RSS
piątek, 09 września 2016
PRZYPADKIEM

Mam dwa urocze wspomnienia związane z bieganiem, takie przełomy w jego, jakości. Mam wrażenie, że mój start w Orientiadzie może okazać się kolejnym.

Przez lata miałem kłopoty z szybkim bieganiem w czasie zawodów na orientację. Jakoś tak wychodziło, że mapa mi w tym przeszkadzała. Aż do pierwszego roku biegania w M 19 (aktualnie M20) i imprezy o gruchę. Panowie Zielczyński i Mossakowski zorganizowali dokładną replikę zawodów sprzed lat. Impreza nazywała się Atomkowe zawody na orientację (pewny nie jestem, piszę z pamięci a wspominam rok 1985). Streszczając była to dokładna kopia zawodów z 1975 roku. Takie same były trasy, punkty kontrolne to były płachty na tasiemkach a punkty potwierdzało się pieczątkami. Ale nie to jest tu istotne.

Na pierwszy punkt nieźle się zakręciłem i dogonił mnie rywal, który startował po mnie bodaj cztery minuty. I nie był to nikt z czołówki. I w tym momencie uznałem, że dość, pocisnąłem ile fabryka dała i tak doleciałem do mety. I przekonałem się, że po pierwsze jestem w stanie fizycznie a po drugie nadążam z nawigacją. I tak zaczęło się moje szybsze w lesie bieganie.

Na przełomie wieków miałem kilkuletnią przerwę w bieganiu, po której zacząłem biegać, ale tempo nie było takie, jakiego bym sobie życzył. Choć teraz to bym chętnie pobiegała tak „wolno” jak wtedy. Miesiącami dreptałem, truchtałem szurałem. Aż do dnia, kiedy na początku treningu, tak pod koniec drugiego kilometra potknąłem się. I żeby nie rypnąć ryjem o glebę odruchowo przyspieszyłem. I tak już sobie biegłem praktycznie do końca. Przypadkiem okazało się, że mam swoisty hamulec, ale jest on w głowie. I od tego pamiętnego dnia powoli sobie przyspieszałem.

W ostatnią sobotę pojechałem na Orientriadę. Zgłosiłem się na trasę TP 25 czy piesza o dystansie około 25 km. Taki dystans byłem przekonany, że przelecę i na lekko. Przyjechałem poleciałem. Później dorzucę kilka zdań o imprezie, ale najpierw dojdźmy do końca. Kiedy zegarek pokazał mi 24 km a na oko do mety było jeszcze ponad 10 przeszedłem w marsz. Na mecie wyszło mi 42 km, dodam – spokojnie dorzuciłem sobie trójkę. Ale jedna rzecz okazała się dla mnie jasna. Regulaminowo trasa TP 50 powinna mierzyć między 45 a 55 kilometrów. Czyli gdzieś tam na granicy moich aktualnych (mizernych) możliwości.

A sama Orientiada sprawiła, że poczułem zew drogi. Nansen pisał „To wielka rzecz - być znowu w drodze”. Spacer po mieści, niby łatwy, ale i tak się na początku zakręciłem. Kilkanaście punktów w lesie i na łąkach. Super, coś, czego z niczym nie da się porównać. Drzewa, ptaki, łąki, autochton, który poratował mnie wodą. Coś, czego nie da się powiedzieć. Podejrzewam, że dla wielu osób coś kompletnie nieatrakcyjnego. To nie są te zapierające dech w piersiach perspektywy z połonin czy Kasprowego. Tu wszystko jest kameralne, intymne, ale i intensywne.

Nie pamiętam, kto napisał tekst o BnO „Intymność i intensywność w przyrodzie”. W przypadku pięćdziesiątek intensywność jest mniejsza niż w klasycznym BnO. Tu wszystko dzieje się wolniej. Powoli przewija się droga a ja mam ochotę wrzeszczeć „ile można”. Ale w domu już spokojnie przewijają się obrazy. Ukwieconego nieużytku, bukowego lasu, piaszczystej drogi wijącej się na granicy lasu.

Klimat też zupełnie inny niż na zwyczajnych biegach. Ten idzie, tamten biegnie, po biegu usłyszałem od jednego z rywali „martwiłem się o Ciebie”. Zapaleńcy, jak ci, którzy organizowali Orientiadę poświęcając czas i pewnie pieniądze żeby zrobić coś dla innych. Nie ma takiej, napinki i nie jest to tak komercyjne. To inny świat. I wrócę i na Orientiadę, bo to dobra (choć długa) impreza i może polecę gdzieś na innych, które też lubię.



