RSS
czwartek, 21 marca 2013
Trzy litery

Trzeci raz pojechałem na RDS. To impreza na której bez względu na formę lubię sobie przegrać. Co ciekawe – kiedy przez cały rok byłem w czołówce na RDSie byłem piąty, kiedy rok później z trudem łapałem się w dziesiątki byłem tu czwarty. A więc bez względu na formę jestem na Dolnym Sanie skazany na porażki. Ale przyjeżdżać tu będę.

No więc jedziemy. Decyzja zapada w piątek około 19. Janek w zasadzie dojechał, droga jest możliwa do przebycia, dzieci chrychają, ale taki już ich dzisiejszy urok. Decyzja podjęta – jedziemy do Gorzyc. Co prawda od Skorpiona mało co biegałem, ale jakoś tak poleciałem cztery kilo w dół, to w jakiś sposób poprawia moją sytuację ale poza wszystkim trzeba biegać. Biegowo kiepsko a RDS to impreza raczej biegowa niż nawigacyjna, więc raczej nie widzę większych szans na większy sukces. Lubię RDS, przede wszystkim dlatego, że lubię Huberta.

W Gorzycach jesteśmy przed północą, lokujemy się w kącie w zestawie dziecięco – rodzinnym. W sumie jest tu szóstka robactwa w tym rówieśnica Wisi – Maja. Najmłodsze raczkuje, jest łóżeczko dla niego i sporo zabawek. Jemy, robale padają trochę gadamy – jest sporo osób które kojarzymy, jest sporo tematów.

Klimat imprez w tym rodzaju bardzo mi odpowiada – kameralnie, bez napinki, spokojnie – co idą tamci biegną w sumie nie ma różnicy. Chwila z Ulą, kilka zdań z Bartkiem i Jankiem, wieczór jest za krótki.

Ranek jak to ranek – szybkie wcinanie, pakowanie kalorii, uzupełniam płyny, tankuję do bukłaka wrzucam batonika szukam tego i owego. Wrzucam stoperanek (do gardła) po drugiej wizycie w toalecie okazuje się, że wszyscy gdzieś pobiegli jakieś dziesięć minut temu. Powoli ruszamy.

Po prawie godzinie tupania szosą skręcamy w mniejsza drogę, jest śnieg, nie ma ciężarówek, pierwszy punkt (15) łapiemy chwilę po Janku Gracjaszu i chwilę przed Jankiem Lenczowskim, tyle że ten drugi złapał już 16. Teraz do mostu, przez San i dreptanie po wale. Ale najpierw przez śniegi w krzaczorach. Wał był na mapie na tyle blady, że nie zwróciliśmy na niego uwagi. Znajdujemy słup dalej po wale na następny punkt i tak dalej i tak dalej.

Po drodze jest sporo czasu na rozwiązywanie problemów małżeńskich, dyskusje, szukanie kompromisów, planowanie przyszłości.

Na trasie jest pięknie – śnieg, pod śniegiem błoto, trochę zasp. Jakieś stawy. Z trzynastki przy rowie lecimy na osiemnastkę, trafiamy w ciemno, pozostaje nam jeszcze szesnastka. Ciągniemy nogi za sobą, drepczemy po szosach wleczemy się przez śnieg znajdujemy szesnastkę, przebijamy się do bazy.

Na trasie jesteśmy ponad osiem godzin, dzieci żyją, bawią się. Zgodnie z oczekiwaniami jest już Janek i Sebastian Reczek, który wygrał pięćdziesiątkę. Nie ma Bartka, w bazie jest za to sporo obaw o niego.

Przegraliśmy tym razem niecałe półtorej godziny. Kilka chwil po nas wpada Bartek – zamieszał się na osiemnastce.

Szorujemy się jemy ciepłe żarciuszko, zbieramy się. Szkoda że jutro nie mamy całkiem wolnego dnia, trzeba wracać.

