę na nowy rok Zielony zaproponował, że z przyjemnością zorganizuje kolejne trzy turnieje. Na zastrzeżenie że to nie jest do końca liga Szóstek Piłkarskich stwierdził, że jesteśmy grupą ramoli, nie rozumiejących ducha sportu, przyjaźni i koleżeństwa, o sporcie nie mówiąc.

I wtedy się zaczęło. Na przypomnienia, że jednak chodzi o piłkę nożną powtarzały się uwagi, że to co robi Zielony to jest prawdziwy sport, rozgorzała dyskusja.

Zielony powtarzał, że gdyby ewolucja postępowała tak szybko jak rozwój naszej ligi, ciągle jeszcze byśmy byli amebami i kompletnie nie rozumiemy ducha rozwoju futbolu. Zwycięzcy czterech, spośród trzech organizowanych przez Zielonego turniejów powtarzali, że to bardzo fajna zabawa a jeśli komuś się nie podoba to może się nie bawić i że przecież chodzi o to żeby się bawić a nie o jakieś głupie zasady.

Kolega Dyrektor, który powtarzał, że przecież nie chodzi o to żeby Zielony nic nie robił, tylko żeby w ramach ligi piłkarskiej robił turnieje piłkarskie a nie podchody został okrzyknięty głównym mącicielem. Generalnie jeśli ktoś stwierdzał że zasady są od tego żeby ich przestrzegać słyszał: Zamknij się, nie rozumiesz ducha nowoczesności. I poszło.

Bandana powiedział wy synkowie nie wiecie co może prawdziwy mężczyzna, i jak można się poszarpać to wam przeszkadza. Zresztą jak się komuś nie podoba może nie przychodzić, ja tam zawsze chętnie się poszarpię. A Zielony wtórował, pewnie, bo do mnie to sami ciekawi ludzie przychodzą na turnieje a nie tylko te durne skórokopy.

Tylko jakoś nie potrafił zauważyć, że jak zdecydował organizować turniej w ramach ligi Szóstek Piłkarskich to jednak powinna być piłka nożna.

 

Jak wchodzę gdzieś, gdzie ludzie porozumiewają się poprzez stepowanie i popierdywanie to nie mówię, że to jest głupie, że to bez sensu. Akceptuję sytuację, podskakuję i popierduję i morda w kubeł. A jeśli uważam, że to bez sensu nie wchodzę w takie sytuacje.

Zasady są od tego żeby ich przestrzegać, jeśli ich nie akceptuję to słabo. Tego uczę w ramach zajęć dzieciaki. Oni to są w stanie zrozumieć. Szkoda, że z tego się wyrasta.

19:36, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 listopada 2013
WPIS EMOCJONALNY

We wpisie znajdują się słowa powszechnie uznawane za wulgarne o czym informuję aby osoby o większej wrażliwości pominęły go dla własnego dobra.

 

Dawno niczego tu nie pisałem, ale w związku z tym, że zacząłem sie trochę ruszać i ktoś zaproponował mi żebym wypierdalał z forum PMnO, zdecydowałem się coś tu napisać.

W pierwszej chwili miałem wrażenie, że chodzi raczej o merytorykę, ale tupiąc skromny, sobotni trening dotarło do mnie że nie w merytoryce rzecz się ma.

Jak mawia Mój Wielki Mistrz Duchowy każdy chuj ma swój strój. Kiedy dokładałem imprezę do klasyfikacji Pucharu, nie miałem wątpliwości, że to ja mam dostosować się do wymogów, a nie wymogi do moich pomysłów. Takie to może ciut faszystowskie, ale mam przekonanie, że wchodząc w jakieś miejsce mam się dostosować do panujących tam zasad. Albo nie wchodzę. Pchanie się gdzieś i robienie na siłę swojego uważam za absurd, egoizm, objawy głębokiego pępkowizmu.

Rzecz cała dotyczy Jaszczurów. Malo jako organizator zachowywał się wobec mnie zdecydowanie bardziej niż w porządku. Na imprezę nie dojechałem ze względu na sprawy rodzinne i technicznej strony oceniać nie będę. Chciałbym przyjrzeć się innemu zjawisku – jak organizator traktuje kogoś, kto zgłasza zastrzeżenie do imprezy (podobnie było w relacji Jacek Wieszaczewski – Wigor). Coś mu się nie podoba, Hiu nie podobała się pewna dowolność interpretacji jakichś szczegółów, Jackowi fakt, że długość trasy była nieregulaminowa. No i co? No i organizator zamiast zastanawiać się jak zmienić to na lepsze zajmuje się deprecjonowaniem uczestników (ze wsparciem innych uczestników zresztą). Jak ktoś nie zrozumiał, albo nie potrafił zobaczyć w metrowym kamieniu skały, to znaczy że jest głupi. To ja mam rację, to ja wiem jak to powinno być.

Jestem przekonany, że wejście w trop Jaszczurowy, to dla PMnO ślepa uliczka. Jestem przekonany że kierunek, najbardziej rozwojowy to „konwaliowa ścieżka” – trasy trudne nawigacyjnie i takie w których zabawa polega na znajdowaniu punktów na podstawie mapy, a nie rozwiązywaniu szarad i zastanawianiu się o który grób chodzi (abstrahując od sensu rozgrywania zawodów na cmentarzu). Orientacja polega na pokonywaniu przestrzeni, odnajdywaniu drogi z pomocą mapy. Dobra trasa, to taka na której praktycznie nie da się korzystać z dróg i punkty znajdują się na czytelnych elementach. Jest tyle świetnych imprez trudnych nawigacyjnie – jest Skorpion, DyMnO, Nawigator, Izerska Wyrypa.

Pierwszy raz uczestniczyłem w InO we wrześniu 1980 roku. Żeby wygrać trzeba było wiedzieć gdzie znajdują się pamiątki po Mieczysławie Orłowiczu. Sam nie wiem czy to bardziej przypomina mi Jaszczury, czy wspomnienie z jednego z rajdów na orientację, na którym uczestnicy na podstawie opisu wyznaczali położenie PK. W opisie były przelatujące samoloty, lampiony spadające z nich z uwzględnieniem prędkości wiatru, jakieś wybuchy i dywersanci biegnący z nimi w określonym kierunku. Kolejne zespoły brały opis. Mapę i siadały do kreślenia. Po półtorej godzinie pierwszy wyruszył do lasu, w jego skład wchodził profesor fizyki. Zabawne, ciekawe, tylko czy to ciągle jest orientacja i dla jak wielu osób to może być interesujące.

Jaszczury to fajne imprezy, a Malo to ciekawy, pełny entuzjazmu człowiek. Tyle, że jeśli Puchar ma się rozgrywać na Jaszczurze, to ja chyba wysiadam, jest to impreza z elementami orientacji a nie na orientację, bo jeśli potwierdzam punkt na złej tamie, to jest to stowarzysz, ale jeśli źle szacuję jej wysokość to mam punkty karne za źle wykonane zadanie specjalne, a to zupełnie inna sprawa.



12:40, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 sierpnia 2013
SUKCESY CZ II

Udało mi się odzyskać trzy koszulki i spodnie, które zawinęła mi Stara. Jedną wprost z grzbietu.

18:31, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »
wtorek, 06 sierpnia 2013
SUKCES

Odniosłem wreszcie znaczący sukces.

To się i tym sukcesem pochwalę.

Udało mi się odwrócić bukłak z camelbaga (no nie wiem, może lepiej napisać - z takiego śmiesznego plecaczka z bukłakiem) na lewą stronę.

O tym czemu okazało się to konieczne raczej nie napiszę.

19:18, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12