15:36, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 maja 2016
KLAMKA ZAPADŁA

No dobrze, wyszło mi teraz, że zamiast zwyczajnie biegać, mogę też zrobić coś sensownego dla innych. Innymi słowy pozazdrościłem swojej córce tego, co zrobiła rok temu przy okazji Pierwszej Komunii. Poza wszystkim będę miał w ten sposób większą motywację do treningu. No i do zrzucania brzucha.

Zapraszam do czytania o moich kolejnych porażkach na treningach, do banku (i ty możesz wesprzeć walkę z rakiem).

I dziękuję pewnej wyjątkowej kobiecie, która zasugerowała to rozwiązanie.



12:09, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 kwietnia 2016
JAK ZMARTWYCHWSTANIE

Ile razy można? Ile razy można przebiec maraton, Półmaraton. Ile razy można wiązać się z nową osobą, ile razy można zmartwychwstawać? Najprawdopodobniej tyle, ile razy, ile otarłem się, tak fizycznie, o śmierć. Choć słyszałem, że każde przebudzenie jest jak zmartwychwstanie.

Jesienią uświadomiłem sobie jak daleko jestem od czasów końca ubiegłego już wieku. W niedzielę, kończąc bez napinki połówkę w Warszawie, znowu czułem się jak bym zmartwychwstał.

Kiedy w 2009 napisałem na stronę Bieganie.pl tekst Pobiegnę w Warszawie, usłyszałem o sobie „ekshibicjonista, ale tekst fajny”. Trudno mi pisać o tym, co przeżywałem w niedzielę, bo było to, mam nadzieję zamknięcie pewnego trudnego, bodaj najczarniejszego czasu w moim życiu.

Przez lata żyłem w przekonaniu, że mi się nie należy, nie zasługuję. Nie zasługuję na dobrą kawę, herbatę, rodzinę, w której żyję, znajomych czy pójście na koncert. Nie zasługuję na to, żeby iść do dentysty i leczyć zęby. Po co zresztą, jeśli nie zasługuję na dłuższe życie i raczej szybciej niż później umrę. To było takie brnięcie w coraz ciemniejszą ciemność.

To było takie uciekanie przed sobą, przed obrazem siebie, jako kogoś nic nie wartego, wybrakowanego, nijakiego. Brnięcie w samotność. Z tych najbardziej bolesnych, bo z fizyczną obecnością pozornie bliskich a bez głębszego z nimi kontaktu. Za to z głębokim obwinianiem się za to, co im robię. Także za to, co robię sobie.

Niedziela w Warszawie była jak symboliczne zamknięcie drzwi. Za którymi jest najgłębsza autodestrukcja. Aż do myśli i prób samobójczych. Czas cierpienia i przekonania, że nie zasługuję. Teraz po latach wybaczyłem sobie tamto emocjonalne okaleczanie siebie przed laty. Biegnąc czułem się szczęśliwy aż do łez. I otwarty na wszystko, co jest przede mną.

 

 



14:26, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 kwietnia 2016
PÓŁMARATON FANTASTYCZNY

Było pięknie, świeciło słońce, trasa na piątkę, dla zwykłych ludzi i dla mnie, bo po miejscach, które są dla mnie osobiście ważne. A że brak mi teraz zdrowia to zupełnie inna sprawa. Zobaczyłem wyraźnie jak przez lata, nawet nie te, od 1980, kiedy przebiegłem pierwszy maraton, ale nawet, od 2004, kiedy zacząłem widzieć świat trzeźwym okiem, zmieniło się bieganie.

Do miasteczka maratońskiego docieram od tyłu unikając tłumu ludzi. To, co zwróciło moją uwagę to barwność strojów. Jakoś inaczej wyglądało to te dziesięć lat temu. No i ludzi jakieś (około) dziesięć razy więcej. Bez kolejki oddaję depozyt, odstaję chwilę przy tojtojce i lżejszy na duchu i nie tylko idę na start. Tu drobna wtopa – ciasno, jeszcze dodatkowo dostawione tojtojki sprawiają, że drepcemy a nie idziemy. Nie wiem, może innym to nie przeszkadzało, mnie trochę tak.

Start, mam dziesięć minut, spotykam trochę znajomych, ale w związku z tym, że jestem na biegach rzadkim gościem niewielu. Słyszę kolejne osoby mówiące kilka zdań i Marka, Troninę, który biegnie tym razem. Pamiętam czasy, kiedy było to nie do pomyślenia, teraz maszyna działa sprawnie. Choć jak znam życie trochę będzie myślał o tym, co dzieje się na imprezie.