Dlaczego lubię RDS? Bo ma klimat, bo jest w nim wiele serca i tego czegoś, co jest ważniejsze niż tak zwany profesjonalizm. Trasy były w jakieś mierze po asfalcie (nie lubię tego) nawigacja była umiarkowanie trudna (nie lubię tego). Ale tak czy inaczej za rok postaram się być znowu nad Dolnym Sanem. Bo to impreza która ma w sobie to coś.

I jeszcze dwa słowa na temat Pana Kierownika. Można wrzucić do gara kurczaka, wołowinę, włoszczyznę i rosół wyjdzie bez smaku. Przyprawić trzeba. I taką przyprawą na RDSie jest Pan Kierownik. Bez bazy, map, tras posiłku nie byłoby imprezy, ale bez Hiu wszystko to byłoby bez smaku.

A poza wszystkim to zacznę biegać.

Od jutra.



09:14, wojtek_wanat
Link Komentarze (1) »
niedziela, 21 października 2012
DRAMAT BIEGACZA

Czasem, kiedy cisnę trening sytuacja staje się bez mała dramatyczna. Najczęściej myślę wtedy ze współczuciem o kolegach – biegaczach zmuszonych przez los do biegania w mieście. Jasne jest zima i wtedy sytuacja nieco się komplikuje. Ale jeśli zapanować nad przygotowaniami sytuacja jest prosta. Teraz zwyczajnie zapominam, nie myślę o ważnych akcesoriach i jest dramat.

Jak wygląda codzienna codzienność mojego biegania? Ubieram się, wychodzę na łąki i jesteśmy tylko my dwoje – moja bieganie i ja. Ostatnio troje – moja kudłata gadzina się rozbiegała. Jest więc także nadzieja dla żony. Ta moja samotność, oddzielenie od cywilizacji jest niewątpliwie atrakcją. Słuchanie śpiewu ptaków, szczekania psów, ryku krów a latem bzyczenia gzów, widok mgieł snujących się po łąkach, błysk zająca uniesionego w skoku, błyski białych sarnich tyłków. Są jednak także inne, bardziej przyziemne korzyści.

Co może biegacz w mieście kiedy go przydusi pęcherz? Ja z wyższością zwalniam, patrzę w lewo, później w prawo i leję w krzaki. W mieście i krzaków mniej i zawsze jest szansa że ktoś w nich jest. Mniejsza, jeśli rzecz dotyczy pijanych żulków, ale jeśli trafi się na romantyczną parę przeżywającą miłosne uniesienia. Ostatnio o mały włos nie olałem SOKistów czających się w krzakach na ludzi przechodzących nielegalnie przez tory.

Dziś jednak spotkał mnie dramat. W iglastym lesie sparło mnie dramatycznie. W zimie mam ze sobą papier, teraz nie biorę bo i tak się rozmoczy. Z trudem doniosłem do rzadkich i słabo już uliścionych krzaczków. Później było szybkie ogarnianie się, bo zorientowałem się że za plecami mam chałupę.

W domu ze spodni wysypało mi się jeszcze trochę liści. Zima idzie, trzeba będzie pamiętać o papierze, ograniczać w tych kwestiach, bo w tyłek zimno. Bieganie to niebezpieczny, pełny dramatów sport.



10:04, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 października 2012
Echh

Czas zajrzeć tu, coś dorzucić, podzielić się tym co tam słychać.

Jak zauważył Janek w zeszłym roku miałem lekkie wahania nastroju. W tym zresztą także, ale co może dziwne w zeszłym byłem z zdecydowanie obniżonym nastroju, w tym jakoś mi lepiej i trudno mi to pogodzić z bieganiem. To znaczy generalnie ciągle mi się ciągle spieszyło. Co chwilkę pobiegałem to już leciałem sobie gdzieś wystartować. W zasadzie na Trudach fizycznie byłem w relatywnie dobrej formie, ale głowa była w kiepskim stanie. Teraz jakoś tak się uspokoiłem. Nigdzie mi się nie spieszy.

Na Trudach (poza kilkoma kiepskimi pomysłami, jak choćby punkt na pomoście) impreza z fajnym klimatem i trudno się do czegoś doczepić. Ładny i ciekawy teren, sympatyczni ludzie, czego więcej chcieć.