A dalej jest jak zwykle – Sen o Warszawie, ja reaguję jak zawsze (kto wie, to wie, a jak nie to trudno, ciut to dla mnie zbyt osobiste). Ruszamy, już po niespełna pięciu minutach mijam linię startu, pierwszy kilometr wolno, bo i ciasno i zdrowia brak. Dalej już luźniej, więc wolno tylko z jednego powodu. Biegnę równo w okolicach pięciu na kilometr. Na Belwederskiej i na szóstym kilometrze wolniej (na szóstym zaliczam kolejną tojtojkę).

Co wkurza to ludzie, którzy ustawili się w szybszych strefach i teraz biegnąc parami czy trójkami utrudniają bieg. Ale mam wrażenie, że trudno by to było wytłumaczyć. Kiedy numery wyraźnie różniły się kolorami, ktoś z innej strefy była jak papuga wśród srok i bywało, że został pogoniony przez innych zawodników. Teraz raczej nie, ale to kwestia sumienia, szacunku dla innych. A to u nas często artykuł deficytowy.

Trasa bajka. Nowy Świat, Krakowskie, pl. Teatralny, Starówka, szkoda, że nie przez jej serce. Na Moście Gdańskim wiatr, dalej wiatr w plecy. Praga, jak to Praga, przebiegamy przez pl. Hallera, kiedy był jeszcze placem Leńskiego podobno tam właśnie poczęli mnie rodzice. Odrapane budynki na starej Pradze pokazują jak wielkie są różnice w poziomie życia w Warszawie i w Polsce. Później już Stadion Narodowy, Most Świętokrzyski i centrum miasta. Kawałek przez Łazienki, nawrót, Warszawska Masakra ulicą Belwederską i już widać metę. Mam nawet siłę na finisz, to w moim przypadku rzadkość. Najczęściej zaczynam za szybko i na końcu podpieram się nosem.

Generalnie nie lubię imprez, na których biega się w tłoku. Ale dla Maratonu i Półmaratonu Warszawskiego jestem w stanie zmusić się do konkretnego treningu. Jak lecisz połówkę na 1.25 jest raczej luźno. Da się zrobić. Inna sprawa, że gdyby były kategorie wagowe miałbym szanse w kategorii BMI 27 lub więcej. A jeśli noga, jak mawiają wyczynowcy, nie będzie podawać pobiegnę w tłumie.

Cieszę się, że zdecydowałem się pobiec. Miałem sporo wątpliwości. Cieszę się, że dotarłem do mety. Nie było to tak oczywiste. Kilka razy na trasie poryczałem się ze wzruszenia. Warto było polecieć choćby dla tych kilku chwil.

Za dwa tygodnie dycha w Milanówku. Jeśli ktoś chce pobiec na imprezie z duszą, z sercem w fajnym miejscu zapraszam.

A poza tym do zobaczenia we wrześniu i za rok.

 



20:27, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 marca 2016
WIOSENNA NUTA

Wczoraj, kiedy biegałem po głowie cały czas tłukła mi się Nuta z Ponidzia. Później przypomniałem sobie jak latami uczyłem się przeganiać wszelką muzykę, wszelkie myśli w czasie treningu. W orientacji, takiej typowo sportowej bardzo ważne jest oczyszczenie głowy z wszystkich niezwiązanych z biegiem myśli. To, że coś tłucze się po głowie jest zawsze przyczyną porażki.

Teraz biegając sporo myślę, ale także, czego nauczyłem się w orientacji widzę to, co obok mnie. Jakoś nie wyobrażam sobie biegania na bieżni mechanicznej, czy słuchania w czasie biegu motywującej muzyki. Szkoda tego, co obok mnie. Świat jest piękny a kiedy biegnę widzę to pełniej. Wczoraj pod koniec do biegu dopingował mnie skowronek.



09:29, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 marca 2016
TEORIA WZGLĘDNOŚCI

Kilka lat temu na pytanie - po co właściwie biegniesz Półmaraton Warszawski, odpowiedziałem - bo wreszcie chcę pobiec coś szybkiego.

Teraz na podobne pytanie odpowiem - bo chcę pobiec coś długiego. Jak to wszystko się zmienia.

Trudno jest wrócić do regularnego biegania, szybkiego i intensywnego, bo ciągle mam wrażenie, że takie treningi biegałem mając dwanaście lat. TYle, że nie jest to żadna sztuka zrobić coś, co jest łatwe.

Wpis o długości przeciętnego treningu. Mam nadzieję, że wszystko będzie mi się wydłużać i nabierać treści.

19:21, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 lutego 2016
WARUNKI GRANICZNE

Chętnie pojadę na RDS, choćby dlatego, że robi go Sam Pan Kierownik. Jest kilka "ale"

Jaki jest sens jechania na imprezę, na której przy superdobrych wiatrach dotoczę się do mety? I co w związku z tym w kontekście najbliższych trzech tygodni?