Tydzień później Maraton Warszawski. Dla mnie to zawsze jest Festival. Bieganie w Warszawce to coś super. Było kilka rzeczy, które we mnie pozostały – szpalery ludzi w kilku miejscach na trasie, klimat w tłumie biegaczy, stary znajomy – Jacek, który kilka kilometrów eskortował mnie na rowerze i zabawiał rozmową, wbiegnięcie na Narodowy, jakoś tam przypominające pierwszy maraton. A później tydzień bezruchu.

I znowu biegam, spokojnie tupię sobie, dzień w dzień, po te głupie kilkanaście kilometrów, mam nadzieję że już na dobre wróciłem do biegania, że do końca roku, będę powiększał kilometraż, a później przekształcę to na szybsze bieganie.

To bieganie mnie znowu cieszy. Nie szarpię się żeby coś wybiegać, cieszę się każdym przebiegniętym kilometrem, każdy mój mięsień się cieszy i głowa. Nawet kiedy wychodząc powtarzam – nie lubię, nie chce mi się, nie mam siły ani ochoty. Później wraca siła i ochota i radość. Może nie aż taka że chce mi się krzyczeć, może to nie jest lepsze niż seks. Ale seks to ja mam taki, że dwie godziny takiej przyjemności przypłaciłbym trwałym upośledzeniem i zaburzeniami afektywnymi. A nieraz biegam ponad dwie godziny.



10:41, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 września 2012
Tribond

Tribond to gra logiczna polegająca na zgadywanie słowa, określenia związanego z trzema podanymi wcześniej określeniami.

Proponuję taką zgadywankę na dziś:

pora roku

pajączek

Milanówek

odpowiedź

11:38, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 września 2012
Sen o Warszawie

Wiele się w tej kwestii nie zmieniło. Tyle że start jest na Moście Poniatowskiego a meta, jak w 1980 roku na stadionie. Tyle że na innym stadionie.

Sen o Warszawie na starcie a później w miasto!

18:41, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 września 2012
SIĘ LECZYMY

W ostatniej chwili powstrzymałem się przed pielęgnowaniem w sobie głęboko zakorzenionej narkomanii. Jak nic powinienem polecieć do kościoła postawić na tę intencję świeczkę, ale akurat do kościoła to mi jakoś tak nie po drodze.

Przez dwa pierwsze tygodnie przebiegłem tak około dwustu kilometrów. Powolutku, z nogi na nogę, bez pośpiechu, tak żeby w moich znakomitych komórkach powstawało jak najwięcej mitochondriów. Już dziś czuje jak mi powolutku powstają.

Pierwszy pomysł był taki że zacznę sobie zwiększać objętość, że pocisnę trochę króciutkich przebieżek, generalnie, że od razu zacznę taki pełnowartościowy trening. I pewnie wszedłbym w ten kanał gdyby nie to, że przy okazji dłubania przy mojej koleżance kurzajce zrobiłem sobie dziurę w nodze i we wtorek musiałem odpuścić bieganie, no i zacząłem myśleć. Jak tak sobie myślałem tom wymyśliłem – że nie ma co od razu na głęboką wodę, że te głupie 100 – 120 km w tygodniu to akurat, organizm mi się przyzwyczai do regularnego wysiłku i mogę zacząć coś podkręcać. Na ten czas odpuszczam Mordownika. Szkoda mi bo raz, że lubię Janka, dwa to zawsze góry i może być fajnie, no i konkurencja przednia się zjawia. Jak się uda to może polecę w Trudach a dwa tygodnie później robię imprezę w Milanówku (to znaczy start i meta są w Milanówku, trasa to raczej leśno – łąkowa), później mam szkołę a tydzień później lecę w Harpaganie, ale małym, bo mamy fajną koleżankę w Słupsku.