Pojadę do Nowej Sarzyny jeżeli:

- Na wadze pojawi mi się siódemka z przodu.

- W tygodniu kończącym się 13 marca przebiegnę minimum 100 km.

I to chyba na tyle.

08:14, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 listopada 2015
POWOLI

Powoli, powoli wszystko zaczyna się porządkować. Przynajmniej w kwestii biegania. Za koleją, kolejny tydzień przebiegłem ciut ponad pięćdziesiąt kilometrów. Powiedzmy szczerze, przez pierwsze pięć dni wszystkiego 24. W czwartek i piątek nie wyczołgałem się na trening. Wykańczają mnie dojazdy, mam nadzieję, że najbliższy, to będzie już ostatni taki tydzień.

Z plusów dzisiaj przetupałem siedemnastkę po wydmach. Pogoda do bieganie wymarzona. Artur Lydiard twierdził, że prawdziwy trening można zacząć, kiedy zawodnik spokojnie wytrzymuje dwie godziny treningu i jest w stanie pokonać 200 m w czasie 30 s. Na to drugie raczej już nie liczę, ale dwie godziny to kwestia trzech tygodni i przeprowadzki.

Nauczyłem się cieszyć takim postępem, powracającą regularnością, dokładanymi kolejnymi minutami treningu. Nie jest to jedynie pozorny postęp.

Moje nowe miejsce do mieszkania będzie trochę gorsze do biegania i liczę, że dzięki temu nabiję więcej kilometrów, wiem, że to pozornie nielogiczne, ale tak jest.

Boję się nagłego spadku wagi, pogodziłem się z myślą, że stracę kilogramy po jakimś czasie, kiedy już złapię trochę siły.

No i nabrałem chęci do pisania, jeszcze nie aż tak, żeby wrócić do odłożonej książki, ale, znowu, to kwestia tygodni i będzie dobrze.



15:12, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 listopada 2015
COMING OUT

Czyli odsłaniam karty.

W tym tygodniu przebiegłem 56 km. Wiem, żenada, ale to i tak dwa razy więcej niż w poprzednim i powoli zaczynam łapać regularność.

A teraz obwieszczone wszem i wobec odsłanianie kart. W nadchodzącym sezonie wystartuję w następujących imprezach

Bieg Wedla (planowany czas 40 minut)

Półmaraton Warszawski (1.30)

Bieg STO-nogi (40)

Maraton Warszawski (3.10)

Jak coś się jeszcze trafi to może polecę.

Ale przede wszystkim będzie to rok pięćdziesiątek. Czyli minimum 8-9 startów, z priorytetem Mistrzostwa Polski, ale także Skorpion, RDS, ZaDyMnO (jeśli będzie), Nawigator, Mazurskie Tropy i mam nadzieję, że jakaś fajna impreza będzie 4 czerwca. Co tam jeszcze zobaczymy.

I tak na bieżąco

Cortazar pisał o takich chwilach, że są poza czasem. Mnie się to przytrafiło dzisiaj około południa. Biegałem w deszczu, lubię takie bieganie, choćby, dlatego, że spotykam wtedy mniej ludzi z luzem puszczonymi psami. Ale takie bieganie sprawia, że dookoła mnie robi się cicho.

Słyszałem krople deszczu spadające na liście i czasem w oddali dźwięki świata ludzi. Czułem, że sam jestem poza tym światem, że jestem przez ten krótki czas zupełnie osobnym bytem, między kroplami, liśćmi, oddechem i ciszą.

Byłem we wspomnieniach. Fizycznie i myślami wracałem do miejsc, w których byłem lata temu, uświadamiałem sobie jak dawno temu wydarzały się ważne dla mnie rzeczy. Fizycznie to jakby się biegło, jak bym nie wkładał w bieg wysiłku. Przewijałem wstęgę ścieżek i wspomnień. Obrazy, dźwięki zapachy, rzeczywiste i odległe w czasie przenikały się.

A później wróciłem do tu i teraz, tak w pełni tu i teraz i poczułem, że będzie mi z niektórymi rzeczami ciężko, ale jestem szczęśliwy.



15:49, wojtek_wanat
Link Komentarze (2) »
czwartek, 16 lipca 2015
Dziury

Dziurawe straszliwie to moje pisanie. Dziurawe okropnie to moje bieganie. Co tu skutkiem, co przyczyną? A może przyczyną jest coś jeszcze?

Dobrze tak sobie ponarzekać, od razu mi lepiej. Może dobrze nie biegać, to i mam na co narzekać.



14:58, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13