A tak poza tym wczoraj pobiłem rekord w czasie wychodzenia na trening – od przebrania się do wyjścia upłynęło pięć godzin, to się nazywa motywacja. Ale jak już potoczyłem się potoczyście to było nawet fajnie.

A narkomania to polega na tym, że wszystko chce się mieć teraz, już, natychmiast i nijak nie ma się ochoty na czekanie. I szuka się drogi na skróty.



10:55, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
ZACZĘŁO SIĘ

Zaczęło się, teraz ruszyłem z przygotowaniami pod nowy sezon. Może nawet dzienniczek treningowy zacznę prowadzić. Jasne, wystartuję tu i tam, ale raczej bez zaciętej walki o sukces, tak żeby poczuć jeszcze raz to dziwne coś. Ale też bez przekonania o pewnej porażce, jak na Nawigatorze i Izerskiej Wyrypie.

Czemu poległem? Przyczyn jest kilka. Okoliczny chłop puszczał luzem watahę psów i to mnie zniechęcało do treningów. Na Polanie Rusałek nie ma już rusałek i straciłem motywację żeby tam często biegać. Albo Stara darła się na mnie żebym już nie latał tam gdzie są te panny co to się opalają topless (czyli na Polanę Rusałek). Wybudowali niedaleko autostradę. Nie wybudowali niedaleko obwodnicy. Zmienił się burmistrz w Brwinowie. Nie zmienił się burmistrz w Grodzisku. Padał deszcz. Świeciło słońce. Wiał wiatr. Czasem była taka flauta, że nie dało się oddychać. Pies wył. Dzieci płakały. Żona krzyczała.

Generalnie nie miałem warunków.

No i rywale nie chcieli położyć się i poczekać aż przebiegnę i jeszcze ze dwie godziny. Tak żebym miał jakieś szanse. To było niesportowe.

Poza tym ile można biegać z trzech miesięcy treningu pod koniec 2010 roku. Teraz zaczynam budować bazę – pocisnę sporo objętości, na sucho, bez interwałów, siły, szybkości. Się porozciągam, zadbam o kręgosłup, skończę studia, napiszę doktorat (ale najpierw magisterkę) może jeszcze jakąś książkę sobie machnę.

I ani słowa o depresji. Bo życie jest piękne.



22:32, wojtek_wanat
Link Komentarze (3) »
niedziela, 26 sierpnia 2012
wtorek, 12 czerwca 2012
Kiszka Ziemniaczana

Od kilkunastu minut siedzę sam w poczekalni białostockiego dworca. Kasie wzięły dzieciaki i poszły oglądać jakieś lokomotywy. Ja spoglądam znad książki na falujące pod cienkim materiałem wzgórza Podlasia. Piękne tu wszystko, nie tak płaskie jak na Mazowszu, choć ja pozostaję nieodmiennie pod piorunującym wrażeniem fragmentów Dolnego Śląska. Zresztą taki był cały ten wyjazd – pełny pięknych widoków i zaskoczenia.

W środę rozmawiamy jeszcze ze swoją szefową. Na pytanie co robimy  dłuższy wekend odpowiedziałem – jedziemy na kiszkę ziemniaczaną. I taki był plan – zjeść kiszkę, poznać Puszczę Knyszyńską i, jak dla mnie, wreszcie coś wygrać. W zasadzie prawie się udało.

Jedziemy pociągiem,  Kasią i Julką. Tak jest lepiej, w samochodzie byśmy się nie zmieścili, za dużo nas. Przesiadka w Białymstoku. Jemy niestety pizzę, szkoda że nie kiszkę, ale trudno szukać czegoś regionalnego ze stadkiem dzieci i ciężkimi manelami. W miarę wcześnie jesteśmy na miejscu. Spacer po Supraślu i pewne zaskoczenie – wiedziałem wcześniej że właśnie tu ma swoją siedzibę Teatr Wierszalin, ale patrząc na ofertę kulturalną zastanawiamy się czy nie przyjechać tu na dłużej. Miasteczko śliczne jak z obrazka i co chyba cenniejsze ogromnie dużo ciepła, życzliwości od zwykłych przechodniów. Jeszcze oglądanie w knajpie meczu i wracamy do bazy.

W bazie udaje przenosimy się z sali baletowej na korytarz, organizator załatwia nam jeszcze materace i powoli składamy się spać. Poznajemy w realu znanego z Biegania.pl Jurka Kuptela, kolejny raz okazuje się że Internet ma także dobre strony.

Rano śniadanie, odprawa, mapy i do lasu. Ruszamy żwawo, mapa niby stara, ale nieźle gra. Sprawnie dobiegamy na miejsce i zaczyna my szukać płachty z perforatorem. Jedno, drugie, trzecie kółko. Kasia dzwoni do organizatora. Po półgodzinie krążenia odbijam na północ i okazuje się że szukaliśmy w prawie dobrym miejscu ale jednak przy zły jeziorze. Do pierwszego PK docieramy po godzinie i siedmiu minutach. W pamięci mnożę przez 12 i wychodzi mi 13,5 godziny. Chyba w limicie, tyle, że wcześniej gaszą światło. Do dwójki lecimy już bez większych błędów. Pod koniec rozdzielamy się. Kasia leci przodem, ja kompletnie nie mam siły na bieganie – zaczynam mozolny marsz w kierunku mety. Spotykamy się za PK, jeszcze raz wracam na niego. Kasia przekonuje się że dwa razy przechodziła obok niego, ale nie widziała punktu. Rzuca długą uwagę temat takiego sposobu wieszania punktów. Na trzeci idziemy pieszo, na czwarty ciut podbiegamy Sporo idziemy z parą autochtonów – bardzo fajni ludzie, korzystamy też nieco z ich umiejętności nawigacyjnych.

Na piątkę i szóstkę biegniemy, z przerwą na tankowanie, bo picie już mi się skończyło. Na siódemkę znowu spacer a dalej motamy się biegnąc. Tak było całą drogę – szybko i niedokładnie, albo wolno i dokładnie. Dotaczamy się na metę po ponad ośmiu godzinach Ile biegaliśmy nie wiem. Kąpiel w gorącej wodzie, pyszny, regionalny obiad (nie wiem y obowiązując nazwa to kartacze czy cepeliny). Świetnie czujemy się w bazie i w miasteczku. Jak mówi szefowi imprezy Kasia - to bardzo fajna impreza, bo ty jesteś fajnym, ciepłym człowiekiem.

I to jest najlepsza recenzja z Oriento – ogromnie dużo ciepła, serdeczności, piękny teren, wymagająca trasa. Organizatorzy ciągle pytają co można robić lepiej i to źle wróży tej imprezie. Już jest bardzo dobra a będzie coraz lepsza. I z roku na rok coraz więcej ludzi będzie tu starować. Trochę szkoda by było fantastycznej, kameralnej imprezy. Z drugiej strony RDS, Skorpion czy Nawigator bronią się – są znakomitymi imprezami, kameralnymi i pełnymi ciepła dzięki emu jacy ludzie je organizują.

To co zrobiłem na trasie w sensie sportowym było kompletnie bez sensu. Kolejny raz okazało się że nogi nogami, ale zawody przegrywa się głową. Rozniosły mnie pozasportowe emocje, ale tak czy inaczej było warto. Z czasem głowa się uspokoi i wtedy coś tam uda mi się wygrać. Tym razem zwyczajnie Bartek i Bernard byli lepsi.

Tak na wszelki wypadek napiszę – nie ma co przyjeżdżać na Podlasie – jest tu okropnie, ludzie są straszni, impreza fatalna, szkoda czasu. Ja tam pojadę może tym razem uda mi się zjeść kiszkę ziemniaczaną. Bo ja lubię kiszkę a w Warszawie i okolicach o nią trudno. No i piękne są wzgórza Podlasia



07:52, wojtek_wanat
Link Komentarze (4) »
wtorek, 20 marca 2012
Pierwsze śliwki

Na RDS jechałem z silną wolą poniesienia porażki. Poniesienia i tego, że poniesie mnie ona dalej. Pierwsza część się udała, co będzie dalej, zobaczymy.

Co jest potrzebne żeby zawalczyć na orientacyjnej pięćdziesiątce? Kopyto (czyli jak się teraz mówi łydka) sporo umiejętności nawigacyjnych i szczęście. Może tylko tak mi się wydaje, ale wbrew pozorom nawigacja jest ważniejsza na pięćdziesiątce niż na setce. Tu łatwiej jest zbudować interesującą, wymagającą trasę. Setka z czterdziestoma punktami byłaby przegięciem, pięćdziesiątka z dwudziestoma nie jest. A przecież bywa ich więcej. Ale to akurat taka dygresyjka.

Przez ostatnie pół roku walczyłem. Ze zniechęceniem, marudzącą żoną, jęczącymi dziećmi, wyjącym psem. Z tym, że robię się coraz starszy i bardziej zgrzybiały. Generalnie taka smuga cienia, tyle, że ciut przeterminowana. A może andropauza. Zacząłem się oglądać za mamusiami uczennic a nie za uczennicami. Starość. I zamiast budować jakąś sensowna bazę przetupałem ciut zimę. Tak w systemie binarnym – tydzień treningu, tydzień luzu. Tydzień albo i dwa.

RDS ma opinię imprezy mało wymagającej nawigacyjnie. Choć po tym roku powinienem napisać raczej miał. Pytanie czy ludzie chcą żeby trasy były ładne i łatwe czy mniej ładne, ale trudne zostało potraktowane, jako żart. A tu – proszę. Na setce podobno było inaczej, ale pięćdziesiątka łatwa nie była. A kiedy zaczyna się kończyć energia łatwiej o głupie błędy. I tak też było – poza tym, że sensownie lub nie poszliśmy w nieco innej kolejności (9 – 8 – 7 – 6 – 5 – 4 – 2 – 3 – 1) to przebieg z dwójki na trójkę zajął nam ciut ponad półtorej godziny. Moja ma przynajmniej powód – chorowała, brała antybiotyki. W kategorii najbardziej idiotyczne kontuzje zimy miałaby poważne szanse. Ja na swoje usprawiedliwienie mam tylko jedno - leń jestem.

Impreza bardzo dobra - nawigacja różna – od bardzo łatwych do wymagających przebiegów. Mapa taka, jaka jest, trudno wymagać robienia nowej, aktualnej mapy na setkę. Teren piękny, choć może nie szaleńczo ciekawy nawigacyjne. Punkty w porządku, to, co zobaczył Hiu to zobaczył, podejrzewam że zauważył więcej swoich błędów niż uczestnicy. Jak by mi się coś nie podobało to bym mu powiedział. Klimat, to, co takie ważne a wymyka się słowom fantastyczny. I taka mało perełka – nasze robale zostały pod czułym okiem organizatorów (Hiu twierdził, że to nie jego zasługa, ze panie za szkoły, i tak dalej. Ale ja wiem, że to wszystko i tak jego zasługa). Faktem jest ze gdyby ktoś inny robił RDS pewne bym się nie wybrał. Tu jedzie się przede wszystkim ze względu na Huberta. Rozkładu jazdy PKS nie było (podobnie jak w zeszłym roku) ale to potwierdza moją opinię – nie było, bo nie był potrzebny. Bo jak by, co to ktoś w biurze znajdzie połączenie i jeszcze kupi przez Internet bilet.

O ile na setkach nihil nowi to w pięćdziesiątkach coraz to więcej świeżej krwi – wygrali Dagmara Kozioł i Rafał Klecha. Jak nic rywalizacja w Pucharze będzie ciekawa. I bardzo dobrze. Powoli pięćdziesiątka staje się ważniejszym i ciekawszym dystansem. Wiem purystom, uwielbiającym złachać się, dla których bieganie poniżej setki jest poniżej godności taka opinie nie przejdzie przez gardło.

A poza tym - pierwsze śliwki - robaczywki.

11:29, wojtek_wanat
Link Komentarze (7) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11